Dlaczego mielibyście chcieć się przeprowadzić? Zwłaszcza na wieś. Wszyscy przecież próbują ciągnąć do miasta, a wy robicie odwrotnie. Co tam dobrego znajdziecie? Nie rozumiem was. Dobrze jest tylko latem, a zimą nie ma nawet co robić.
Mam przyjaciółkę, Zdzisławę, która bardzo się starała nas odwieść od przeprowadzki na wieś. To bardzo mnie zdenerwowało i mnie, i mojego męża Piotra. Jakbyśmy mieli się kierować jej oczekiwaniami.
Po blisko roku poszukiwań udało nam się jednak znaleźć odpowiedni dom i w końcu się przenieśliśmy. Zdzisława prawie codziennie dzwoniła i w kpiącym tonie pytała, czy już znalazłam jakąś pracę na miejscu. Mimo że doskonale wiedziała, iż pracuję zdalnie i nie zamierzam tego zmieniać. Pytała też ciągle: I jak tam z internetem na tej wsi? Chyba tragicznie?
Na początku października Zdzisława odwiedziła nas po raz pierwszy od przeprowadzki. Minął już ponad rok. Przeszła się z niechęcią po naszej działce, a potem zaszyła się w domu z mężem, Krzysztofem, popijając piwo przez dwa dni.
Przez cały ich pobyt, mimo gości, zajęci byliśmy przenoszeniem zapasów warzyw do piwnicy i zamykaniem kompotów na zimę. Trzeciego dnia znajomi zaczęli się pakować do autobusu powrotnego. Nie daliśmy im żadnych prezentów na pożegnanie. Wtedy sama Zdzisława poprosiła, żebym dała im worek ziemniaków i jabłek.
Chciałam zejść do piwnicy i wszystko przygotować, ale stwierdzili, że nie mają siły po wczorajszym piciu. Dałam im worek i wiaderka do zebrania jabłek. Trochę marudzili, że owoce nie wyglądają idealnie, ale sami poszli zbierać. Zastanawiałam się, jak chcą to wszystko zanieść w autobusie. Okazało się jednak, że zdążyli poprosić Piotra, by ich podwiózł.
Droga do miasta i z powrotem zajęłaby jakieś trzy godziny. Piotr się domyślił i powiedział, że już wypił piwo i nie może prowadzić. Pojechali więc sami z bagażami. Przez następne lata praktycznie zniknęli nam z oczu. Oczywiście, czasem się odzywaliśmy, ale z wizytami już nie przyjeżdżali. Może to źle, ale uznałam, że nie ma po co zapraszać ludzi, którzy tak naprawdę nie szanują naszego wyboru życia na wsi.
Pod koniec listopada jednak, nagle, pojawili się pod naszymi drzwiami bez zapowiedzi. Chcieli nam zrobić niespodziankę na weekend. Ale akurat nie mieliśmy na nich czasu mieliśmy mnóstwo zamówień świątecznych przed Nowym Rokiem, trzy byki do ogarnięcia i jeszcze pierś z kaczki do wyczyszczenia. Dobrze, niespodzianka to niespodzianka.
Nakryłam szybko do stołu. Zdzisława i Krzysztof jedli i pili, a my się uwijaliśmy. Zaproponowałam im nawet pomoc przy oprawianiu drobiu. W końcu jesteśmy ze wsi. Ale dla nich to było coś zupełnie nowego.
Wszystkie nasze kury już były zamówione przez klientów, więc powiedziałam, że mogę oddać im gęś, pod warunkiem że sami ją oskubią. Obiecali, że zrobią to następnego dnia.
Następnego dnia cisza. Postanowili, że jednak nie dadzą rady. Tym razem przyjechali własnym autem i poszli do sklepu po mięso. Przed wyjazdem poczęstowałam ich jeszcze warzywami i przetworami niech wybiorą, co chcą. Załadowali cały bagażnik. Nie żałowałam im, niech jedzą na zdrowie. Nam wystarczy na kilka lat.
Pytanie Zdzisławy kompletnie mnie rozbroiło: A może macie trochę wołowiny?.
Odpowiedziałam, że nie mam wolnej wołowiny najpierw musimy zrealizować zamówienia, potem możemy przygotować coś dla bliskich. Pracy nie brakuje, a potrzeby rodziny są pierwsze.
Być może się na nas obrazili. Do dziś Zdzisława się nie odezwała. Wspólna znajoma sugerowała, że jesteśmy chciwi, bo przyjechali na wieś, a wrócili bez mięsa. Cóż, może sobie tak myśleć.



