**Dziennik, 15 maja 2023**
Zamknąłem plik i wysłałem go na służbową skrzynkę. W poniedziałek w biurze otworzę, wydrukuję, podbiję pieczątkę i złożę raport. Koniec! Wolność!
Pracuję w małej warszawskiej firmie jako księgowy. Obowiązków mnóstwo, ale pensja dobra, a biuro mam dwa kroki od domu — nie tracę czasu na dojazdy, nie muszę tłoczyć się w tramwaju w godzinach szczytu. Spaceruję sobie rano, świeżym powietrzem oddycham.
Zespół w księgowości to same kobiety. Z nikim się specjalnie nie zaprzyjaźniłem. Większość ma rodziny, dzieci, a ja jestem sam. Jeśli ktoś prosi o pomoc, żebym przejął czyjeś zadania, nigdy się nie wymiguję. Pracuję wieczorami, w weekendy — jak dziś.
W sobotę wstałem wcześnie i od razu siadłem do laptopa, jeszcze raz wszystko sprawdziłem, plik wysłałem. Teraz tylko ogarnąć się, zjeść śniadanie, a potem… Co potem? Przerwał mi dzwonek telefonu.
— Cześć, Krzysiu! — rozległ się wesoły kobiecy głos.
— Cześć… — odpowiedziałem ostrożnie. — Kto mówi?
— No co ty, przecież to ja, Małgosia!
— Małgosia? — powtórzyłem niedowierzająco. — Jesteś w Warszawie?
— Jeszcze nie, ale już jadę — zaśmiała się.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Ostatnią osobą, której się spodziewałem, była moja dawna szkolna przyjaciółka. Po jej zdradzie piętnaście lat temu zerwaliśmy kontakt. Teraz żałowałem, że nie zmieniłem numeru.
— Krzysiu, w Warszawie nie mam nikogo oprócz ciebie — przerwała ciszę Małgosia. — Możesz mnie odebrać? Proszę. Rozwiodłam się z Tomkiem. Chcę zacząć od nowa. — Głos miał przygaszony, niemal przepraszający.
Nie chciałem się z nią widzieć. Ale tyle lat minęło, dawno już wybaczyłem. No i ciekawość — co tam słychać w rodzinnym mieście. Dobrze, pomyślałem. Odbiorę, odprowadzę, gdzie trzeba, i koniec.
— O której twój pociąg? — spytałem bez entuzjazmu.
— Za dwadzieścia minut. Przyjedziesz? — ożywiła się.
— Autobusem około dwudziestu minut, potem metro. Będę za godzinkę. Poczekasz? Nie ruszaj się z głównej hali dworca. — Słuchałem własnych słów i sam nie wierzyłem, że jadę po dawną zdrajczynię.
— Będę czekać — obiecała.
Westchnąłem, spojrzałem na zimny czajnik, umyłem się, ogoliłem, wciągnąłem bluzę i wyszedłem. Wynajmuję małe mieszkanko na obrzeżach Warszawy. Dla jednej osoby wystarczy, a tanio.
Gdy wszedłem na dworzec, zalała mnie fala ludzi. Jak tu znaleźć Małgosię? Ostatni raz widziałem ją piętnaście lat temu — czy w ogóle ją poznam? Szedłem środkiem hali, rozglądając się.
— Krzysiu! — usłyszałem znajomy głos.
Od kiosku poderwała się kobieta — rozpoznawalna, ale zmieniona. Przytyła, rozjaśniła włosy, mocny makijaż postarzał ją, ale to była ona. Rzuciła mi się na szyję.
— Nareszcie! A to już ledwo stoję. — Wzięła mnie pod rękę i pociągnęła do kiosku, gdzie zostawiła walizkę i wielką torbę.
— Nie można tak rzucać bagażu — powiedziałem, żeby coś powiedzieć.
— Nie ukradli. Pieniądze i dokumenty mam przy sobie. — Spojrzała wymownie na swój dekolt.
Pokręciłem głową. Nikt się nami nie interesował.
Małgosia wsadziła torbę na walizkę i spojrzała pytająco.
— Gdzie cię podwieźć? — spytałem.
— Wciąż się na mnie gniewasz? Chciałam cię prosić… Mogłabym u ciebie zostać kilka dni, dopóki nie wynajmę mieszkania? — Przygryzła wargę.
„No bezczelność. Zabrali mi dziewczynę, a teraz chce się wprowadzić. Powinienem był nie odbierać…” — pomyślałem z opóźnieniem.
— Chodź — mruknąłem i ruszyłem ku wyjściu.
Małgosia gadała, pytała, ale ja milczałem, udając, że uważam na tłum. W końcu i ona zamilkła, sapiąc za mną.
— Myślałam, że mieszkasz w centrum. Nawet nie przypomina Warszawy — powiedziała rozczarowana, gdy weszliśmy do mojego mieszkania. — Nie martw się, szybko się wynajmę. A ty sam mieszkasz? W przedpokoju widziałem damskie buty.
„Zauważyła. Trzeba było posprzątać”.
— Mieszkam sam, to dla gości.
Małgosia rzuciła się na kanapę, wyciągając nogi.
— Jestem w Warszawie! Nie wierzę.
Zaparzyłem herbatę, wyjąłem chleb i wędlinę, zacząłem robić kanapki.
— Masz może wino? Wypijemy za spotkanie — zaproponowała.
Wyciągnąłem niedokończoną butelkę, nalałem do dwóch szklanek. Piła, nie zauważając, że ja tylko przytknąłem do ust, i opowiadała. Z Tomkiem rozwiodła się zaraz po ślubie. Z wyglądu przystojny, ale charakter okropny. Drugi mąż był starszy, ale go nie kochała — wyszła dla pieniędzy. Zdradziła go z kierowcą i wyrzucili ją z domu. Rozwód wyczerpał, ale ma oszczędności. Postanowiła zacząć od nowa w Warszawie.
— Dobrze, że ty stąd od razu wyjechałeś. W naszym zadupiu nic się nie dzieje. Nuda…
Nie musiałem uciekać do Warszawy. Z Tomkiem przyjaźniliśmy się od gimnazjum. Planowaliśmy, że gdy skończę studia, weźmiemy ślub. A po maturze Małgosia upiła go i przespała się z nim. Potem skłamała, że jest w ciąży. Tomek się ożenił, a gdy prawda wyszła na jaw — rozwód.
Ja wtedy spakowałem się i wyjechałem. Nie byłem orłem, nie ciągnęło mnie na studia. Chciałem szybko zarabiać, nie obciążać rodziców.
Siedząc w kuchni i słuchając Małgosi, przypomniałem sobie słowa taty: *„Synu, nie wpuszczaj jej z powrotem do życia. A Tomek? Skoro tak łatwo cię zastąpił, to znaczy, że nigdy nie kochał. Lepiej, że stało się to przed ślubem”*.
Cieszyłem się, że nie powiedziałem jej o Agnieszce. Poznaliśmy się pół roku temu w metrze. Warszawiaczka, rodzice kupili jej mieszkanie, ale byli wybredni, jeśli chodzi o jej facetów. Ja im się spodobałem. *„Porządny chłopak, ambitny, rzadkość wśród przyjeW końcu zrozumiałem, że nie ma sensu trzymać w życiu ludzi, którzy nie potrafią być lojalni, i zamknąłem ten rozdział na dobre.



