PUDEŁKO Z ZAGINIONYMI OBIETNICAMI
Od pewnego czasu zaczęłam podejrzewać, że oprócz mnie i mojego męża w naszym mieszkaniu w Warszawie mieszka jeszcze ktoś. I nie nie chodzi o ducha. Według mnie duchy to poważne sprawy: jeśli już się pojawiają, to nie po to, żeby psocić przy codziennych drobiazgach.
A tu chodziło wyłącznie o sprawy domowe. Taki domowy chochlik.
Najpierw zniknęły sportowe skarpetki. Oczywiście pojedynczo. Gdyby w pralce każda gospodyni wie, że to się zdarza. Ale te akurat, białe z czerwoną lamówką, które zakładałam na fitness, zawsze leżały w szufladzie i rzucały się w oczy. Jakby pytały: A kiedy ostatnio nas ruszałaś?
Aż nagle zniknęły. Najpierw jedna, następnego dnia druga.
Odnalazły się po tygodniu. W tym samym miejscu, zwinięte w ślimaczki. Na wierzchu krzywo oderwany kawałek szarego papieru z wydrukowanymi, lekko krzywymi literami:
Zapomniałaś o nas przez 127 dni. Liczyłyśmy.
Twój kawał? naskoczyłam na Marka, który przeglądał wiadomości na swoim telefonie. To takie subtelne aluzje, że przytyłam i powinnam wrócić na siłownię?
Popatrzył z niezrozumieniem i stanowczo zaprzeczył.
No dobrze, niech ci będzie wzruszyłam ramionami, choć w duchu nie byłam przekonana. Marek zawsze miał poczucie humoru.
Potem zniknęła moja ulubiona spinka do włosów ta, którą zawsze zostawiałam na lustrze w przedpokoju. I ta ekskluzywna szminka na wielkie okazje, noszona w torebce.
Znalazłam je w kuchennej szafce, między pojemnikami z kaszą i makaronem. I tu też były liściki.
Na spince:
Może zdecydujesz się wreszcie długie czy krótkie włosy? Mam dość czekania, aż sobie przypomnisz, że istnieję.
Na szmince:
A kiedy miałaś ostatni wielki wieczór? Mogę wyschnąć na śmierć.
To już przestaje być zabawne syknęłam, potrząsając lekko Markiem, który drzemał przed obiadem na kanapie.
Zwariowałaś? oburzył się. Po co miałbym to robić?
Miał rację. Nie był głupi, a mnie zaczęło ogarniać niepokój.
Starałam się zapamiętywać, gdzie co odkładam, czasem wracałam nawet kilka razy i sprawdzałam. Poszłam nawet do lekarza rodzinnego na Wilanowie. Po badaniach starsza pani doktor stwierdziła, że mam lepszą pamięć niż ona.
Ale rzeczy wciąż ginęły.
Ulubione długopisy. W bluzkę w paski. Krem do rąk.
I wreszcie jako kulminacja pęk kluczy do działki pod Łowiczem. To był ten incydent, po którym Marek chodził tydzień naburmuszony i ostentacyjnie wzdychał.
Stałam się drażliwa: źle sypiałam, podrywałam się na każdy szmer, ciągle przekładałam telefon, klucze i portfel z miejsca na miejsce.
Ale tamtej soboty wszystko zrobiło się bardziej dziwaczne niż zwykle.
Postanowiłam poświęcić wolny dzień na przejrzenie garderoby już dawno było to konieczne. I wtedy, w pustym pudełku po zimowych kozakach, znalazłam wszystkie zaginione rzeczy. Ułożone równo, jak na wystawie w second-handzie.
Bluzka objęła plisowaną krótką spódniczkę. Kartka:
A pamiętasz jeszcze jak się tańczy?
Długopisy ułożone kolorami:
Gryziesz nas, gdy się stresujesz. Mamy dość życia w napięciu.
Klucze splecione ze sobą brelokiem, jakby trzymały się za ręce:
Po prostu się stęskniliśmy i ruszyliśmy na spacer na działkę dawno już nikt nie jeździ. Ale, w przeciwieństwie do innych, sami wróciliśmy.
Byłam zdezorientowana.
W tych karteluszkach było coś złośliwego, coś mądrego i trochę smutnego jakby pisałam je sama do siebie, tylko z innego życia, tego, gdzie mam czas porozmawiać z własnymi rzeczami.
Już chciałam zamknąć pudełko, gdy zauważyłam w środku jeszcze jeden szary skrawek. Bez dołączonej rzeczy. Po prostu notatka.
Litery drżały i rozmazywały się, jakby ktoś płakał podczas pisania:
Obiecałaś tej dziewczynce z lustra, że zostaniesz malarką.
Jestem tą dziewczynką.
I bardzo mi tu smutno, w pudełku z utraconymi obietnicami i niespełnionymi nadziejami.
Długo siedziałam na podłodze garderoby, oparta o przepchane półki, i wspominałam.
To ja w przedszkolu na Mokotowie z wysuniętym językiem w skupieniu rysuję domek, słońce, mamę, tatę i siostrę Karinkę.
Widzę się na lekcji plastyki w podstawówce zachwyt, jak akwarela rozlewa się delikatnie po mokrym papierze.
Zapach olejnych farb w kółku plastycznym. Cisza muzeum. Każdy pociągnięcie pędzla jak magiczna melodia. Radosne tłumaczenia nauczycielki.
Na początku myślałam, że to będzie moje życie.
Potem chociaż hobby. Wytchnienie.
A w końcu
Nic.
Nie dlatego, że zabrakło czasu. Po prostu ciągle odkładałam na później, wymyślając coś pilniejszego i ważniejszego. I wtedy to ciepłe uczucie oczekiwania wyparowało zupełnie jak skarpetki, długopisy, klucze.
Przejechałam palcem po ostatniej notatce.
Poczułam, jakby papier ożył był jakby cieplejszy i drgał lekko. A może to moje ręce się trzęsły.
Naprawdę kolejna godzina w Złotych Tarasach albo jeszcze jeden kryminał ważniejszy są od marzeń?
W nocy długo wierciłam się w łóżku. Sen nie przychodził. Około drugiej podniosłam się z westchnieniem spod ciepłej kołdry.
Idziesz gdzieś? mruknął przez sen Marek.
Śpij, śpij wymamrotałam cicho.
Gdzieś wśród pudeł w garderobie widziałam swoje stare farby przemknęło mi przez głowę. Przechodząc obok lustra w przedpokoju, złapałam spojrzenie tej dziewczynki. Trochę przestraszone, ale z nadzieją.



