Ptasi Świerszcz

Halinka! Czemu tak długo?! Czekam, czekam! Siadaj! Ania, moja sąsiadka, przesunęła się na ławce, robiąc miejsce obok siebie.

A co tu siedzieć wieczorem w domu? Tam tylko telewizor i kotka Kicia. Nuda! A na podwórku wiosna! Wprawdzie jeszcze tylko kwiecień, ale ciepło jakby to był przełom maja. Nawet wiśnia pod oknami, którą jeszcze mój świętej pamięci mąż, Stefan, posadził, już się obudziła i cała w pąkach. I ławka pod nią też dzieło Stefana gotowa na nasze wieczorne posiedzenia. Tydzień temu ją odmalowałam i teraz aż prosi się, żeby przysiąść z sąsiadkami i zacząć tradycyjne pogaduchy. O dzieciach, o zdrowiu, o życiu i o miłości.

No a o czym innym kobiety mogłyby rozmawiać? Choćby znały się od zawsze i o wszystkim, to i tak czasem wychodzi coś nowego i jest temat do rozmów. Dzieci rosną, schorzeń przybywa, a miłość Miłość to już jakby mniej. Chciałoby się, by było jak najwięcej. Więc czekamy, aż ktoś się otworzy, powie coś szczerego, a człowiek słucha tego z zapartym tchem. Posłuchasz o czyimś szczęściu i lżej na sercu. Nawet jeśli u ciebie cicho i pusto, to jeśli ktoś doświadcza miłości, to znaczy, że jednak nie zniknęła ona z tego świata. Nadal jest. Świeci, grzeje, daje życie

Ania Kowalczyk, bo tak znajomi i sąsiedzi nazywają moją sąsiadkę, znała Halinę tak długo, jak siebie pamiętała. Ponad pół wieku na jednym piętrze, drzwi w drzwi. Jak byłyśmy małe, nasze mamy nie zamykały drzwi na klucz, bo przecież wiedziały, że jak nie u jednej, to u drugiej dzieci się bawią. Potem już zaczęły zamykać. To wtedy, gdy z Halinką poszłyśmy szukać szczęścia.

Miałyśmy po sześć lat.

Do Ani przyjechała babcia w odwiedziny. No i opowiedziała nam, że najważniejsze w życiu to złapać ptaka szczęścia i trzymać blisko siebie. Wtedy wszystko się ułoży, życie będzie lekkie, a i wokół wszyscy będą zadowoleni.

O tym, czym jest życie, niewiele wtedy rozumiałyśmy, ale to wszyscy szczęśliwi zapadło w pamięć. No bo kto by nie chciał, żeby rodzice się nie kłócili? I tak postanowiłyśmy znaleźć tego ptaka szczęścia.

Ania twierdziła, że wie, gdzie on mieszka. Podobno w sąsiednim bloku, u takiego dziwnego pana z chrypliwym głosem. Czasem wychodził z jakimś ptakiem na podwórko. Ptak piękny, kolorowy, duży! Krzyczał dziwnie. No i to musi być on ptak szczęścia! Bo w zoo, gdzie nas rodzice czasem zabierały, takich nie było.

Przygotowałyśmy się z Halinką porządnie.

Na balkonie znalazłyśmy starą klatkę po króliku, którego babcia kiedyś przywiozła z wioski. Bo gdzieś go przecież trzeba wsadzić, nie będziemy przecież trzymać go cały czas za ogon! Ręce by ścierpły, a lody, które przecież szczęśliwy człowiek musi dostać, nie byłoby jak jeść.

Wzięłyśmy też chleb i herbatniki. A Halinka dorzuciła jeszcze landrynkę. Bo kto wie, co taki ptak szczęścia lubi! A słodycze przecież każdy lubi. Byłoby przykro, jakby nasz ptak się obraził na sam chleb i herbatniki.

Nie spieszyło nam się, bo to przecież ważna misja! Nawet babcia już wyjechała do siebie i obiecała zabrać Anię na wakacje. Rodzice też się szykowali do urlopu. Jechaliśmy razem z sąsiadami dwie rodziny w jednym aucie, żeby taniej wyszło. Do morza raptem dwie godziny drogi lepiej się nie da! Dom nieco stary, ale solidny, z dużym podwórkiem i huśtawką, morze tuż-tuż. Raj!

