Joanna jeszcze spała, gdy w ciszy sobotniego poranka rozległo się uporczywe dzwonienie do drzwi. Zerwała się na łóżku, zaskoczona. Kto mógł przyjść o takiej porze? Nie spodziewała się nikogo.
Otworzyła drzwi i zastygła w bezruchu. Na progu stały jej koleżanki z pracy – Kinga, Małgorzata i Ewa. W rękach Kingi błyszczał termos, a Małgorzata trzymała pudełko z sernikiem.
– Co wy tu robicie?! – wykrztusiła Joanna. – Dzisiaj przecież weekend!
– Właśnie dlatego tu jesteśmy – Kinga przekroczyła próg, jakby to był jej własny dom. – Gdzie twoja córka?
– Zosia śpi… Co się stało?
– Nic się nie stało – odparła Ewa, poprawiając chustkę na włosach. – Pakuj ją i pakuj się sama. Jedziecie z nami do ośrodka nad jeziorem. Sprzeciwów nie przyjmujemy.
Joannie opadły ręce. Nie rozumiała, co się dzieje. Jak to – jechać? Od razu?
– Mówiłam w pracy, że nie mogę…
– A my wiemy dlaczego – powiedziała cicho Małgorzata. – I wstyd nam, że wcześniej tego nie zauważyłyśmy.
Joannie zrzedła mina.
– O czym wy mówicie?
– Wiemy wszystko – Kinga położyła dłoń na jej ramieniu. – Że sama wychowujesz dziecko po rozwodzie, że były mąż nie płaci alimentów, że ledwo wiążesz koniec z końcem, a mimo to nikomu nie mówisz ani słowa.
Joanna milczała. W gardle miała kłąb.
– Nie… nie chciałam narzekać. Myślałam, że dam radę…
– I dajesz – wtrąciła Ewa. – Ale dawanie rady to nie to samo, co przetrwanie. Jesteśmy przyjaciółkami, Joasiu. A przyjaciele nie pozwalają tonąć.
– Wszystko załatwiłyśmy – dodała Kinga. – Pobyt nad jeziorem jest opłacony. My zajmiemy się jedzeniem, drogą, wypoczynkiem. Ty masz tylko przyjechać – ty i twoja Zosia.
Joanna spuściła wzrok. Czuła się nieswojo. Przyjmowanie pomocy zawsze było trudne. Ale jeszcze trudniejsze było tonięcie w milczeniu.
– Ale… ja nawet nie mam rzeczy…
– Masz nas – powiedziała stanowczo Kinga. – Małgosia przyniosła ubrania po swoim młodszym dziecku. Wszystko jak nowe, akurat na szkołę.
– A do tego zeszyty i przybory – dodał Krzysztof, wchodząc do przedpokoju z torbą. – Długopisy, kredki, bloki. Wszystko, czego potrzeba.
– Nie… nie wiem, co powiedzieć…
– Nie musisz nic mówić – Ewa przytuliła ją mocno. – Po prostu uwierz – zasługujesz nie tylko na trudności. Zasługujesz na odpoczynek, troskę i pomoc.
Dwie godziny później autobus z wesołą gromadką ruszył z miasta. Zosia siedziała na kolanach Joanny, ściskając nowy plecak. Joanna wpatrywała się w okno, trzymając w dłoniach gorący termos. I po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuła w piersi coś, co przypominało ciepło.
Nie miała szczęścia w miłości. Ale okazało się, że ogromne szczęście miała w ludziach, którzy ją otaczali.



