No Krzysiu, proszę cię, naprawdę nie wiem, co robić! Woda leje się jak szalona, zaraz zaleję sąsiadów, a przecież znasz tę jędzę z dołu, wykończy mnie! Trzęsą mi się ręce, nawet zaworu nie mogę znaleźć! głos w słuchawce brzmiał tak natarczywie i żałośnie, że Basia usłyszała go nawet po drugiej stronie stołu, choć telefon nie był ustawiony na głośnik.
Barbara powoli odłożyła widelec na talerz. Zgrzyt stali o porcelanę przeszył cichą, przytulną kuchnię jak gong rozpoczynający kolejny pojedynek, który toczyła już trzeci rok z rzędu. Naprzeciwko niej siedział jej mąż, Krzysztof, i z wyraźnym poczuciem winy przygryzał wargę, rzucając spojrzenia raz na stygnący schabowy, raz na rozświetlony ekran smartfona.
Ela, spokojnie mamrotał do słuchawki Który zawór? Pod zlewem, czy w łazience? Zablokuj główny.
Nie wiem, gdzie! Krzysiu, przyjedź, błagam cię! Boję się! Może to wrzątek! Sama jestem, przerażona!
Krzysztof spojrzał na żonę. W jego oczach odbijała się ta dobrze znana mieszanka bezradności i prośby, którą Basia dostrzegała ostatnio zbyt często.
Basia, słyszysz sama Zaleje przecież. Ela jest w technicznych sprawach totalnie zielona jak dziecko. Muszę jechać.
Oczywiście, musisz odpowiedziała spokojnie, choć w środku wszystko się w niej gotowało. Przecież dziś nie obchodzimy rocznicy ślubu. I nie planowaliśmy tego wieczoru od dwóch tygodni. Przy okazji, nie stałam też trzy godziny przy garach, żeby było wyjątkowo. Jedź, Krzysiu. Ratuj Elżbietę. Przecież bez ciebie nie da sobie rady.
Oj już, nie zaczynaj Krzysztof zerwał się, łapiąc szybko kluczyki do auta. Jesteśmy przyjaciółmi od podstawówki. Człowiek w potrzebie. Zaraz wracam, tylko wymienię uszczelkę i już mnie nie ma. Wrzuć schab do piekarnika, żeby nie wystygł.
Trzasnęły drzwi. Barbara została sama w mieszkaniu nasyconym zapachem świątecznego obiadu i gorzkim smakiem zawodu. Podeszła do okna i patrzyła, jak samochód męża znika w ciemności.
Elżbieta to imię od dawna było trzecim w ich małżeństwie. Przyjaciółka z podstawówki, swojak, jak zwykł ją nazywać Krzysztof. Pojawiła się nagle po swoim rozwodzie i od tamtej pory była nieodłącznym elementem ich życia. Początkowo prosiła o drobne przysługi przewiezienie mebli, ustawienie internetu. Krzysztof, gołębie serce i złota rączka, oczywiście zawsze był gotów pomóc.
Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z czasem prośby Eli nabrały charakteru kataklizmów. Raz koło w aucie na obwodnicy, raz regał spadł jej w łazience, innym razem musiała koniecznie złożyć szafę, bo ubrań nie da się trzymać na podłodze. I zawsze działo się to wtedy, gdy Barbara i Krzysztof mieli własne plany.
Basia nie była zazdrosną histeryczką. Rozumiała: przyjaźń to rzecz święta. Ale kobieca intuicja szeptała jej natarczywie, że tu nie chodzi o cieknące krany. Ela była atrakcyjna, zadbana, z półprzymkniętymi, pełnymi obietnic oczami i manierą mówienia do mężczyzn tak, jakby przyszło jej rozmawiać z samymi olimpijskimi herosami. Z mistrzostwem odgrywała kartę bezradnej dziewczynki, a Krzysztof rósł w oczach, czując się bohaterem.
Barbara schowała obiad do lodówki. Wszelki apetyt jej odszedł. Krzysztof wrócił po trzech godzinach, brudny i zmęczony, ale wyraźnie zadowolony z siebie.
Uff, zdążyłem! Tam prawdziwa powódź się szykowała. Syfon wystrzelił. Trzeba było latać po uszczelki do całodobowego. Ela się popłakała, piła walerianę.
Przynajmniej herbata dla wybawcy się znalazła? zapytała Basia, udając, że czyta książkę.
Oczywiście, wypiłem i jeszcze szarlotkę dostałem. Przekazała ci pozdrowienia i przeprasza, że ci popsuła wieczór.
