Drogi Dzienniku,
Dziś minął mój siedemdziesiąty rok życia. Patrząc wstecz, widzę jedynie trójkę dzieci, które wychowałem w samotności po śmierci Marii, mojej ukochanej żony, sprzed trzydziestu lat. Nie poślubiłem ponownie nie udało się, nie znalazłem, po prostu nie miałem szczęścia. Wiele wymówek można by wymienić, lecz po co roztrząsać to teraz? Nie miałem wtedy czasu na rozważania.
Dwaj chłopcy byli nieokiełznanymi buntownikami. Przenosiłem ich z jednej szkoły do drugiej, aż w końcu trafił ich nauczyciel fizyki, pan Kowalski, który dostrzegł w nich ukryty talent. Od tej pory kłótnie i bójki zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Moja córka, Zuzanna, miała trudności w kontaktach z rówieśnikami. Szkolny psycholog nalegał, by zabrać ją do psychiatry. Na szczęście do szkoły przybył nowy nauczyciel literatury, pan Nowak, który założył koło młodych pisarzy. Zuzanna od razu wpadła w wir pisania od rana do nocy tworzyła opowiadania, które najpierw pojawiały się w szkolnym gazetniku, a później w lokalnych klubach literackich.
Młodzież po ukończeniu liceum dostała stypendia na prestiżowe uczelnie chłopcy na wydziały fizyki i matematyki, Zuzanna na filologię. Ja zostałem sam. Zauważyłem, że cisza wokół mnie przypomina wycie wilka w nocnej pustkowiu. Zająłem się wędkarstwem, ogrodnictwem i hodowlą świń na naszym dużym gospodarstwie przy Wiśle. Praca przynosiła przyzwoite dochody, choć wynagrodzenie inżyniera w fabryce było niższe niż moje przychody z rolnictwa. Dzięki temu mogłem pomóc dzieciom kupić im niedrogie, ale sprawne samochody, dorzucić na ich codzienne wydatki i zapewnić przyzwoite ubrania.
Czas jednak płynął szybciej niż kiedykolwiek. Gospodarstwo i handel pochłaniały każdy mój dzień, ale cieszyło mnie to zajęcie. Minęło kolejne dziesięć lat, a zbliżał się jubileusz moje siedemdziesiąte urodziny. Planowałem je przeżyć w samotności. Synowie, pracujący nad tajnym projektem dla Ministerstwa Obrony, nie mogli wyjść na weekend, a Zuzanna podróżowała po konferencjach literackich. Nie chciałem ich obciążać zaproszeniami. Myślałem: Sam będę świętował, sam wypiję szklaneczkę wódki i przypomnę sobie Marię, opowiadając jej, kim się moi dzieci stali.
Rano, jeszcze przed świtem, wstałem, by dopilnować świń. Zanim jeszcze słońce podniosło się nad horyzontem, wyszedłem na podwórko. Na rozświetlonej jeszcze gwiazdami łące zauważyłem coś dziwnego wydłużony przedmiot owinięty w brezent. Co to może być? mruknąłem, gdy nagle rozbłysły reflektory.
Światła oświetliły łąkę, a z kąta domu wyłoniły się postacie. To byli moi synowie z żonami i wnukami, kilkoro krewnych, a przy nich Zuzanna w towarzystwie wysokiego mężczyzny w okularach z grubymi soczewkami. Wszyscy trzymali balony i dmuchali w rurki, niektórzy przyciskali przyciski trąbek pełnych sprężonego powietrza. Krzyczeli, machali rękami, usiłując mnie przytulić:
Sto lat, tato!
Zapomniałem o tajemniczym przedmiocie. Nie zdążyłem nawet zastanowić się, co chłopcy mogliby tam przynieść, gdyż nie pozwolili mi wrócić do domu, gdzie ich żony już czekały, by nakryć stół.
Zaczekaj, tato, pozwól, że zawiążę ci oczy, powiedziała Zuzanna.
Zgodziłem się. Zawiązała mi gęstą tkaninę na potylicy i odprowadziła mnie w nieznane miejsce. Gdy zapytałem, co przygotowali, usłyszałem:
Prezent dla ciebie.
