Przyszli, gdy spaliśmy

Przyszli, gdy spaliśmy

Weronika Stanisławowa obudziła się od dźwięku, którego nie mogła początkowo rozpoznać. Cichy skrzyp podłogi w korytarzu, jakby ktoś ostrożnie skradał się po mieszkaniu. Kobieta nasłuchiwała, serce zabiło mocniej. Obok spokojnie chrapał mąż, Stefan Janowicz nawet się nie poruszył.

— Stefanie… — szepnęła, lekko szturchając go w ramię. — Słyszysz?

— Mhm? Co się stało? — mruknął, nie otwierając oczu.

— Ktoś chodzi po mieszkaniu.

Stefan Janowicz niechętnie otworzył jedno oko, spojrzał na świecące cyfry budzika.

— Weroniko, jest pół do trzeciej w nocy. Przywidziało ci się.

— Nie przywidziało! Słyszę wyraźnie kroki!

Mąż westchnął, ale jednak nasłuchał. Rzeczywiście, gdzieś w głębi mieszkania rozlegały się ledwo słyszalne odgłosy. Skrzypnięcie, szelest, lekkie stukanie.

— Pewnie kot — uspokoił żonę. — Mruczek znowu nocą hasa.

— Jaki kot, Stefanie? Mruczek zmarł trzy lata temu, zapomniałeś?

Stefan Janowicz ocknął się zupełnie. Dźwięki stawały się wyraźniejsze. Ktoś zdecydowanie poruszał się po ich mieszkaniu, i to całkiem pewnie, jak by znał rozkład mebli.

— Może to Ola przyszła? — zasugerowała Weronika Stanisławowa. — Ma przecież klucze.

— O tej porze? Dałaby nam znać, ma jutro pracę.

Córka mieszkała osobno, na sąsiednim osiedlu, ale czasem wpadała do rodziców, zwłaszcza gdy pokłóciła się z mężem. Choć zazwyczaj uprzedzała wcześniej.

Odgłosy zbliżały się do sypialni. Weronika Stanisławowa mocno ścisnęła dłoń męża.

— Stefanie, a jeśli to… złodzieje?

— Cicho — ostrożnie wstał z łóżka, namacał kapcie. — Pójdę sprawdzić.

— Nie idź! A jeśli mają nóż?

— Weroniko, jacy złodzieje? W naszym bloku portier jest całą dobę, domofon, zamki szyfrowe. I nie mamy nic cennego.

Cicho podszedł do drzwi, przyłożył ucho do drewnianej powierzchni. Za drzwiami rozległ się cichy, kobiecy głos, nucony jakąś melodię. Znajomą melodię.

— Weroniko — przywołał żonę szeptem. — Chodź tutaj.

Podbiegła boso, również nasłuchując.

— To… to kołysanka mamy — szepnęła Weronika Stanisławowa, a jej głos zadrżał. — Ta sama, którą mi śpiewała w dzieciństwie.

Stefan Janowicz zmarszczył brwi. Teściowa zmarła dziesięć lat temu, ale doskonale pamiętał tę bezsłowną piosenkę, którą nuciła, zajmując się domem.

— To niemożliwe.

— Stefanie, czy to może duch? — Weronika Stanisławowa wpiła się w rękaw jego piżamy. — Może mama przyszła?

— Weroniko, nie mów głupot. Duchów nie ma.

Ale i on poczuł, jak po plecach przebiegł mu dreszcz. Melodia brzmiała coraz wyraźniej, a teraz dołączył do niej inny dźwięk — ciche stukanie, jakby ktoś przestawiał naczynia w kuchni.

— Zupełnie jak mama — szepnęła żona. — Pamiętasz, jak nie mogła spać i chodziła do kuchni? Gotowała herbatę, wyjmowała filiżanki…

Stefan Janowicz pamiętał. Helena Andrzejewna cierpiała na bezsenność, szczególnie w ostatnich latach. Mogła wstać o trzeciej nad ranem i sprzątać lub gotować, nucąc tę samą melodię.

— Boję się — przyznała Weronika Stanisławowa.

— Daj spokój. Chodźmy zobaczyć, co tam się dzieje.

Zdecydowanie przekręcił klamkę, wyjrzał na korytarz. Cisza. Tylko z kuchni dochodziło słabe światło, jakby paliła się tam lampka nad kuchenką.

Małżonkowie powoli ruszyli korytarzem, trzymając się mocno za ręce. Na progu kuchni Stefan Janowicz zatrzymał się, zajrzał do środka.

Kuchnia była pusta. Na stole stały dwie filiżanki, obok leżały łyżeczki, cukiernica. Czajnik cicho szumiał na kuchence, z dzióbka unosiła się para.

— Ale przecież nie nastawiałam czajnika na noc — powiedziała zmieszana Weronika Stanisławowa. — Na pewno nie.

— Ani ja.

Stali w drzwiach, nieśmiali wejść. Czajnik zagotował się i automatycznie się wyłączył. W zapadłej ciszy słychać było tylko ich przyśpieszony oddech.

— Może śnimy? — niepewnie zaproponował Stefan Janowicz. — Wstaliśmy przez sen i to wszystko przygotowaliśmy?

— Razem? W tym samym czasie? Stefanie, nie żartuj.

Weronika Stanisławowa ostrożnie weszła do kuchni, dotknęła jednej z filiżanek. Ciepła. Dopiero co trzymał ją ktoś w dłoniach.

— Patrz — pokazała mężowi parapet. — Geranium zakwitło.

Na oknie stała stara doniczka z geranium, które nie kwitło od ponad roku. Weronika Stanisławowa zamierzała wyrzucić zwiędłą roślinę, ale jakoś nie miała czasu. A teraz zdobiły ją jaskrawo-różowe kwiaty, świeże i bujne.

— Mama bardzo kochała geranium — cicho powiedziała. — Mówiła, że ten kwiat przynosi domowi spokój.

— Weroniko, może pójdziemy do lekarza? — delikatnie zaproponował mąż. — Bo zaczynamy pleść jakieś banialuki.

— Jakie banialuki? Sam widzisz — czajnik, filiżanki, kwiaty. To wszystko nie mogło pojawić się samo.

Usiadła na krześle, zamyślona, patrząc na herbatę przygotowaną przez kogoś.

— Wiesz, mama zawsze mówiła, że po śmierci wróci nas odwiedzić. Pamiętasz, jak żartowała: „Będę przychodzić nocą, sprawdzać, czy wszystko u was w porządku”?

— Pamiętam. Ale to były tylko żarty, Weroniko.

— A jeśli nie żarty?

Stefan JanZanim się spostrzegli, w kuchni rozległ się znajomy, ciepły śmiech Heleny Andrzejewnej, a zapach gerań i mięty spowinął ich jak czuły uścisk, który na zawsze już pozostał w ich sercach.

Rate article
Fajna Tajna
Przyszli, gdy spaliśmy