Szarlotką pomyślała Basia. Czyli w czasie, kiedy ‘nie umiała znaleźć zaworu i lała się woda’, u niej w piekarniku piekł się placek? Świetna reżyseria
Nie powiedziała ani słowa. Kłócić się nie miało sensu Krzysztof natychmiast wstawał w obronie przyjaciółki, zarzucając żonie bezpodstawną zazdrość. Trzeba było działać subtelniej. Basia podjęła decyzję: następnym razem nie zostanie sama w domu. Pojedzie ratować Elżbietę razem z mężem.
Okazja nadarzyła się szybciej niż się spodziewała. W sobotę rano mieli jechać na działkę. Pogoda była wymarzona majowe słońce, w bagażniku zamarynowana karkówka, w marzeniach Barbary wieczór na werandzie z lampką wina.
Telefon Krzysztofa rozdzwonił się, kiedy wnosił do auta torby z węglem. Basia natychmiast rozpoznała specjalny dzwonek ustawiony dla Eli.
Tak, Ela? Co się pali? Jak to iskrzy? Bardzo? Czuć dym? Dobra, niczego nie dotykaj, wyłącz korki w korytarzu! Już, zaraz będę.
Odrzucił połączenie i spojrzał z niepokojem na żonę.
Basia, no, sytuacja
Gniazdko? rzuciła.
Gorzej. Skrzynka. Mówi, że leci dym na całe mieszkanie. Bojkotuje się, bo boi się pożaru. Na serwis z administracji w sobotę nie ma co liczyć, a prywatni elektrycy życzą sobie jak za zboże.
Rozumiem Basia spokojnie odstawiła sadzonki petunii na ziemię. Czyli działka odwołana?
Nie no, tylko odskoczymy do Eli, zobaczę co się dzieje. Jak poważne wezwę pogotowie energetyczne, jak drobiazg naprawię sam. To po drodze w sumie, max godzinka, obiecuję.
W porządku kiwnęła głową. Jadę z tobą.
Krzysztof zdębiał.
Po co? Przecież i tak nic nie pomogę, nie znam się na prądzie. Poczekasz w domu, zaraz wrócę.
Nie, Krzysztof. Jedziemy razem na działkę. Po drodze zajrzymy do Eli, ty naprawisz, a ja się z nią przy okazji przywitam.
Mąż przebąknął coś pod nosem, ale nie miał argumentów. Wsiedli do samochodu. Przez całą drogę Krzysztof trzymał kierownicę z miną napiętą do granic, wygrywając na niej palcami nerwową melodię. Barbara za to błyszczała spokojem, choć cała w środku była spięta jak sprężyna.
Elżbieta powitała ich w jedwabnym peniuarku, pięknym makijażu i ledwie opuszczoną do kolan koszulką. Na widok Barbary, przez ułamek sekundy na jej twarzy przemknął cień rozczarowania, ale natychmiast pojawił się szeroki uśmiech.
Basieńko! Co za niespodzianka! Ja taka roztrzęsiona nieogarnięta! teatralnie poprawiła idealnie ułożone loki. Chodźcie, Krzysiu, kochany, ratunku! Tam w korytarzu strzela i brzęczy!
W środku rzeczywiście nieznacznie pachniało palonym plastikiem. Krzysztof od razu ruszył do skrzynki z narzędziami.
Basiu, nie stój w progu, choć do kuchni na kawę, przynajmniej pogadamy, mężczyźni będą sobie grzebać zaświergotała Ela, próbując zaprowadzić Barbarę w głąb mieszkania.
Nie, zaczekam tutaj odparła stanowczo Basia. Może będę pomocna, coś potrzymam, zaświecę latarką.
Ty to masz pomysły zaśmiała się Ela. Krzyś sobie sam ze wszystkim świetnie poradzi, nieprawdaż?
Krzysztof coś odburknął, dłubiąc przy przewodach.
Elu, czemu nie zadzwoniłaś do administracji? Przecież mają całodobową awarię. To jednak prąd, sprawa poważna.
No wiesz! Tam przyjadą brudni, naskaczą, nawrzeszczą. A Krzysiek to swój człowiek, jak rodzina. Tylko jemu ufam.
Złote ręce mojego męża powiedziała Basia z naciskiem miały dziś trzymać szaszłyki, jadąc na działkę.
Ale się wygłupiłam, znowu wszystko psuję! Ela złożyła ręce do modlitwy. Ciężko być samej, Basiu, ty nie rozumiesz Tobie los dał ścianę, na której można się opierać.
