Przywiozła Zosia do wioski narzeczonego, a on postawił jej warunek…
Dziś wszystko zaczęło się od tego, że Tomek zobaczył zbliżający się po szutrowej, wiejskiej drodze autobus. Porzucił więc piłkę i ile sił w nogach pobiegł w stronę przystanku. Rozpięta kraciasta koszula powiewała na wietrze, a jasne włosy roztrzepane były od biegu. W głowie miał tylko jedną myśl: Mama! Mama wraca!.
Kiedy autobus się zatrzymał, Tomek ujrzał mamę, ale nie była sama. Obok niej szedł krępy mężczyzna w jasno-szarym garniturze, który wyglądał jak poważny dyrektor z miasta, wymachując skórzaną teczką. Tomek rzucił się do mamy, zaciskając dłoń na jej ręce i patrząc prosto w jej oczy, pełen radości.
Cześć, synku powiedziała Zosia, pochylając się i całując go w czubek głowy.
No hej, młody! zagrzmiał mężczyzna i od razu roztarł olbrzymią dłonią jasne włosy Tomka. Dłoń miał ciężką, więc chłopiec aż odrobinę się zachwiał pod tym energicznym powitaniem.
Chodźcie do stołu zaprosiła z szacunkiem pani Maria, mama Zosi.
Dziękuję, dziękuję, mamo odpowiedział ważnie pan Janusz, rozglądając się po suto zastawionym stole.
To się nazywa wieś! wskazał na dania. W mieście wszystko na kartki, reforma, a tu każdy sobie radzi swoje mięso, swoje mleko, prosto z własnego obejścia.
I swoja śmietana, i warzywa z ogródka, i owoce dodała z dumą pani Maria.
Póki dajemy radę, mamy swoje włączył się pan Stanisław, tata Zosi, szczupły, małomówny mężczyzna, całe życie pracujący na kombajnie.
Też nie dajemy się, kartki kartkami, ale ja to czasem u siostry na bazie załatwię coś znajomo. Delikatesów Zosi nigdy nie brakuje pochwalił się pan Janusz, gładząc swoją przerzedzoną czuprynę.
Tomek przyglądał się nieznajomemu, myśląc, jakby tu znaleźć pretekst, by podejść bliżej. W Warszawie, gdzie mieszkał z mamą, chodził do szkoły i bawił się z kolegami na podwórku, często podpatrywał ojców swoich rówieśników. Zastanawiał się wtedy, jakim mógłby być jego tata. Wyobrażał sobie, że idą razem do zoo albo kopią piłkę. Czasem marzył, że jego tata byłby podobny do pana Kuby, ojca Michała, albo do taty Janka, a czasem wydawał mu się zupełnie inny.
Teraz, kiedy obok jego mamy siedział ten krępy pan, Tomek zaczął myśleć, że skoro przyjechał z mamą na wieś, to pewnie zostanie jego tatą.
Chłopiec chwycił za drewniany samolocik, który dziadek Staszek sam wystrugał, pilnując, by skrzydełka wyglądały jak prawdziwe. Podszedł do rozgrzanego od jedzenia Janusza i nieśmiało powiedział:
Proszę, zobaczy pan, jaki ładny samolot!
Oho! pan Janusz chwycił samolot, z całej siły uderzając palcami w śmigło, które dziadek tak wymyślił, by się obracało. Jednak śmigło od uderzenia nie zakręciło się, tylko odpadło i poleciało pod stół. Słaba zabawka, młody rzucił Janusz, oddając Tomkowi samolot.
Chłopiec podniósł śmigło, które spadło na podłogę, patrząc z niepokojem na dziadka.
Naprawimy powiedział dziadek Staszek.
Janusz jest u nas kierownikiem zmieniła temat Zosia pracuje jako szef garażu w fabryce.
Janusz jeszcze bardziej nadymał policzki, zerkając z góry na Zosię: Tak jest, kierownik.
Zosia, trzydziestoletnia szwaczka z fabryki, szykowała się do ślubu pierwszy raz w życiu! Cieszyła się, że narzeczony ma stanowisko, jest poważny, starszy, a więc doświadczony i spokojniejszy. Dosuwała talerze do Janusza, proponując mu jeszcze smażoną rybkę i naleśniki ze śmietaną.
Gdy wyszli na ganek, Janusz rozłożył ręce:
No powiedz, czyż to nie jest raj? A jaki tu powietrze!
Podoba ci się, Januszku?
Jeszcze jak!
No to odpoczniemy, pooddychamy, a jutro wrócimy do Warszawy, zabierzemy Tomka, trzeba mu kupić strój szkolny.
Ale po co chłopaka ciągnąć do miasta? Szkoły tu nie ma?
Tylko podstawówka… zaczęła Zosia.
Niech tam, rok się tu pouczy, potem zabierzemy. I remont skończymy, i meble wymienimy, bo u ciebie, Zosiu, wszystko stare.
Pani Maria usłyszała to i spojrzała z niepokojem na męża. Pan Staszek poruszył wąsami, wyrażając swoje niezadowolenie i rozważając słowa Janusza.
