**Przyjdź, kiedy będziesz mogła**
„Halo, Jagodo?” – rozległ się znajomy głos.
Od nagłego przypływu emocji, które ścisnęły jej gardło, serce zabiło głośno i szybko. Nie mogła wydusić ani słowa. Gdyby nie warkot telewizora, stukot jej serca obudziłby męża.
„Tęskniłem. Nie mogłem dłużej czekać. Wciąż o tobie myślę. Spotkajmy się” – mówił przyjemny, męski głos w słuchawce.
Jagoda wyszła z pokoju, cicho zamykając drzwi. Oparła się o ścianę w przedpokoju. Nogi stały się nagle miękkie, bezwładne.
„Jagodo, jesteś tam?” – głos wabił, kusił, przerażał swoją realnością.
Nie powinna była odbierać. Szkoda, że nie spojrzała na wyświetlacz.
Starała się zapomnieć, za wszelką cenę wyrzucić go z pamięci – tę szaloną noc. Powtarzała sobie, że ma stabilne małżeństwo, dobrego męża, są razem od lat. Nie potrzebuje nikogo więcej…
Z przyszłym mężem Jagoda chodziła do jednej klasy. Wiesiek był prymusem, wygrywał olimpiady z matematyki i fizyki. W liceanie zaczął nosić okulary, więc przylgnęło do niego przezwisko „Mądrala”. I słusznie. Wiesiek był spokojny, trochę pulchny, z rumianymi policzkami – żywa kopia bohatera z powieści Sienkiewicza.
Jagoda, jak wszystkie dziewczyny w klasie, nie widziała w nim obiektu westchnień. Poprosić o ściągę, podpowiedzieć na sprawdzianie – to co innego. Lubiła chłopaków pewnych siebie, przystojnych, sportowych, z poczuciem humoru.
Pewnego dnia przypadkiem spotkali się na ulicy, zagadali, wspomnieli kolegów z klasy. Wiesiek nosił już soczewki. „W sumie całkiem sympatyczny” – pomyślała wtedy Jagoda.
Wiesiek skończył studia w Warszawie, a Jagoda była jeszcze na ostatnim roku medycyny. Wymienili się numerami, na wszelki wypadek. Po maturze minęło pięć lat, planowali zjazd klasowy. Wiesiek obiecał zadzwonić, powiedzieć, gdzie i kiedy się spotkają. Jagoda dała mu numer, ale nie zamierzała iść. I tak od razu o nim zapomniała.
Ale po kilku dniach zadzwonił i zaprosił ją do kina. Chłopaków miała od czasu do czasu, ale nic poważnego z tego nie wychodziło. Ci, którzy jej się podobali, nie zwracali na nią uwagi. A z tymi, którzy jej nie interesowali, sama nie chciała się wiązać.
„Idź, bo zostaniesz starą panną” – prorokowała matka.
I Jagoda poszła z Więśkiem do kina. Tak zaczęli się spotykać. Wiesiek szybko wyznał miłość i oświadczył się. Z nim było bezpiecznie. Pracował w dużej firmie, prognozowano mu świetlaną przyszłość.
„Długo masz się zastanawiać? Weź go, ulepi, jak chcesz” – radziła matka, i Jagoda się zgodziła.
Ich relacja była spokojna. Jeśli kłócili się, to tylko przez Jagodę.
Potem urodziła się córka. Teściowa nie wtrącała się, ale chętnie zostawała z wnuczką. Jej rodzice też zawsze pomagali.
Drugiego dziecka Jagoda nie zdecydowała się urodzić. Nigdy nie było między nimi namiętności. Wiesiek w łóżku też nie rozpalał uczuć. Jagoda czasem myślała, że ich intymne życie jest zbyt rzadkie i nudne. Ale z drugiej strony – była pewna, że jej nie zdradzi. Wiele koleżanek i pacjentek płakało, opowiadając o zdradach mężów, rozwodach, samotnym wychowywaniu dzieci.
Córka dorosła, skończyła szkołę. Nie poszła w ślady rodziców – studiowała w Warszawie projektowanie i prowadziła dość wystawne życie. Kiedy Jagoda dzwoniła i pytała o pieniądze, ta śmiała się: „Babcie rywalizują, kto da więcej”.
Tak, babcie kochały i rozpieszczały jedyną wnuczkę. Teściowa kiedyś namawiała Jagodę na drugie dziecko – wtedy każda miałaby swojego wnuka. Jagoda nie żałowała, że nie urodziła. Dziwiła się tylko, jak w ogóle udało im się mieć córkę, przy jego podejściu do życia intymnego.
Tak płynęły dni. A pół roku temu Jagodę mianowano ordynatorem przychodni, po przejściu poprzedniej kierowniczki na emeryturę. Nowa praca pochłaniała czas i siły. Musiała jeździć na konferencje, zebrania.
Na jednej z nich poznała Krzysztofa. Mężczyzn było tam znacznie mniej niż kobiet. Wysoki, młody, zadbany – od razu zwrócił uwagę. Starsze panie traktowały go po macierzyńsku, ale i tak się uśmiechały. Młodsze otwarcie flirtowały, podsiadały do stolika w restauracji, kusiły.
Ostatniego wieczoru był bankiet. Jagoda chciała wracać do domu – nie lubiła alkoholu, unikała takich imprez. Ale koleżanka z pokoju namówiła ją, by została.
„Najciekawsze rzeczy dzieją się właśnie na bankietach. Nigdy nie wiesz, kto może się przydać” – mówiła z przekonaniem.
I Jagoda została.
Przemawiał przedstawiciel organizatorów – długo, nudno. Goście nie wytrzymali i zaczęli pić, nie czekając na koniec toastu.
Po godzinie szanowanych lekarzy nie można było poznać. Rozluźnieni winem opowiadali żarty i anegdoty z pracy. Medycy nie majaI Krzysztof stojąc na peronie w objawiającej ich światłem latarni, szepnął: “Zabiorę cię tam, gdzie będziemy wolni”, a Jagoda, choć wiedziała, że to szaleństwo, skinęła głową i weszła do pocięgu, zostawiając za sobą całe dotychczasowe życie.