Krzysztof uporał się w piętnaście minut.
Miał dziewczyna farta poluzował się przewód, trochę się spalił. Zatarłem, wymieniłem. Ale Elu, musisz kupić nowy bezpiecznik.
Krzysiu, a możesz? Kupisz i zamontujesz? Oddam ci! od razu przylgnęła mu do ramienia.
Krzysztof nie może przerwała za męża Basia. Jedziemy na działkę i wrócimy późno. A za tydzień mamy bilety do teatru. Zadzwoń po elektryka, Krzysiek może ci napisać na kartce, jaki model kupić.
Ela spojrzała na Basię z jawną niechęcią, lecz szybko przeskoczyła na Krzysztofa.
Ale może chociaż kawy? Mam twoje ulubione eklerki, Krzysiu!
Dziękuję, jesteśmy po śniadaniu odcięła się Basia, łapiąc męża pod rękę. Jedziemy, mamy napięty plan dnia.
Gdy tylko wyszli z klatki, Krzysztof wypuścił powietrze i natychmiast zaczął tłumaczyć koleżankę.
Basiu, mogłaś mniej ostro… Przecież ona z serca
Z serca? uśmiechnęła się krzywo Basia. Krzysiek, naprawdę nie zauważasz? Ten peniuarek, spojrzenia Chodzi jej tylko o twoją uwagę, a nie żadne naprawy.
Przestań. Jesteśmy jak rodzeństwo. Nic w tym nie ma.
Tak, tyle że bardzo wygodne rodzeństwo: naprawi, wysłucha, połechtanie ego gratis.
Reszta dnia upłynęła w cieniu emocji. Basia wiedziała, że to nie koniec. Ela nie odpuści tak łatwo czuła satysfakcję z poczucia władzy, z tego, że potrafi wyciągać Krzysztofa z domu na każde zawołanie.
Finał nadszedł po dwóch tygodniach. Krzysztof był w delegacji, miał wrócić w piątek wieczorem. Basia kroiła warzywa na kolację, czekając na spotkanie. O szóstej zadzwonił mąż.
Basia, trochę się opóźnię. Już jestem w mieście, ale Ela dzwoniła Ma kryzys.
Jaki tym razem? Meteoryt na balkonie? głos Barbary był lodowato spokojny.
Kupiła nowy karnisz, ciężki, stalowy. Chciała zawiesić sama no, głupota i spadło jej na stopę. Palec spuchł, nie może chodzić. Karnisz leży na środku pokoju, nie da się przejść. Prosi, żebym zajrzał i wszedł do apteki po maść. Zaraz wracam.
Barbara wzięła głęboki oddech.
Krzysiek, jedź do domu. Ja pojadę do Eli.
Ty? Po co? zdziwił się.
Bo jestem kobietą i wiem, jaką maść kupić. Pomogę jej z nogą, zrobię opatrunek. Jesteś zmęczony, odpocznij. Do niej dotrę za pół godziny.
No jeśli chcesz. Tylko nie kłóć się z nią, dobrze? I tak się źle czuje.
Barbara rozłączyła się i zaczęła działać. Wcale nie zamierzała leczyć Eli. Chciała wyleczyć sytuację.
Wyszukała w Internecie fachowca Złota rączka, zamówiła przez usługę najbardziej konkretną osobę według opinii. Następnie wybrała ekspresową dostawę leków: maść przeciwbólowa i bandaż elastyczny, adresując je do Elżbiety.
Pojechała do niej samochodem.
Przed klatką spotkała kuriera z apteki. Przejęła paczkę i weszła na piętro. Drzwi otwarte Ela chyba zostawiła uchylone dla wybawcy, by nie walczył z zamkiem.
Barbara weszła bez zapowiedzi.
W salonie panował półmrok. Świeczki, butelka wina, dwa kieliszki na stoliku. Ela leżała na kanapie w tym samym peniuarku, wyciągnięta z nogą na kocu, karnisz leżał centralnie na dywanie zbyt starannie, by go naprawdę upuściła.
Krzysiu, to ty? Boli mnie, przyniosłeś maść? jęknęła Ela, nie otwierając oczu.
Basia weszła i zapaliła górne światło. Cała słodka sceneria rozpadła się w jednej chwili.
Ela zerwała się do siedzenia, zapominając o zranionej nodze.
Basia?! Co tu robisz? Gdzie Krzysiek?
Krzysiek w domu, kolację je. Ja przyniosłam ci leki. A i pomoc karniszową też już załatwiłam.