Ania bardzo tej wycieczki wyczekiwała, do babci też chciała jechać. I żałowała Halinki. Bo Halina babci nie miała. W ogóle żadnej! Jak to tak, dziecko bez babci? Kto ją rozpieści, bajkę długą opowie, nie o żadnym Czerwonym Kapturku, bo mama zajęta i czasu brak, kto zrobi piękną kapelusik na drutach?

Ania sobie myślała złapiemy ptaka szczęścia, a wtedy i Halinka będzie mieć babcię. Może nawet taką z tej samej wioski, co moja. I może wtedy nawet wakacji razem nie będzie musiała spędzać osobno! Dla takiej sprawy warto się postarać!

Dzień przed wyjazdem na morze obie powiedziały dorosłym, że idą bawić się do koleżanki, i cicho wymknęły się z domu. Za sobą drzwi zamknęły cicho, żeby nie trzaskały od przeciągu, i powstrzymując się przed wybuchem śmiechu, zbiegły na dół.

Podwórko, podwórko sąsiednie, i już ten szary, ponury blok, gdzie ma być ptak szczęścia.

Ale na podwórku pusto i cicho. Gorąco, pewnie dlatego. Każdy w domu albo w pracy.

Popatrzyłyśmy na siebie zmieszane. No i jak tu ptaka szukać? Nawet zapytać nie ma kogo Halinka już zaraz miała się rozpłakać. Ale Ania nie należała do tych, co płaczą bez powodu. Jak trzeba, to trzeba! Inaczej nici z babci dla Halinki, lodów i tych sukienek w grochy. Takich samych, żeby od razu było wiadomo, że jesteśmy przyjaciółkami! A najważniejsze: rodzice… bo znów się kłócić będą, jeśli nie znajdziemy tego całego ptaka szczęścia!

Dlaczego on jest taki uparty? Gdyby był porządny, to by siedział na drzewie pod klatką, a nie ukrywał się przed dziećmi! A go nie ma!

Ania rozglądnęła się i złapała Halinę za rękę, po czym pomaszerowała do wejścia. Co stać i się rozglądać? Nic to nie zmieni! Można popytać sąsiadów, kto ma w domu ptaka.

Tyle tu mieszkań I to dopiero jeden klatka! Raz nie otwierają, bo nie ma nikogo, indziej pogonią, bo dzieci się wygłupiają.

Ale my idziemy dalej, stukając tam, gdzie nie sięgamy do dzwonka.

Gdzie mieszka ptak szczęścia?

Ci dorośli, to dziwni są Przecież to proste pytanie! Czemu nie odpowiedzieć? Zamiast tego krzyczą, machają rękami. Jedna nawet groziła biciem. Szybko uciekłyśmy, ale jej zielone drzwi z dziwną klamką zapamiętałyśmy. Do takich ludzi ptak szczęścia na pewno nie przyleci.

Tylko w jednym mieszkaniu się poszczęściło. Otworzył nam chłopak trochę starszy. Na pytanie o ptaka tylko wzruszył ramionami:

Chodźcie!

Ale ptaka szczęścia tam nie było. Za to cała masa ciekawostek, od których zapomniałyśmy po co przyszłyśmy i ile jest godzin. Oglądałyśmy straszne maski na ścianie. Przykładałyśmy do ucha wielkie muszle, w których szumiało morze. Stał tam też ogromny model statku z żaglami, prawie jak prawdziwy nawet marynarze byli na masztach.

Składaliśmy z tatą. Święta Anna.

O! Jak ja! aż podskoczyła Ania i się uśmiechnęła.

Masz na imię Ania? Ładne, jak moja mama.

A gdzie ona?

Mama? W pracy. Zaraz wróci. A wy co, same się szwendacie, nie będą was szukać?

I wtedy sobie przypomniałyśmy o ptaku szczęścia, o tym, że pora jeść obiad i że matki na pewno już szukają córek, a stanie w kącie za karę boli nie mniej niż klaps.

Halinka! Biegniemy!

Ania złapała koleżankę za rękę i wybiegła, zapominając o klatce.

Czekajcie! chłopak dogonił nas w korytarzu. To dla was!

Pióra były tak piękne, że zamarłyśmy z zachwytu, w ogóle zapominając oddychać.

Co to?

Pawie pióra! Mama mi przynosi z zoo, gdzie pracuje. Bierzcie!

Delikatnie wzięłyśmy te cuda i pędem pobiegłyśmy do domu.

A tam zawierucha!

