Warszawa. Jesienny wieczór. Wilgotny wiatr, zmęczone oczy i jeszcze bardziej zmęczone serce. Weronika wróciła do domu po dziesięciu godzinach w handlowej hali supermarketu. W głowie kręciła się tylko jedna myśl:
— Żeby choć Krzysiek podsmażył trochę ziemniaków…
Mieszkanie przywitało ją zapachem czegoś smacznego. Weronika zdjęła kurtkę, zrzuciła buty, weszła do kuchni – na stole stały talerze z parującym purée i pieczonym kurczakiem. Obok – łyżki, sól, chleb, czajnik. Krzysiek tylko skinął głową w stronę krzesła:
— Siadaj.
— Ojej, coś się stało? — Weronika wymusiła uśmiech. — To coś nowego?
— Zwykła kolacja — wzruszył ramionami. — Ale musimy porozmawiać.
Jedli w milczeniu. Kurczak był delikatny, purée idealnie doprawione. Weronika nastawiła czajnik, zaparzyła lipową herbatę. Usiadła naprzeciw męża.
— No to mów. Widzę, że coś cię gryzie.
Krzysiek długo patrzył przez okno. W końcu spojrzał na żonę.
— Dziadkowie obchodzą w sobotę złote gody. Zaprosili nas.
— A, ci, co dali nam pięć tysięcy złotych na ślub? No i jak tam pojedziemy? Przecież mieliśmy się rozwieść…
— No to pojedźmy. Ot, tak. Starzy ludzie, ucieszą się. W końcu wciąż jesteśmy małżeństwem.
Weronika spojrzała na niego z wahaniem. Nie miała siły ani na kłótnię, ani na zgody.
— Dobrze, jedźmy. Może ostatni raz razem wpadniemy w gości.
Jechali samochodem ojca Krzyśka. On z tatą z przodu, Weronika z jego mamą z tyłu. Cisza.
— Coś się pokłóciliście? — szepnęła teściowa.
— Nie — odpowiedziała Weronika z wymuszonym uśmiechem.
— Patrz, jakie obrączki im kupiliśmy na rocznicę. Złote, śliczne.
— Piękne — przytaknęła.
— Żyjcie w zgodzie. To i wam za pięćdziesiąt lat dzieci takie podarują.
Weronika spuściła wzrok. Pięćdziesiąt lat? Toż to cała wieczność…
Na jubileuszu było wesoło: młodzież, dorośli, starzy. Stoły uginały się od jedzenia, śmiech, toasty. Ale Weronika trzymała się z dala od męża. Kobiety z rodziny Krzyśka szybko wciągnęły ją w przygotowanie programu. Były niewiele starsze od niej. Kłóciły się, przekomarzały z mężami, ale… widać było, że je kochają.
Weronika łapała się na myślach:
— A ja go kocham? A on mnie?
Może kiedyś kochała. Ale teraz… Dom nieprzytulny. Brakuje pieniędzy. Nowej kurtki nie kupiła od trzech lat. Dzieci? Nawet o nich nie wspomina. Pracy porządnej znaleźć nie może. A przecież kiedyś był jej marzeniem…
Impreza skończyła się późno. Gości rozwieziono do domów. Babcia Hanka podeszła do młodych:
— Zostańcie u nas. Przenocujecie. I pomożecie trochę posprzątać.
Weronika i Krzysiek w milczeniu zaczęli zbierać ze stołów. Działali w porozumieniu, bez słów. Po dwóch godzinach w domu znowu było czysto.
Babcia postawiła herbatę.
— No, Heniu, i przetrwaliśmy te pięćdziesiąt lat — uśmiechnęła się do dziadka.
— A ile razy o mało nie rozwód — burknął. — Do urzędu szliśmy.
— Ale wróciliśmy razem.
— Bo wtedy bez roboty byłem, grosza nie miałem — przypomniał dziadek.
— A zapomniałeś, jak się za mną oglądali? Księżniczką mnie nazywali. A ty się puszyłeś jak paw.
— E tam… Księżniczka — parsknął, ale w jego oczach było ciepło.
Weronika patrzyła na nich i coś ściskało ją w środku. Kłócili się, przerywali sobie, ale… kochali. Naprawdę.
— Byliśmy tacy sami — pomyślała. — Młodzi, zapalczywi, urażeni. Pewni swojej racji. A teraz oni śmieją się z tego, przez co prawie się rozstali.
Babcia Hanka wyjęła z kieszeni kopertę:
— Macie, kupcie sobie coś. Na jesień. I się nie sprzeczajcie. Z dziadkiem nie zbiedniejemy.
Weronika chciała odmówić, ale Krzysiek wziął.
— Dzięki, babciu.
— No to idźcie odpocząć. Pokój gotowy.
Pokój był znajomy — tu Krzysiek spędził dzieciństwo. Tylko teraz w łóżku było dwoje. Położyli się. Cisza.
— Weronika… — szepnął.
Przytuliła się do niego. Ciepłe, znajome ramię. Nie bogactwo. Nie futro. Po prostu — on.
Krzysiek zasnął. A Weronika patrzyła w sufit.
— Dobrze, że nie jesteśmy rozwiedzeni. Kupimy jutro płaszcz. A potem, może… I dziecko. A za czterdzieści dziewięć lat… złote obrączki. Takie same.
Uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dawna. I zasnęła. Spokojnie. Obok niego.



