PUDEŁKO Z UTRACONYMI OBIETNICAMI
Od jakiegoś czasu Zuzanna zaczęła podejrzewać, że w ich mieszkaniu poza nią i mężem mieszka jeszcze ktoś. I nie nie duch. Duchy, jej zdaniem, to istoty zbyt poważne, żeby zajmować się takimi błahostkami.
To było coś zupełnie przyziemnego. Chyba jakiś domowy chochlik.
Najpierw zniknęły sportowe skarpetki. Oczywiście, każda osobno. W pralce to się zdarza, każda gospodyni wie. Ale te, białe z czerwonym paskiem, które zawsze zakładała na fitness, leżały zwykle w szufladzie na wierzchu. Przypominały jej wyrzutem: kiedy ostatni raz nas ubrałaś?
I nagle nie ma ich. Najpierw jednej, potem na drugi dzień drugiej.
Odnajdują się po tygodniu. W tym samym miejscu. Zwinięte w ślimaki. Na nich leży krzywo wycięty kawałek szarego papieru z wydrukowanymi, trochę krzywymi literami:
Zapomniałaś o nas na 127 dni. Liczyłyśmy.
Twój numer? warknęła Zuzanna do męża, który spokojnie przeglądał wiadomości na tablecie. To twoja sugestia, że mam wrócić na siłownię?
On patrzył z kompletnym niezrozumieniem.
No przecież nie Odpowiedział Olek, kręcąc głową. Olek, wiecznie żartujący, ale tym razem wyglądał na szczerze zdziwionego.
Potem zginęła jej ulubiona spinka do włosów ta, którą zawsze zostawiała przy lustrze w korytarzu. I droga szminka na specjalne okazje, noszona w torebce.
Znalazła je w kuchennej szafce, między paczkami kaszy a makaronem. Też z karteczkami.
Na spince:
Zdecyduj się chcesz mieć długie czy krótkie włosy? Mam dosyć tego nieskończonego oczekiwania, a potem tęsknoty.
Na szmince:
No i kiedy ostatnio była ta twoja wyjątkowa okazja? Zaraz wyschnę na amen.
To już przestaje być zabawne wysyczała Zuzanna, potrząsając śpiącego na kanapie Olka, czekającego na obiad.
Co ty, zwariowałaś?! warknął, zrywając się z miejsca. Myślisz, że sam siebie bym tak podpuszczał?
Zuzanna przygryzła wargę. To było logiczne. Mąż nie był idiotą. A jednak niepokój nie opuszczał jej już ani na chwilę.
Zaczęła pilnować, gdzie kładzie najdrobniejsze rzeczy, wracała sprawdzać i jeszcze raz sprawdzać. Nawet poszła do lekarza starsza pani doktor stwierdziła, że Zuzanna ma lepszą pamięć niż ona.
A rzeczy i tak znikały.
Ulubione długopisy. Koszula w paski. Krem do rąk.
I kulminacja pęk kluczy do działki rodziców pod Piasecznem. Olek potem przez tydzień chodził nadęty jak paw.
Zuzanna stała się nerwowa, źle spała, podskakiwała przy każdym szelescie. Nieustannie sprawdzała telefon, klucze, portfel.
Ale pewnej soboty stało się coś jeszcze dziwniejszego.
Postanowiła poświęcić dzień na przegląd garderoby już dawno trzeba było się za to zabrać. I nagle, w pustym pudełku po kozakach, odkryła wszystkie zaginione rzeczy. Starannie poukładane, jak na wystawie w komisie.
Koszula spleciona z plisowaną spódniczką. Kartka:
A pamiętasz jeszcze, jak się tańczy?
Długopisy ułożone kolorami:
Gryziesz nas ze stresu. Nie chcemy już tak żyć.
Klucze zaplecione breloczkiem, jakby trzymały się za ręce:
Po prostu nam się nudziło. Na działkę nikt nie jeździ. Ale, w przeciwieństwie do innych, sami wróciliśmy.
Zuzanna poczuła się bezradna.
W tych skrawkach papieru wyczuwała sarkazm, mądrość i nutkę smutku tak, jakby pisała je inna ona, z innego życia, w którym wystarczało czasu nawet na rozmowy z przedmiotami.
Miała już zamknąć pudełko, gdy zauważyła jeszcze jeden, maleńki, szary kwadracik na samym dnie. Bez przedmiotu. Tylko kartka.
Litery poruszały się i drżały, jakby na papier spadły łzy:
Obiecałaś tej dziewczynce z lustra, że zostaniesz artystką.
Jestem tą dziewczynką.
Tu, w pudełku z zagubionymi obietnicami i niespełnionymi marzeniami, jest bardzo samotnie.
Zuzanna długo siedziała oparta o półki z ubraniami, wtopiona wzrokiem w dalekie wspomnienia.
To ona, w przedszkolu, całkowicie pochłonięta rysowaniem mazakiem domku, słońca, mamy, taty i siostry.
To ona, na lekcji plastyki pełna zachwytu nad tym, jak akwarela rozlewa się po papierze.
Zapach farb olejnych w pracowni. Cisza w muzeum. Każdy pociągnięcie pędzla niczym czarodziejski dźwięk. Wysoki głos przewodniczki.
Na początku myślała, że to będzie jej życie.
Później hobby. Odskocznia.
A potem
Nicość.
Nie dlatego, że nie miała czasu. Po prostu zawsze odkładała, zawsze coś było ważniejsze, aż ciepły dreszcz oczekiwania ulotnił się, jak te skarpetki, długopisy, klucze.
Przejechała palcem po ostatniej kartce.
Przysięgłaby, że papier jest ciepły a może to drżały jej własne dłonie.
Czy naprawdę kolejna godzina w centrum handlowym albo następny kryminał są ważniejsze od marzenia?
W nocy Zuzanna długo się przewracała z boku na bok. Nie mogła zasnąć. Po drugiej cicho wysunęła się spod kołdry.
Gdzie idziesz? wymamrotał przez sen Olek.
Śpij, śpij odpowiedziała.
Pamiętam, gdzieś w garderobie mam stare farby, pomyślała Zuzanna, a mijając lustro w korytarzu, zobaczyła wzrok tamtej dziewczynki. Zastraszony. Ale tym razem z iskrą nadziei.



