Do mojego rodzinnego Sandomierza przyjechała dziś Helena, koleżanka z dzieciństwa, z którą kiedyś razem chichotałyśmy na parkowych ławkach i biegałyśmy po wąskich, brukowanych uliczkach. Wciąż pamiętam zapach świeżo upieczonego chleba z nieistniejącej już piekarni i gwar targu pod ratuszem, gdzie razem robiłyśmy zakupy na Wielkanoc.
Obie mamy już po sześćdziesiąt lat, ale los poprowadził nas całkiem innymi ścieżkami. Po dyplomie na Uniwersytecie Jagiellońskim Helena spakowała walizkę, rzuciła klucze do rodzinnego mieszkania na stół i ruszyła w świat najpierw do Warszawy, potem do Trójmiasta, aż w końcu ślad po niej zaginął. Pisaliśmy do siebie przez jakiś czas kartki pełne marzeń, żartów i codziennych rozterek. Potem jednak korespondencja ucichła, zginęła w szumie wielkiego miasta.
Od czasu do czasu ktoś ze znajomych coś o niej wspomniał że niby podróżuje, zmienia miejsca, zmienia mężczyzn, życie ma ciągle w biegu. Kiedy miała pięćdziesiąt lat, była już po trzecim ślubie i kolejnym rozwodzie. O dzieciach nigdy nawet nie mówiła. Zawsze mnie to dziwiło, bo przecież w Polsce zwłaszcza w naszym pokoleniu większość kobiet była matkami. Nawet jeśli w małżeństwie się nie ułożyło, to zostawały dzieci, wnuki, jakieś poczucie trwania.
Helena wróciła do Sandomierza, by dopiąć ostatnich formalności sprzedać odziedziczony po rodzicach domek i wynająć na kilka miesięcy kawalerkę przy rynku. Kiedy przyszłam do niej, drzwi otworzyła z lampką czerwonego wina w ręku i szerokim, szczerym uśmiechem. Rozmawiałyśmy długo o życiu, o pracy, o tym, ile świat się zmienił. A potem, trochę nieśmiało, zapytałam:
Heleno, powiedz mi szczerze… Dlaczego nigdy nie chciałaś dzieci? Przecież to normalne. Nikt ci na starość nie poda herbaty, nie kupi lekarstw, nie wysłucha, gdy zdrowie zawiedzie…
Helena roześmiała się głośno tak jak kiedyś na szkolnych korytarzach.
Zosiu, naprawdę wierzysz, że twoje dzieci będą nosić ci herbatę, gotować rosół i pytać, jak się czujesz? Teraz każdy myśli tylko o sobie. Najlepiej to już odłożyć sobie trochę złotówek i w razie potrzeby wynająć opiekunkę. Przynajmniej nie będę nikogo obciążać ani prosić się o współczucie.
Nie miałam dzieci, bo zwyczajnie nie chciałam. Zawsze czułam, że nie nadaje się do niańczenia. Lubię wolność, podróże, swoją pracę. Nie pragnę martwić się o kogoś do końca życia, dzielić każdy grosz na pół, oddawać siebie innym. Moich mężów straciłam właśnie przez to, że nie chciałam rodzinnych obiadków, pieluch i rutyny. Chciałam świat poznawać dla siebie!
Dziś nie muszę liczyć każdej złotówki na emeryturze, żeby pomagać dzieciom, które nie radzą sobie w życiu. Nie muszę biegać z wnukami po placach zabaw. Mam czas na galerie, Mazury i wieczory z Hemingwayem. Przeciwnie współczuję tym, którzy mają pełen dom dzieci, a mimo wszystko siedzą wieczorami sami i wyrzucają im, że wyjechali za granicę albo o nich zapomnieli.
Nie żałuję swojej decyzji ani dnia. To jest moje życie, moje wybory i tego się będę trzymać.
Słuchałam jej z bijącym sercem, owijając dłonie wokół kubka herbaty jakby dodawał mi odwagi. Po spotkaniu długo patrzyłam w okno na bezchmurne niebo nad rynkiem. Zrozumiałam wtedy, że nie każda kobieta musi być matką. Myśl o tym, żeby urodzić tylko po to, by mieć kogoś na starość jest przecież taka obca mojemu wewnętrznemu pragnieniu wolności.
Każda z nas sama wybiera swój los.



