Gabriela wstała późno. Nie miała dokąd się spieszyć, minęło już siedem lat od przejścia na emeryturę, nie miała o kogo dbać. Mogła sobie poleżeć. Ale w sercu czuła niepokój, jakąś dziwną trwogę. Dlaczego? Przecież wszystko było w porządku, nie było powodu do zmartwień. A jednak…
Wstała, doprowadziła się do ładu, postawiła czajnik na kuchence i spojrzała przez okno. Nad domem naprzeciwko niebo zabarwiło się na malinowo, za chwilę wyjrzy niskie, zimowe słońce. Więc po dwutygodniowej odwilży wreszcie przyszły mrozy. *„No i dobrze. Napiję się herbaty i pójdę do sklepu”* – pomyślała Gabriela i zdjęła z ognia wrzący czajnik.
Nalała herbatę do filiżanki i piła małymi łykami. Ciepło rozlało się po ciele. Niska, drobna, nawet po urodzeniu jedynego syna nie przytyła. A mąż był rosłym mężczyzną. Czuło nazywał ją *„Gabrysią”*, *„Gabryseczką”*. Ale jego nie było już od dziesięciu lat.
Uniosła filiżankę, gdy nagle rozległ się ostry dzwonek do drzwi. Zaskoczona, drgnęła, herbata wylała się, parząc jej wychudzoną, pokrytą brązowymi plamami dłoń. Ból był tak silny, że o mało nie upuściła filiżanki. *„Oto i kłopoty. Przeczucia mnie nie myliły. Co jeszcze mnie czeka?”* Ledwie pomyślała, gdy dzwonek odezwał się ponownie, natarczywy i długi.
Gabriela zdmuchnęła na poparzoną skórę i poszła otworzyć, mamrocząc pod nosem: *„Kogo to o takiej porze niesie?”*. I nie od razu zrozumiała, że to duży mężczyzna w pomiętych ubraniach to… jej syn. *„Jak bardzo się zmienił”* – westchnęła. Dominik również zdawał się być zaskoczony widokiem postarzałej matki.
– No to przyjmij gościa, mamo. – Ocknął się i uśmiechnął jakby do siebie.
– Dominik? To ty? Czemu nie dałeś znać? Nie spodziewałam się cię. – Przytuliła się do jego piersi.
On niezdarnie objął ją jedną ręką.
Gabriela wyczuła zapach podróży, nieświeżej odzieży i jeszcze coś, co wywołało w niej niepokój. Odstąpiła krok i przyjrzała się synowi uważnie. Zauważyła niechlujny zarost na opuchniętej twarzy, podkrążone, zaczerwienione oczy.
– Jesteś sam? A gdzie Ania, córka? – spytała Gabriela.
– A samemu mi nie jesteś rada? – zapytał, patrząc gdzieś ponad jej głową.
– Tylko się zdziwiłam. – Cofnęła się, robiąc mu miejsce. – Wejdź, rozbierz się, synku.
Dominik przekroczył próg, postawił na podłodze dużą sportową torbę i rozejrzał się po przedpokoju.
– W domu. Nic się nie zmieniło.
– Na urlop przyjechałeś? W środku zimy? – spytała Gabriela, nie odrywając wzroku od torby.
– Później, mamo. Jestem zmęczony. – Zdjął kurtkę i powiesił na wieszaku.
– Tak, tak, oczywiście. Herbata jeszcze gorąca. – Poszła szybko do kuchni, wyciągnęła z szafki starą filiżankę syna.
Dominik wszedł za nią, usiadł bokiem do stołu, rozkraczył się szeroko, zajmując prawie całą przestrzeń maleńkiej, czystej kuchenki. Gabriela postawiła przed nim filiżankę.
– Może zjesz coś po podróży? Mam rosół. Wczoraj ugotowałam, jakby przeczucie miałam. – Zamarła w oczekiwaniu.
– Niech będzie. – Machnął ręką. – Stęskniłem się za twoim rosołem. – Jego usta drgnęły w półuśmiechu.
Gabriela zawzięcie wyjęła garnek z lodówki. Podgrzała rosół, postawiła przed synem parującą miskę, obok położyła ciężką łyżkę, którą lubił jeść jego ojciec, gruby kawałek chleba, usiadła naprzeciwko i podparła głowę ręką.
– A jest coś mocniejszego do rosołu? – Dominik rzucił jej szybkie spojrzenie, mieszając łyżką.
– Nie trzymam – odpowiedziała chłodno.
Patrzyła, jak syn je łapczywie, głośno mlaskając, mrużąc oczy z zadowolenia, jak kot wygrzewający się na słońcu.
– A co u Ani? W której klasie córka? Czemu nie przyjechały z tobą?
Dominik jadł dalej, nie patrząc na nią, jakby nie słyszał.
Gabriela i tak po jego wyglądzie zrozumiała, że syn pije. Żona nie wytrzymała i go wyrzuciła. A gdzie miał się podziać, jeśli nie do matki? Nie miał już gdzie iść. Cieszyła się, że wrócił. Ale niepokój nie znikał, rósł w środku.
Syn odstawił pustą miskę. Gabriela natychmiast wstała, nalała gorącej herbaty, przysunęła cukierniczkę.
– Rozwiodłem się z Anią. Wróciłem na stałe – powiedział, nie podnosząc na nią wzroku.
– No cóż… Odpoczniesz, znajdziesz pracę. Wszystko się ułoży – mówiła, myjąc naczynia. Potem znów usiadła.
Dominik hałaśliwie popijał herbatę, patrząc gdzieś obok. W końcu odsunął filiżankę i wstał.
– Dobra, mamo. Jestem zmęczony. Położę się, dobrze? Porozmawiamy później. – Wyszedł do pokoju.
Gabriela zmywała naczynia i myślała, że serce jej nie kłamało, przeczuwało przyjazd syna. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Kiedy weszła do pokoju, Dominik leżał rozwalony na kanapie przed telewizorem. Usiadła obok.
– Opowiedziałbyś mi, co się stało? Mieszkanie zostawiłeś im? Słusznie, po męsku. Tu jest twój dom.
– Co tu opowiadać? Rozwiedliśmy się i tyle – odparł, nie odwracając głowy.
Gabriela wpatrywała się w syna i nie poznawała go. Postarzał, w oczach miał zastygły ból i żal, na czole głęboką zmarszczkę. Wyglądał na zagubionego, zniszczonego. Może to tylko zmęczenie? Droga z Gdańska długa i męcząca. Sama nigdy nie zebrała się, by go odwiedzić – to brakowało pieniędzy, to strach ją paraliżował.
Przypomniała sobie, jak po skończeniu studiów przyszedł i powiedział, że wyjeżdża do Gdańska z kolegą. Tam budowali nową fabrykę, szukali młodych, perspektywicznych specjalistGabriela westchnęła ciężko i po raz kolejny poczuła, że jej życie stało się cichym, samotnym oczekiwaniem na coś, co już nigdy nie wróci – na syna, którego serce zniknęło gdzieś w mroku, jak ostatnie światło gasnącego dnia.



