Dzisiejszy dzień całkowicie mną wstrząsnął. Telefon zadzwonił w środku zwykłego, leniwego popołudnia, gdy prasowałam ubrania, a Wiktor drzemał przed telewizorem.
– Halo, Kinga? – rozpoznałam ten głos od razu, chociaż minęło pół roku. Serce nagle zaczęło bić tak głośno, że pewnie obudziłoby męża, gdyby nie włączony telewizor. – Stęskniłem się. Nie mogłem dłużej czekać. Cały czas o tobie myślę. Spotkajmy się – mówił ten znajomy, niski głos w słuchawce.
Wyszłam cicho z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Opadłam plecami na ścianę w przedpokoju. Nogi stały się nagle jak z waty, zupełnie mnie nie słuchały.
– Kinga, jesteś tam? – głos w słuchawce brzmiał jak zaklęcie, które mnie hipnotyzowało.
Powinnam była nie odbierać. Zaniedbałam sprawdzanie numeru. Przez te pół roku starałam się zapomnieć o tamtej szalonej nocy w hotelu, o jego dotyku. Wmawiałam sobie, że mam stabilne małżeństwo, dobrego męża, z którym jesteśmy razem od tylu lat. Nic więcej mi nie potrzeba…
Z Wiktorem chodziliśmy do tej samej klasy. Był prymusem, wygrywał olimpiady z matematyki i fizyki. W licee zaczął nosić okulary, więc przylgnął do niego przydomek “Kopernik”. I słusznie – spokojny, pulchny, z rumianymi policzkami, wyglądał jak żywcem wyjęty z podręcznika do historii.
Jak wszystkie dziewczyny w klasie, nigdy nie widziałam w nim obiektu westchnień. Spisanie zadania domowego, podpowiedź na klasówce – to co innego. Podobały mi się chłopacy wyrazisi, przystojni, sportowi, z poczuciem humoru i odrobiną brawury.
Spotkaliśmy się przypadkiem po latach na ulicy w Warszawie. Wiktor nosił już soczewki. “Wcale nie taki brzydki” – pomyślałam wtedy.
On skończył już Politechnikę Warszawską, gdy ja byłam na ostatnim roku medycyny. Wymieniliśmy numery “na wszelki wypadek”. Mijało pięć lat od matury, koledzy z klasy planowali zjazd. Wiktor obiecał zadzwonić z informacją, gdzie i kiedy. Dałam mu swój numer, choć nie zamierzałam iść. Szybko o nim zapomniałam.
Ale po kilku dniach zaprosił mnie do kina. Miałam różnych chłopaków, ale nigdy nic poważnego. Ci, którzy mi się podobali, nie zwracali na mnie uwagi. A z tymi, którzy mnie nudzili, nie chciałam się zadawać.
Pójdziesz, obejrzysz, a zostaniesz starą panną – prorokowała mama.
Poszłam więc z Wiktorem do kina. Tak zaczęliśmy się spotykać. Szybko się oświadczył. Było z nim spokojnie. Pracował w dużej firmie, miał przed sobą obiecującą przyszłość.
I ty się jeszcze zastanawiasz? Bierz go i ulepisz z niego, co zechcesz – poradziła mama. Zgodziłam się.
Nasz związek był równy, pozbawiony uniesień. Jeśli dochodziło do kłótni, zawsze z mojej winy.
Później urodziła się Zosia. Teściowa nie wtrącała się w nasze sprawy, ale chętnie zajmowała się wnuczką. Moi rodzice też zawsze pomagali.
Na drugie dziecko się nie zdecydowałam. Nigdy nie było między nami namiętności. W łóżku też nie błyszczał pomysłowością. Zastanawiałam się czasem, czy nasze życie intymne nie jest zbyt rzadkie i nudne. Z drugiej strony – był przewidywalny, taki nie zdradzi. Koleżanki z pracy często opowiadały przez łzy o zdradach mężów, rozwodach, trudach samotnego wychowywania dzieci.
Zosia dorosła, skończyła liceum. Nie poszła w ślady ani ojca, ani matki – studiowała projektowanie mody w Krakowie i prowadziła dość rozrywkowy tryb życia. Gdy dzwoniłam i pytałam, czy potrzebuje pieniędzy, śmiała się, że babcie rywalizują, która okazaMoi rodzice i teściowa często konkurowali ze sobą w rozpieszczaniu jedynej wnuczki, wypełniając jej konto hojnymi przelewami ilekroć tylko wspomniała o jakimś zachciance.



