Przyszli, gdy spaliśmy
Halina Marek obudziła się od dźwięku, którego nie potrafiła od razu rozpoznać. Ciche skrzypienie desek na korytarzu, jakby ktoś ostrożnie skradał się po mieszkaniu. Kobieta nadstawiła ucha, serce zaczęło bić szybciej. Obok spokojnie pochrapywał mąż, Jan Kowalski nawet się nie poruszył.
— Janku… — szepnęła, delikatnie popychając go w ramię. — Janku, słyszysz?
— Mmm? Co się stało? — zamruczał, nie otwierając oczu.
— Ktoś chodzi po mieszkaniu.
Jan niechętnie otworzył jedno oko, spojrzał na świecące cyfry budzika.
— Halsiu, druga w nocy. Przywidziało ci się.
— Nie przywidziało! Słyszę kroki!
Mąż westchnął, ale jednak nadsłuchiwał. Rzeczywiście, gdzieś w głębi mieszkania rozlegały się ledwo słyszalne odgłosy. Skrzypienie, szelest, ciche stukanie.
— Pewnie kot — uspokoił żonę. — Burek znowu szaleje po nocy.
— Jaki kot, Janku? Burek zdechł trzy lata temu, zapomniałeś?
Jan ostatecznie się obudził. Dźwięki stawały się wyraźniejsze. Ktoś zdecydowanie poruszał się po ich mieszkaniu, i to z pewnością siebie, jakby znał ustawienie mebli.
— Może Zosia przyszła? — zapytała Halina. — Ma przecież klucze.
— O tej porze? Pewnie od dawna śpi, jutro ma pracę.
Córka mieszkała osobno, w sąsiedniej dzielnicy, ale czasem wpadała do rodziców, zwłaszcza gdy pokłóciła się z mężem. Choć zazwyczaj dzwoniła wcześniej.
Dźwięki zbliżały się do sypialni. Halina mocno ścisnęła dłoń męża.
— Janku, a jeśli to… złodzieje?
— Cicho… — Ostrożnie wstał z łóżka, namacał kapcie. — Pójdę sprawdzę.
— Nie idź! A jeśli mają nóż?
— Halsiu, jacy złodzieje? W naszym bloku jest dozorca całą dobę, domofon, kłódki. I nie mamy nic szczególnie cennego.
Cicho podszedł do drzwi, przyłożył ucho do drewnianej powierzchni. Za drzwiami rozległ się cichy kobiecy głos, nucona melodia. Znajoma.
— Halsiu… — szepnął, przywołując żonę. — Chodź tu.
Podeszła boso, również nasłuchując.
— To… to kołysanka mamy — szepnęła Halina, a jej głos zadrżał. — Ta sama, którą śpiewała mi w dzieciństwie.
Jan zmarszczył brwi. Teściowa zmarła dziesięć lat temu, ale doskonale pamiętał tę melodyjkę bez słów, którą nuciła, zajmując się domem.
— To niemożliwe.
— Janku, a może to duch? — Halina złapała go za rękaw piżamy. — Może mama przyszła?
— Halsiu, nie mów głupot. Duchów nie ma.
Ale i on poczuł, jak po plecach przebiegł mu dreszcz. Melodia brzmiała wyraźniej, a teraz dołączył do niej inny dźwięk — ciche dzwonienie porcelany, jakby ktoś przestawiał naczynia w kuchni.
— Zupełnie jak mama — szepnęła żona. — Pamiętasz, jak nie mogła zasnąć i szła do kuchni? Gotowała herbatę, wyjmowała filiżanki…
Jan pamiętał. Wanda Nowak cierpiała na bezsenność, szczególnie pod koniec życia. Potrafiła wstać o trzeciej nad ranem i sprzątać czy gotować, nucąc tę samą melodię.
— Boję się — przyznała Halina.
— Daj spokój. Chodźmy zobaczyć.
Zdecydowanie przekręcił klamkę, wyjrzał na korytarz. Cisza. Tylko z kuchni sączyło się słabe światło, jakby paliła się lampka nad kuchenką.
Małżonkowie szli powoli, trzymając się za ręce. W drzwiach kuchni Jan się zatrzymał, zajrzał do środka.
Kuchnia była pusta. Na stole stały dwie filiżanki, obok leżały łyżeczki, cukiernica. Czajnik cicho bulgotał na gazie, z dzióbka unosiła się para.
— Ale ja nie stawiałam czajnika na noc — powiedziała Halina, zdezorientowana. — Na pewno nie.
— Ani ja.
Stali w progu, nieśmiali wejść. Czajnik zagotował się, automatycznie wyłączając. W ciszy słychać było tylko ich przyspieszony oddech.
— Może lunatycy z nas? — niepewnie zasugerował Jan. — Wstaliśmy przez sen i to wszystko przygotowaliśmy?
— Razem? W tym samym czasie? Janku, nie żartuj.
Halina ostrożnie weszła do kuchni, dotknęła jednej z filiżanek. Ciepła. Dopiero co ktoś ją trzymał.
— Patrz — wskazała mężowi parapet. — Pelargonia zakwitła.
Na oknie stała stara doniczka z pelargonią, która nie kwitła od ponad roku. Halina miała ją wyrzucić, ale zawsze było coś pilniejszego. Teraz zdobiły ją jaskrawo-różowe kwiaty, świeże i bujne.
— Mama uwielbiała pelargonie — cicho powiedziała. — Mówiła, że ten kwiat przynosi do domu spokój.
— Halsiu, może pójdziemy do lekarza? — ostrożnie zaproponował mąż. — Bo zaczynamy już pleść herezje.
— Jakie herezje? Sam widzisz — czajnik, filiżanki, kwiaty. To nie mogło pojawić się samo.
Usiadła na krześle, zamyślona, patrząc na przygotowaną przez kogoś herbatę.
— Wiesz, mama zawsze mówiła, że po śmierci wróci nas odwiedzić. Pamiętasz, jak żartowała: „Będę przychodzić nocą, sprawdzać, czy wszystko w porządku”?
— Pamiętam. Ale to były tylko żarty, Halsiu.
— A jeśli nie żarty?
Jan usiadł obok żony, wziął ją za rękę.
— Nawet jeśli, to czego się bać? To twoja mama. Kochała nas.
Halina skinęła głową, trochę się uspokoiła.
— Tak… kochała. I zawsze martwiła się, czy dobrze nam się wiedzie.
Siedzieli w ciszy, patrząc na nakryty stół. Strach stopniowo ustępował, zastępowany dziwnym spokojem. Jakby w domu naprawdę pojawiła się obecność kogoś, kto ich kocha.
— Pamiętasz, jak przeżywała, gdy pokłóciliśmy się o działkę? — nagle odezwała się Halina. — Jak błagała, żebyśmy się pogodzili?
— Jakże nie. Trzy dni nie odzywała się do nas, aż się nie uściskaliśmy.
— I jak się cieszyła, gdy Zosia powiedziała, że wychodzi za mąż. Sama szyła suknię ślubną, do ostatniej koralikI gdy siedzieli tak, wypełnieni ciepłem tych wspomnień, pelargonia na parapecie delikatnie zadrżała, jakby ktoś niewidzialny musnął jej liście na pożegnanie, a w powietrzu na moment uniósł się dobrze im znany zapach wanilii i lawendy, który tak bardzo kojarzył im się z ukochaną Wandą.