Mam nadzieję, że nie drogi dodałem z niepewnością. Nie potrzebuję niczego.
Nie martw się, tato odpowiedział drugi z synów. To mały, taniej gadżet, znak uznania i podziękowania.
Dotarliśmy do miejsca, gdzie Zuzanna zdjęła opaskę. Z głośników wybuchła muzyka, a dźwięk bębna zalał nas. Dzieci podeszły z trzech stron i zerwały brezent. Pod jasnym światłem reflektorów ukazał się stary, ale zadbany Polski Fiat 126p w oryginalnym błękitnym lakierze.
Prawie upadłem z szoku. Dzieci chwyciły mnie i usiadły na krzesle, a ja jedynie powtarzałem:
O Boże, Boże, Boże
Zuzanna spryskała mnie wodą ze szczęki i dodała:
Tato, cały życie marzyłeś o tym samochodzie.
To przecież kosztowne jęknąłem.
Nie droższe niż złoto, tato odparł syn.
Zuzanna popchnęła mnie do auta, ale zamiast fotela stała tam kartonowa pudełka.
Co to? zapytałem.
Otwórz, odpowiedziała.
Wyciągnąłem karton, a z jego wnętrza spojrzały dwa małe oczy. Wyciągnąłem małego, puszystego kociaka i przytuliłem go:
Prawdziwy tygrysik! Taki, jaki mieliśmy wtedy z twoją mamą. Pamiętacie? Bąbelek. Kiedy byliście mali, kochaliście go…
Oczywiście, tato odpowiedzieli dzieci.
Nie wsiadłem do samochodu. Poszedłem na górę, do swojego pokoju, gdzie pokazałem zdjęcie Marii kotu. Łzy spływały po moich policzkach:
Widzisz, Marto? Udało się. Nic nie zapomniano… Widzisz?
Dzieci nie pozwoliły mi dłużej być samemu. Stół w dole już czekał, a toast po toście rozbrzmiewał w całym domu. Zuzanna szepnęła mi na ucho, że jest w czwartej ciąży i przyjechała z narzeczonym, by zamieszkać ze mną. Miał wkrótce wyjechać do Wielkiej Brytanii po rodziców, a po kilku tygodniach planowali ślub w kościele w naszym mieście.
Nie masz nic przeciwko, tato? zapytała.
To jak sen o magii odpowiedziałem, całując ją w czoło.
Wieczór upłynął przy rozmowach, jedzeniu i wspomnieniach. Po wszystkim poszedłem na grób Marii, usiadłem przy niej i rozmawiałem jeszcze długo. Życie zaczęło nabierać nowego sensu, zwłaszcza przy tym samochodzie. Myślałem, że powinienem kupić odpowiednie ubrania z tamtych lat i pojechać nim do pobliskiego dużego miasta.
Na moim łóżku spał mały kociak, którego nazwałem Kitek.
Kitek powiedziałem, powtarzając imię, a kot mruczał i rozciągał się w całej swej małej wielkości. Położyłem się, pogłaskałem go po ciepłym brzuszku i zasnąłem.
Rankiem wstałem wcześnie: karmiłem świnie, dbałem o ogródek i nie zapomniałem o wędkowaniu. Na dole w pokoju spali Zuzanna i jej narzeczony. Po wyjeździe synowie i ich rodziny opuścili dom, pozostawiając ciszę. Kitek podążał za mną, wpadł do pojemnika na paszę i się zaplątał w sieci na łodzi, po czym próbował zjeść przynętę dla ryb. Śmiałem się i rozmawiałem z małym łobuzem:
Wygląda na to, że młodość wróciła powiedziałem, głaszcząc go po grzbiecie.
Kitek miauczał i zahaczył łapką o moją rękę, wgryzł się małymi zębiskami.
A wy, bandyci! wykrzyknąłem, rozbawiony.
Ten wpis nie ma wielkiego przesłania; jest jedynie przypomnieniem dla tych, którzy jeszcze mogą odwiedzić swoich rodziców: nie czekajcie na jutro. Jedźcie już dziś.
Z wyrazami wdzięczności,
Stary Jan.



