Przywiozła ukochana narzeczonego na polską wieś, a on postawił jej jeden warunek…

Zosia przywiozła do rodzinnej wsi narzeczonego, a ten postawił jej warunek…

Mateuszek zobaczył zbliżający się do wsi PKS-owy autobus na żwirowej drodze i rzucając piłkę, popędził do przystanku, ile sił w nogach. Koszula w kratę rozpięta, jasne włosy rozwiewały się na wietrze.

Mama, mama przyjechała! myślał tylko Mateuszek, biegnąc co tchu. Ale Zosia wysiadła nie sama obok szedł z nią tęgi mężczyzna w jasnoszarym garniturze. Szedł dumnie, wymachując teczką, wyglądał jakby był jakimś ważnym dyrektorem. Mateuszek podbiegł do mamy, chwycił ją za rękę, radośnie patrząc w oczy.

Cześć, synku powiedziała trzydziestoletnia kobieta, pochylając się i całując syna w czubek głowy.
Siema, młody! zagadnął mężczyzna, od razu czochrając Mateuszkowi włosy wielką dłonią. Ręka obcego była ciężka i chłopak aż się zachwiał po gorącym powitaniu.

Zapraszamy do stołu powitała ich z szacunkiem pani Janina, mama Zosi.
Dziękuję, dziękuję, mamusiu odpowiedział z powagą Wiesław, rozglądając się po suto zastawionym stole.
Co znaczy wieś! wskazał na stół. W mieście wszystko na kartki, kryzys, a tu własna żywność, swoje mięso.
I mleko swoje, i śmietanę, i warzywa z ogródka podchwyciła Janina, niemal śpiewając.
Dopóki sił starcza, trzymamy się swojego do rozmowy włączył się Stanisław, ojciec Zosi, szczupły, oszczędny w słowach, przez całe życie mechanizator w PGR-ze.

My też sobie radzimy, niby kartki, a ja czasem od siostry z magazynu coś załatwię, po znajomości pochwalił się Wiesław, gładząc swoje przerzedzające się włosy. Zosię zaopatruję w przysmaki.

Mateuszek obserwował nieznajomego, zastanawiając się, jaką znaleźć wymówkę, żeby do niego podejść. W mieście, gdzie mieszkał z mamą, chodził do szkoły i grał z kolegami w piłkę na podwórku, często patrzył na ojców swoich rówieśników i wyobrażał sobie, jaki byłby jego tata.

Czasami na myśl przychodziło mu, że by poszedł z tatą do zoo albo na boisko. Zastanawiał się, czy tata byłby podobny do ojca Michała czy Piotrka, albo może zupełnie inny.

Teraz, kiedy przy stole siedział ten tęgi pan, Mateuszek pomyślał, że skoro przyjechał z mamą na wieś, to chyba zostanie jego ojcem.

Mateuszek chwycił drewniany samolocik, zrobiony własnoręcznie przez dziadka Staszka, który skrzydła wypiłował tak, by wyglądały jak u prawdziwego samolotu. Nieśmiało podszedł do Wiesława, rumianego już od jedzenia.
Proszę, zobaczy pan, jaki samolot! powiedział i podał mu zabawkę.

O, proszę ucieszył się Wiesław, chwycił samolocik i z rozmachem pstryknął palcem w śmigło, które dziadek umocował tak, by się kręciło. Ale od tego uderzenia śmigiełko nie zaczęło się kręcić, tylko odpadło i poleciało na podłogę.
Słaba zabawka mruknął Wiesław, oddając samolot Mateuszkowi.
Chłopiec podniósł zgubione śmigło i spojrzał niepewnie na dziadka.

Naprawimy, nie martw się powiedział dziadek Staszek.
A pan Wiesław to kierownik, Zosia zmieniła szybko temat, pracuje u nas na zakładzie, kieruje transportem.
Wiesław jeszcze bardziej napuszył policzki, spojrzał z wyniosłością na Zosię:
Jak jest, tak jest.
Trzydziestoletnia Zosia szyła na maszynach w fabryce, pierwszy raz w życiu zbierała się do ślubu. Cieszyła się, że narzeczony poważny człowiek, starszy, mądrzejszy, na stanowisku. Dosuwała do niego talerze, częstując i smażoną rybą, i naleśnikami ze śmietaną.

Wychodząc na ganek, Wiesław rozłożył ramiona i zawołał:
No czy to nie pięknie?! A powietrze tutaj, co za powietrze!
Wiesiu, podoba ci się?
A jeszcze jak!
No to pooddychamy, odpoczniemy, a jutro wracamy do miasta, zabierzemy Mateuszka, trzeba mu kupić mundurek na nowy rok szkolny.
Zosieńka, po co chcesz go zabierać do miasta? Tu chyba też szkoła jest?
Ale tu tylko podstawówka…
To i dobrze machnął ręką Wiesław. Rok pożyje i się zabierze, a my zrobimy remont, kupimy nowe meble, bo te twoje same stare graty.
Janina, słysząc propozycję Wiesława, spojrzała z przestrachem na Stanisława. Ten, jak mawiał Mateuszek, zaczął kręcić wąsa znak niezadowolenia i zamyślenia.