Płaczące matki biegały po podwórku, wołając nas w panice. Ojcowie nerwowo palili, czekając na policjanta z osiedla, który nakazał nikomu się nie ruszać, dopóki nie powie, co dalej.

Gdy matka Halinki nas zobaczyła, jęknęła i usiadła na ziemi na środku piaskownicy.

Znalazły się

Było wszystko: łzy, całusy i paskiem przez pupę. Dobrze, że czasu na karę nie było zbyt wiele.

Kilka dni później, siedząc na huśtawce na podwórku wynajętego domu nad morzem, kręciłyśmy się niespokojnie i szeptałyśmy:

Wiesz, Halinka, żaden ptak nam niepotrzebny.

Jak to?

Bo babcia mówiła, że prawdziwe szczęście to, jak ktoś cię kocha.

I co z tego?

A to, że gdyby nas nie kochali, to by tak za nami nie płakali, jak się zgubiłyśmy. I nie bali się, że znikniemy na zawsze. To jak, masz wątpliwości?

No raczej nie.

To jesteśmy szczęśliwe, prawda?

Może i tak.

Ja wiem, że tak!

A rodzice?

A widziałaś, żeby się przez te dwa dni pokłócili?

Nie

No widzisz. Mogą nie kłócić się! Tylko nie zawsze chcą! Żaden ptak im w tym nie pomoże, rozumiesz?

Tak.

Tamto lato było najpiękniejszym wspomnieniem z dzieciństwa.

Ania, wspominając życie, zawsze cieszyła się, że jest ktoś, z kim może dzielić te wspomnienia. W parze łatwiej nosić pamięć. Zresztą Halinka zawsze pamiętała lepiej, była spokojniejsza. Ja to jak srebro wiecznie w ruchu, a Halinka spokojnie usiądzie, przemyśli i zapamięta wszystko, jakby wczoraj się wydarzyło.

Ania, kiedy spotkała przyszłego męża, nie poznała go od razu. Spotykali się ponad miesiąc, zanim zobaczyła jego mieszkanie.

Święta Anna

Statek stał tam, gdzie tyle lat temu oglądały go dwie małe dziewczynki. Choć ja i Halinka miałyśmy już wtedy po dwadzieścia trzy lata, a Halina nawet męża, to poczułam się znowu jak ta przestraszona dziewczynka, która bała się dotknąć figurki marynarza, by nic nie popsuć.

A po ślubie wyjęłam zakładkę z ulubionej książki to pawie pióro, które trzymałam latami i pokazałam je mężowi.

Pamiętasz?

Pośmialiśmy się do łez, patrząc jak Stefan próbuje sobie przypomnieć.

I było szczęście. Długie, przez niemal trzydzieści lat. Były troski, były radości. Pierwsze kroki córki, potem syna. Choroba, z którą Stefan wygrał dla mnie, szukając najlepszych lekarzy i trzymając mnie za rękę, gdy przyszłość nie chciała wejść do środka. A przyszedł też dzień, gdy czas się zatrzymał, a ja przestałam oddychać bo razem z nim zniknęło powietrze.

Halinka, która była wtedy przy mnie, nie straciła głowy otrzeźwiła mnie, uderzając w policzki, a potem przytuliła jak dziecko.

Trzymaj się, Aniu! Masz dzieci

I otrząsnęłam się. Bo szczęście nie zniknęło niepełne, podzielone, ale nadal to, które dostałam od Stefana. I choć dzieci dorosłe, nie można zostawić ich bez matki. Jak mawiała babcia:

Dopóki ktoś stoi między dzieckiem a niebem dziecko nie jest sierotą. Szczęśliwe dziecko.

Prawda! Więc trzeba żyć dalej. Dla dzieci, dla wnuków. Choć już mieszkają osobno, bo praca, bo tak trzeba, to wiem, że jestem im potrzebna i kochana. Mogę spakować walizkę, kupić upominki i pojechać odwiedzić syna czy córkę. Wszędzie jestem mile widziana. Albo poczekać na wakacje, gdy zjadą się wnuki i znów będzie radosny rozgardiasz, nieprzespane noce przy ich oddechu blisko mnie. A duże łóżko, w którym spałam ze Stefanem, przestaje być puste. Nawet najstarsza wnuczka przykręci się nieśmiało, a potem położy obok i posłucha bajki. I choć zna ją na pamięć, słucha razem z innymi z szeroko otwartymi oczami.

I do serca wraca spokój, a radość powraca cicha, lekka jak piórko. Może nie tak barwna jak tamto pawie, ale upragniona.