Ale Janusz, trzeba ze szkołą ustalić, rzeczy zabrać…
Co to za problem, zebrać mu ciuchy? Zobacz tylko: powietrze, mleko, warzywa, jagody będzie tu rósł jak na drożdżach! A wy, dziadkowie, przypilnujecie go, a my w mieście ciągle w pracy, nie mamy czasu. Rok się tu pouczy, a w międzyczasie zamieszkamy razem, podpiszemy papiery. Co ty na to, Zosiu?
To żaden wybór mruknął pan Staszek, poruszając wąsami. To warunek, a nie propozycja.
Następnego dnia, podczas gdy Zosia tłumaczyła Tomkowi, dlaczego nie zabiera go ze sobą, chłopiec kiwał głową, lecz nie odezwał się ani słowem. Kiedy Janusz i Zosia pojechali już na autobus, Tomka nigdzie nie mogli znaleźć. Pani Maria zajrzała na strych, do warsztatu, a on zniknął.
Gdzie on się podział? Przecież był niedawno… i rower stoi.
Pewnie zagadał się z kolegami machnął ręką Janusz.
Zosia jeszcze raz z niepokojem spojrzała na podwórko i wyszła za ogrodzenie. Tomek, schowany w drewutni, przez szparę obserwował, co się dzieje. Marzył, by wyskoczyć i rzucić się matce na szyję, lecz wytrzymał, ściskając w dłoniach zepsuty samolocik. Czuł intuicyjnie, że wraz z przyjazdem tego łysiejącego pana stał się tu niepotrzebny.
Łzy płynęły mu po policzkach, choć nie był płaczliwy nawet gdy dziadek go kiedyś zbeształ za to, że popłynął sam łódką na Wisłę. Wiedział, że dziadek nie bije bez powodu. Teraz, nie dotknięty nawet palcem, płakał i wycierał oczy pięściami, chcąc jak najszybciej pozbyć się łez.
Znalazł się! ucieszyła się babcia, gdy Zosia z Januszem już odjechali. Nie martw się, wnuczku, mamusia przyjedzie za miesiąc, jak obiecała, a my ci kupimy mundurek w miasteczku, na pewno będzie ci się tu podobało.
Tomek spuścił głowę, jasne kosmyki opadły mu na czoło. Myślał o szkolnych kolegach z miasta, znajomych z podwórka. Bardzo chciał wrócić do nich. Oczywiście, tutaj też miał kolegów, lecz wiedział, że lato spędza zawsze u dziadków, których bardzo kocha, a na jesień wraca do Warszawy.
Tydzień minął niepostrzeżenie. Z bawiąc się z chłopakami, Tomek zapominał, że nie pojechał z matką.
Pewnego dnia Maria niemal upuściła wiadro z rąk, widząc Zosię za bramką.
Córko! Nie spodziewaliśmy się ciebie.
Zosia opadła na ławkę, zmęczona:
Obiecałam za miesiąc, wróciłam po dwóch tygodniach. Przyjechałam po Tomka.
Jak to? Przecież mieliście zostawić go u nas. Zmieniłaś zdanie, czy Janusz się rozmyślił?
Ja, mamo, zmieniłam. Nie chcę rozstawać się z synem. A Janusz… to dopiero typ. Zaczął się kręcić koło Krysi, księgowej, wozi jej teraz produkty od siostry z bazy. U niej nie ma dzieci. A według niego – ja mam przydane w postaci Tomka i postawił mi warunek: nie zabierać dziecka z wioski.
Maria patrzyła smutno na Zosię. Bardzo chciała dla niej szczęścia, ale nie takiego, jakie mógł dać Janusz.
Może to i lepiej, córeczko.
Lepiej, mamo, lepiej. Zabiorę Tomka, kupię mu mundurek, nowy tornister, odprowadzę do drugiej klasy i wszystko będzie jak dawniej. Żyliśmy bez luksusów, ale sobie radziliśmy. Nie potrzebowałam produktów z bazy, tylko rodziny, by mój syn miał ojca, a ja męża.
Na podwórku pojawił się Tomek, stanął w pół kroku, widząc mamę. Była to dla niego tak wielka niespodzianka, że zapomniał o dawnych żalach i rzucił się jej na szyję.
Mamusiu!
Synku! Tak bardzo tęskniłam! Zosia objęła go mocno, patrząc na opalone policzki. Przyjechałam po ciebie, niedługo szkoła.
Tomek patrzył ze zdumieniem.
Będziemy żyli jak dawniej. Będziesz się uczył, ja sprawdzę ci zadania, zapiszę cię na kółko, zapiszę cię na trening piłkarski, jak chciałeś.
Tomek próbował upchnąć jak najwięcej rzeczy do swojego plecaczka, by maminej torbie było lżej.
Synku, nie przesadzaj, nie dasz rady tyle nieść.
Dam radę! Jestem silny!
Dziadek Staszek z babcią Marią odprowadzili Zosię i Tomka aż na przystanek. Autobus, błyszcząc reflektorami, zjechał na żwirowe pobocze i zatrzymał się, otwierając drzwi. Tomek znalazł miejsce przy oknie i machał dziadkom, dopóki nie zniknęli za zakrętem.
W dłoniach trzymał swój naprawiony drewniany samolocik i zerkał czasem na mamę. Wracał do domu i w tym dziecięcym sercu czuł tak wielką radość, że nawet nie próbował jej ukrywać. Był dumny, że mama jest tuż obok najbliższy człowiek na świecie.