Ale Wiesiu, trzeba szkołę przeorganizować, rzeczy chłopca sprowadzić…
Co to za filozofia? Zobacz, ile tu zdrowego powietrza, mleko, warzywa, owoce, tu chłopak urośnie, a wy rodzice popilnujecie go, bo w mieście i tak nie mamy dla niego czasu, oboje pracujemy. Ten rok sobie spokojnie w wiejskiej szkole przejdzie, a my poukładamy sobie życie. No i co, Zosieńka? Podoba ci się pomysł?
Co to pomysł odmruknął Stanisław, kręcąc wąsa. To nie propozycja, tylko warunek.
Następnego dnia, kiedy Zosia tłumaczyła, czemu nie zabiera Mateuszka, chłopak przytakiwał, nie odzywając się słowem. A kiedy Wiesław z Zosią ruszyli na autobus, nikt Mateuszka nie mógł znaleźć. Janina zajrzała na strych i do warsztatu dziadka nigdzie go nie było.

No gdzież on się zapodział, przecież tu był. A rower stoi na miejscu.
Znalazł się z kolegami, pewnie gdzieś poszedł machnął ręką Wiesław.
Zosia z niepokojem jeszcze raz rozejrzała się po podwórku i wyszła na drogę. Mateuszek, schowany cały czas w węglu, przez szparę obserwował, co się dzieje. Bardzo chciał wybiec, podbiec do mamy i chwycić ją za rękę, ale jakoś się powstrzymał. Ze swoim dziecięcym instynktem czuł, że nagle stał się zbędny, kiedy pojawił się ten łysawy pan.

Miał w ręku zepsuty samolocik, a po policzkach spływały mu łzy. Nie był płaczliwy kiedy dziadek go smagnął witką za rozwiązaną łódkę i ryzyko samotnej przejażdżki na rzeczce, nie zapłakał nawet wtedy. Wiedział, że dziadek nie bije bez powodu. Ale teraz, gdy nikt go nawet palcem nie tknął, łzy same leciały, a on wycierał je pięściami, próbując się ich jak najszybciej pozbyć.

Jest! Znalazł się! zawołała babcia, kiedy Zosia z Wiesławem już odjechali. Nie martw się, chłopcze, mama przyjedzie za miesiąc, jak obiecała, a my ci kupimy mundurek w powiecie, przecież dobrze ci u nas z dziadkiem.
Mateuszek spuścił głowę, jasne włosy opadły mu na czoło. Wspomniał kolegów z klasy i podwórka jak bardzo chciałby do nich wrócić. Oczywiście, miał tu też kolegów, ale od dawna wiedział, że latem mieszka u dziadków, których bardzo kocha, a na jesieni wraca do miasta, gdzie też mu było dobrze.

Tydzień minął błyskawicznie. Mateuszek, bawiąc się z chłopakami, trochę zapomniał o żalu, że mama nie zabrała go do miasta.

Janina aż upuściła wiadro, gdy zobaczyła Zosię za furtką.
Córko, a my ciebie nie spodziewaliśmy się tak szybko!
Zosia ciężko siadła na ławce:
Obiecałam za miesiąc, a jestem po dwóch tygodniach. Przyszłam po Mateuszka.
Jak to? Przecież ustaliliśmy, że zostawiasz go u nas. Czy Wiesław zmienił zdanie?
To ja, mamo, zmieniłam. Nie będę synem szastać. Wiesław się okazał nie taki święty teraz do Simy, księgowej chodzi, produkty jej z hurtowni nosi, bo ona dzieci nie ma. A do mnie mówił, że moje wiano to Mateuszek, że muszę go tu zostawić.

Janina patrzyła ze smutkiem na córkę. Bardzo pragnęła jej szczęścia, ale nie takiego, jak z Wiesławem.
Może to i lepiej, dziecko.
Lepiej, mamo, lepiej. Teraz zabiorę Mateuszka, kupię mu nowy mundurek, tornister, zaprowadzę do drugiej klasy i wszystko będzie po staremu. Radziliśmy sobie razem i nadal damy radę! Nie potrzebne mi jego produkty, mnie rodzina była potrzebna, żeby Mateuszek miał ojca, a ja męża…
Na podwórku pojawił się Mateuszek i zamarł na widok mamy. To było tak niespodziewane, że zapomniał o wcześniejszej przykrości i rzucił się jej w ramiona:
Mamo!
Synku! Jak ja się stęskniłam! Zosia przytuliła syna, patrząc mu w opalone policzki. Przyjechałam po ciebie, do szkoły zaraz!
Mateuszek patrzył na nią ze zdumieniem.
Tak jak żyliśmy razem, tak dalej będziemy. Ty będziesz się uczyć, ja będę z tobą odrabiać lekcje, a jeszcze zapiszę cię na kółko i do sekcji piłkarskiej, tak jak chciałeś.
Mateuszek próbował jak najwięcej rzeczy upchać do swojego plecaczka, by torba mamusi była lżejsza.

Synku, wystarczy, ciężko ci będzie!
Poradzę sobie! Jestem silny!

Dziadek i babcia odprowadzili Zosię i Mateuszka na przystanek. Autobus zabłysnął światłami, wjechał na piaszczyste pobocze, zatrzymał się i otworzył drzwi. Mateuszek zajął miejsce przy oknie i machał babci i dziadkowi aż zniknęli za zakrętem.

W rękach trzymał ten sam drewniany samolocik, który dziadek naprawił, i zerkał w stronę mamy. Jechał do domu, a to uczucie przepełniało mu serce tak mocno, że nie potrafił ukryć radości i dumy, że najbliższa osoba siedzi obok niego mama, jego najukochańsza…

Rate article
Fajna Tajna
Przywiozła ukochana narzeczonego na polską wieś, a on postawił jej jeden warunek…