Nie każdy tak ma. Niektórzy, choćby prosili, nie dostąpią szczęścia. Nam z Halinką się udało. Ptak szczęścia nie wpadł nam w ręce, ale szczęścia nie straciłyśmy. Udało nam się pojąć, nawet jako dzieci, co ono znaczy dla kobiety. U każdego inne, ale nasze było takie wymyślone i przemyślane już wtedy. By dzieci były zdrowe reszta się jakoś ułoży, jeśli wystarczająco się postaramy.

Halinka tego bardzo chciała i się postarała. Chociaż mogła nigdy nie doczekać się własnych dzieci. Nie z mężem. Tak się kochali, że aż ludzie dziwowali się, zawsze razem, zawsze blisko. Inne sąsiadki narzekały na mężów, a Halinka milczała, bo nie miała się na co żalić.

Ładnie im się żyło. Ja kiedyś myślałam, że takie szczęście nie istnieje. Ale potem spotkałam Stefana. I wystarczyło spojrzeć na Halinkę, by wiedzieć, że taka miłość jest prawdziwa.

W jej rodzinie łatwo nie było. Mąż Haliny miał mnóstwo rodziny. Siedem cioć, dwie siostry obie niesłychanie złośliwe! Życie Halince uprzykrzały jak mogły. Sądzę, że trzeba się starać, jak się wychodzi za mąż, ale do przesady! Każdy czegoś chciał: gdzie poszła, co kupiła, wszystko musiały wiedzieć, a Halina nigdy nie była dość dobra. Teściowa Haliny, Maria, była na szczęście serdeczną kobietą. Jedyna, która ją od razu zaakceptowała. Córki miała jakby inne, trudno zrozumieć czemu. Sama Maria nie potrafiła się nikomu sprzeciwić, miękka jak wosk tylko oczywiście, bolało ją wszystko mocniej niż innych. Halina mówiła do niej mamo prawie od początku, a teściowa była wdzięczna.

Kiedy teściowa sprzedała mieszkanie i przeprowadziła się blisko syna, córki były wściekłe. Maria nie chciała zamieszkać z młodymi, kupiła sobie malutkie mieszkanko w sąsiednim bloku. Mówiła, że nie chce przeszkadzać, a i tak wszystko, co miała w sercu, rozumiała.

Pracowała w szpitalu, ale gdy przechodziła na emeryturę, poszła do pracy w porodówce jako pielęgniarka. I tam wypatrzyła wnuka Haliny.

Wszystko zostało przemyślane, zrobione z głową. Halina nigdy nie robiła inaczej, choć bez pomocy teściowej nie dałaby rady. Musieli wyjechać na prawie rok, by uniknąć plotek. Po powrocie mieli już dziecko i rodzina nie wypytywała. Wiedzieli, że dwa razy nie trzeba pytać Haliny, bo potrafi się obronić.

Złośliwe szwagierki chciały coś podejrzewać, ale nie miały odwagi. Z Marją nie chciały się zadzierać. Maria inwestowała w wnuka całą swoją miłość. Troszczyła się o niego, pomagała Halinie wiedziała, że tylko tak ocali rodzinę syna i ich szczęście.

I tak żyli. Halina miała męża i syna. Ja swoją rodzinę.

Było dobrze!

Przyjaźniłyśmy się, jeździłyśmy na wycieczki razem. Dzieci razem się bawiły. Znów drzwi były otwarte, bo nie chciało się latać z kluczem. Ale czujnie pilnowałyśmy, żeby historia z ptakiem szczęścia się nie powtórzyła.

Potem Stefan odszedł, zostawiając pustkę i gorzkie żale o wspólnej starości, która nie nadeszła.

Za nim zmarł mąż Haliny, Antoni. Nigdy na zdrowie nie narzekał. Zabił go zator cholera wie skąd się wziął! Pracował w szpitalu, a tam z badaniami bardzo rygorystycznie

Halina całkiem się wtedy rozsypała. I wtedy to ja musiałam stanąć obok niej i nie dać jej stoczyć się w przepaść, skąd powrotu praktycznie nie ma.

Masz syna, Halinko! Rodziców! Marcjannę! Nie możesz się załamywać! Kto się nimi zajmie? Pomyśl, co by powiedział Antoni, gdyby zobaczył, jak od miesiąca tylko płaczesz? Nie możesz jego miłości zmarnować, Halinko! Antoni by tego nie chciał

Czy to moje słowa ją podniosły, czy fakt, ile osób od niej zależy nie wiem. Ale podniosła się. I jak ja, nauczyła się żyć po nowemu. Kochając i pielęgnując to, co miała.