Jaką pomoc? Ela zapowietrzyła się, jej plan runął w sekundę. Krzysiek miał przyjechać! On potrafi, on silny
Karnisz powiesi fachowiec wyjaśniła Basia.
W tej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi. Barbara otworzyła. Przed nią stał masywny pan w kombinezonie z walizką narzędzi.
Dzień dobry, wezwano złotą rączkę. Karnisz do powieszenia, tak?
Tak, zapraszam, tu do pokoju. Gospodyni wskaże, gdzie montować.
Fachowiec wszedł do środka, rzucił okiem na ścianę, wyjął wiertarkę.
Tu trzeba kołki szóstki. Pani ma drabinę?
Ela siedziała czerwona jak burak.
Po co to wszystko urządzasz? syknęła do Barbary, zagłuszona przez dźwięk wiertarki.
Proszę bardzo, pomagam. Chciałaś pomocy oto pomoc. Leki, fachowiec, wszystko zapłacone z góry. Krzysiek jest zmęczony, chce być z rodziną. Ty masz, co chciałaś naprawiony karnisz i opatrunek. Czy oczekiwałaś raczej mojego męża?
Wynoś się! krzyknęła Ela.
Oczywiście. Fachowiec skończy za dwadzieścia minut. Wszystko opłacone. Miłego wieczoru, Elu. Uważaj na nogę biegasz aż za dobrze, jak na inwalidkę.
Barbara wyszła, czując w sobie niezwykłą lekkość. Osiągnęła to bez scen, bez łez, bez wyrzutów sumienia.
W domu Krzysztof czekał roztrzęsiony.
Jak tam? Bardzo uszkodziła nogę? Próbuję dzwonić, nie odbiera.
Wszystko w porządku usiadła z herbatą. Biegała jak sarenka. Karnisz montuje jej fachowiec, zapłaciłam.
Ale przecież ja mogłem
Siadaj, Krzysiek.
Posłusznie usiadł.
Szczerze, nie widziałeś, co się dzieje? Świeczki, wino, peniuarek, prośby o pomoc, kiedy mnie nie ma lub mamy plany?
Oblał się rumieńcem. Kroił bułkę w milczeniu.
Chyba przeczuwałem, ale głupio mi było wierzyć. Przecież jesteśmy przyjaciółmi. Nie chciałem jej odmawiać, jest samotna, słaba
Słaba? prychnęła. Ela manipulowała tobą jak szkolnym chłopcem. Starając się być dla niej dobry, byłeś złym dla mnie. Czas naszej rodziny oddawałeś na jej ego. Widziałam dziś wszystko jasno. Ona nie czekała na pomocnika od karniszy. Czekała na ciebie.
Krzysztof milczał. Było mu wstyd. Przypomniał sobie, jak Ela przypadkiem dotykała jego ręki, jak długo patrzyła mu w oczy, jak chwaliła, umniejszając Barbarze.
Wybacz mi powiedział cicho. Jestem idiotą.
Troszkę przyznała. Ale dobrym idiotą. Kocham cię. Ale od dzisiaj koniec pomocy dla Eli. Ma telefon do złotej rączki. Czuje się samotna niech zadzwoni do koleżanek. Nie będziesz już pogotowiem ratunkowym. Zgoda?
Zgoda potwierdził stanowczo. Dziękuję, że pojechałaś. Gdybym zobaczył te świeczki sam skończyłoby się gorzej.
Ela nie zadzwoniła już nigdy więcej. Ani po tygodniu, ani po miesiącu. Duma lub jej resztka nie pozwoliła jej się narzucać, kiedy została zdemaskowana.
Po pół roku Basia zobaczyła ją przypadkiem w galerii handlowej. Przechadzała się pod rękę z poważnym facetem, z torbami z drogich butików i uśmiechem na twarzy. Spotkały się wzrokiem. Ela podniosła głowę, parsknęła i minęła Barbarę, udając, że jej nie poznaje.
Basia tylko się uśmiechnęła. Była zadowolona w końcu Ela znalazła kogoś, kto na legalu będzie jej montował karnisze. Za to w domu Barbary i Krzysztofa zapanował upragniony spokój. Żadnych telefonów z alarmami o pękniętej rurze.
Wieczorami pili teraz razem herbatę, planowali urlop i wiedzieli, że jeśli wybiorą się na działkę, to rzeczywiście na nią pojadą. Bo granic rodziny trzeba pilnować zwłaszcza, gdy ktoś próbuje wejść do środka udając najbezradniejsze stworzenie świata.



