**Dziennik, 7 kwietnia**
Po obiedzie umyłam naczynia i położyłam się na chwilę drzemać. Mąż wyjechał do znajomego pod Poznań, żeby pomóc naprawić płot. Wróci dopiero jutro wieczorem – w poniedziałek ma zmianę w pracy. Ja rok temu przeszłam na emeryturę, a Wojtkowi zostały jeszcze dwa lata.
Niespodziewany dzwonek wyrwał mnie z drzemki. Nie od razu zorientowałam się, że to telefon.
— Tak… — ochrypłym od snu głosem odezwałam się, nawet nie patrząc na wyświetlacz. Kto mógł dzwonić? Córka albo mąż. Wojtek nie lubił rozmów przez telefon, więc pewnie Kasia. Mieszka z mężem w Gdańsku i niedługo ma urodzić.
— Irena? Spałaś, co? — w słuchawce rozległ się obcy kobiecy głos.
— Kto mówi? — spytałam ostrożnie.
W odpowiedzi usłyszałam głośne, przesadne westchnienie.
— Nie poznałaś mnie? Ile to lat się nie widziałyśmy?
— Danuta?… Skąd masz mój numer? — zdziwiłam się i jakoś wcale się nie ucieszyłam.
— To ważne? Spotkałam twoją matkę kilka lat temu, dała mi.
Przypomniałam sobie, że mama coś o tym wspominała.
— Jesteś w mieście? — Zapytałam, choć sama wiedziałam, że to głupie pytanie. Po co dzwoniłaby, gdyby nie chciała się spotkać? — Słychać było, że wyjechałaś do Stanów — dodałam.
W słuchawce rozległ się śmiech, który natychmiast przekształcił się w jęk.
— Co się stało? Gdzie jesteś? — zaniepokoiłam się.
— W szpitalu. Właśnie dlatego dzwonię. Możesz przyjść? Chcę ci coś powiedzieć. I nie przynoś nic, nie trzeba.
— W szpitalu? Zachorowałaś? — spytałam, już zupełnie rozbudzona.
— Ciężko mi mówić… Adres wyślę SMS-em.
— Ale… — zaczęłam, lecz w słuchawce rozległy się krótkie sygnały.
Chwilę później przyszła wiadomość z nazwą szpitala. *„Boże, Danuta ma raka!”* — przeczytałam z drżeniem.
Spojrzałam na zegarek — była wpół do szóstej. Zanim dojadę, odwiedziny pewnie się skończą. Poszłam do kuchni, wyjęłam z zamrażarki kurczaka na rosół. Danuta kazała nic nie przynosić, ale jak iść do szpitala z pustymi rękami? Domowy rosół to nie jedzenie, to lekarstwo. Położyłam mięso w zlewie, żeby się rozmroziło, i usiadłam przy stole. Kasia ma dwadzieścia osiem lat — tyle samo minęło, odkąd nie widziałam Danuty.
Z wiekiem nauczyłam się podchodzić ostrożnie do wszystkich wiadomości, nawet dobrych. Po tym telefonie nie mogłam pozbyć się niepokoju. I Wojtka, na złość, nie było w domu. Może i lepiej. Rano ugotuję rosół, odwiedzę Danutę i wtedy się wszystkiego dowiem. Tylko że spokoju wciąż brakowało.
Danutę od dziesiątego roku życia wychowywała babka od strony ojca. Czułości nie znała, często przesiadywała u mnie do późna, odrabiając lekcje. Babka pędziła bimber i zaopatrywała w niego wszystkich miejscowych pijaków. Rodzice oczywiście też pili. Żony groziły, że podpalą babczyną „fabrykę”. Może ktoś istotnie pomógł, a może, jak twierdziła milicja, ojciec zasnął z papierosem… Rodzice Danuty nie wydostali się z płonącego domu. Babka gdzieś zniknęła, a Danuta, jak zwykle, była u mnie. Ocalały.
Po pożarze babkę z Danusią umieszczono w akademiku. Na wspólnej kuchni bimbru warzyć nie pozwolono. Babka z dnia na dzień stała się oszczędna, liczyła każdy grosz i wypominała wnuczce każdy kęs jedzenia. Danuta jadła u mnie.
Babka nienawidziła matki Danuty, nazywała ją wiedźmą, twierdziła, że rzuciła urok na jej syna, że przez nią przepadł, zaczął pić. O tym, że w domu stał darmowy bimber, milczała. Matka Danuty była piękna. Żaden mężczyzna, niezależnie od wieku, nie przeszedł obok niej obojętnie. Ojciec straszliwie ją zazdrościł, nawet bił.
Danuta wyrosła na jej podobieństwo — wysoka, smukła, z bujnymi rudymi lokami, czarnymi oczami i pełnymi ustami. Piegi na całej twarzy wcale jej nie szpeciły, przeciwnie, dodawały złocistego blasku.
Zaraz po maturze Danuta uciekła z miasta z jakimś przyjezdnym chłopakiem. *„Niepoczciwa, cała w matkę”* — wzdychała babka.
Mamie nie podobała się moja przyjaźń z Danutą, choć litowała się nad biedną dziewczyną. Gdy ta uciekła, nawet odetchnęła z ulgą. Zawsze bała się, że Danuta sprowadzi mnie na złą drogę. Co nas łączyło? Sama nie wiedziałam, ale z nią było wesoło.
Skończyłam technikum, zaczęłam pracę, poznałam Wojtka i wyszłam za mąż. Rok później urodziła się Kasia. O Danucie słyszałam tylko plotki.
Mama pracowała, nie mogła pomóc, a wieczorami, gdy Wojtek był w domu, wstydziła się przychodzić. Kręciłam się sama, dosłownie padając ze zmęczenia.
Marzyłam tylko o jednym — wyspać się. Gdy podczas karmienia przymykałam oczy, natychmiast zasypiałam. Budziłam się z lękiem, że upuściłam dziecko albo że udusiło się pod ciężarem mojej piersi. Kasia, najedzona, spokojnie spała na rękach. Przenosiłam ją do łóżeczka i szłam odciągać mleko, gotować obiad, prać zalane pieluchy, zmuszając się, by nie zamykać oczu.
I wtedy właśnie pojawiła się Danuta. Stała się jeszcze bardziej podobna do matki, jeszcze piękniejsza, choć trudno uwierzyć, że to możliwe.
— No i wyglądasz, przyjaciółko. Zawsze wiedziałam, że zamążpójście i macierzyństwo kobiety nie ozdabia. Nigdy nie będę miała dzieci — powiedziała Danuta, jak zwykle bez powitania.
— Nie mów nigdy — uśmiechnęłam się.
Potem wyznała, że zrobiła wiele aborcji i już nigdy nie będzie mogła urodzić. Ale instynkt macierzyński był w niej silny. Chętnie pomagała z Kasią, spacerowała z nią, gdy ja gotowałam albo po prostu spałaMijały lata, ale w tamten wiosenny dzień na cmentarzu zrozumiałam, że prawdziwy spokój przychodzi dopiero wtedy, gdy odpuszczamy to, co i tak nie da się już naprawić, i idziemy dalej, trzymając się mocno tego, co w życiu najważniejsze.