Syn jej, Pawełek, wykształcił się, został oficerem. Często wyjeżdża, ale o matce pamięta, raz czy dwa razy w roku przyjeżdżają z wnukami. Jeśli nie on, to jego żona, Jola, którą Halina traktuje jak córkę.

A były i obawy! Bo Paweł przyprowadził Jolę wraz z jej dzieckiem z poprzedniego związku. Do ślubu nie doszło, ojciec dziecka zostawił ją w ciąży, napisał tylko list, że nie wróci. Potem wyraził zgodę na adopcję przez Pawła.

A co zrobiła Halina? Nic dziwnego! Gdy pierwszy raz zobaczyła Jolę:

Cześć! Jestem babcia Halinka! Chcesz ciasteczko? Nie? To zerknij pod choinkę. Dziadek Mikołaj zostawił tam dla ciebie prezent. Chodź, zobaczymy!

Naprawdę niewiele trzeba, żeby zyskać serce matki. Tak Halina przekonała się, że można pokochać i cudze dzieci jak swoje.

Dlatego Jola jest jak córka, a wnuki o wszystkich Halina mówi moje.

Halinka, kiedy na działkę jedziemy? Już pora! Tak się ociepliło! Ania zadzwoniła wieczorem, patrząc, czy nad nią zakwitła wiśnia.

W weekend. Umyję okna i w drogę.

O matko, zapomniałam, że w tym roku Wielkanoc wcześnie! Czas już robić porządki, co?

Czas! Ja jeszcze muszę menu ustalić.

Twoi przyjeżdżają?

Na dwa dni. Przejazdem. Najstarszy oglądać uczelnię w Warszawie. Zajdą tylko na chwilę, a w drodze powrotnej posiedzą dłużej. Może młodszych zostawią na parę tygodni. Zobaczymy. A twoi?

Dopiero na wakacje. U nich szkoła, nie przedszkole. Więc jeszcze poczekam.

Tylko półtora miesiąca!

Wiem Ale czeka się wieczność.

Tak jest zawsze, jak się czegoś dobrego oczekuje. Czas się wlecze, wlecze, a jak przyjdzie to mija jak sekunda. Ale powiem ci, Anka

No?

Za tę jedną sekundkę oddałabym wszystko na świecie. Bo człowiek potem całe życie żyje wspomnieniem tej chwili. Szczęścia nie mierzy się ilością, tylko tym, że umiemy dostrzec, ile go mamy.

Racja! Pamiętasz, jak ptaka szczęścia szukałyśmy?

Pewnie! Halinka aż pogłaskała się po dużym brzuchu. Tydzień siedzieć nie mogłam normalnie, mama się strasznie przejęła, a tata dorzucił pasem, żebym więcej nie uciekała Ale ty taka sama byłaś! Skakałaś obok i ani myślałaś się przejmować!

No przecież! Ale, wiesz co, Halinka?

Co?

Wydaje mi się, że jednak wtedy tego ptaka szczęścia złapałyśmy za ogon. Nie wiedząc nawet kiedy. I cały czas był przy nas, choć czasem go nie widziałyśmy. Jak wyjaśnić, że dostałyśmy to, czego inne kobiety przez lata błagają, a nie dostają? Rodziny, mężowie, dzieci cudowne. O wnukach nawet nie wspomnę! Powiesz mi, że nie jesteśmy szczęściarami?

Powiem tylko, że masz rację! I naszemu ptakowi szczęścia powinniśmy dziękować, że jeszcze macha skrzydłami i kiwa ogonem. Bo szczęśliwi jesteśmy najbardziej wtedy, gdy możemy dzielić się szczęściem z tymi, których kochamy

I teraz, spisując te wspomnienia po iluś dekadach wspólnego życia, jestem pewien jednego: szczęście trzeba szukać i łapać, ale najczęściej siedzi bliżej niż się wydaje. Czasem wystarczy otworzyć serce, ucieszyć się zachwytem dziecka, czułością wnuka, zwyczajną rozmową z przyjaciółką. I wiem, że szczęście to nie cudowny ptak z baśni, a proste chwile, które dostaliśmy i trzeba je pielęgnować jak najdroższy skarb.

Rate article
Fajna Tajna
Ptasi Świerszcz