Dlaczego właściwie chcielibyście się przeprowadzić? Zwłaszcza na wieś. Każdy marzy o tym, by żyć w mieście, a wy robicie coś zupełnie odwrotnego. Co jest tam dobrego? W ogóle nie rozumiem. Tam dobrze jest tylko latem, a zimą nawet nie ma co robić.
Mam znajomą, która nazywa się Bogumiła, bardzo starała się nas przekonać, żebyśmy nie przenosili się na wieś. To nas z mężem bardzo zabolało. Jakbyśmy mieli robić wszystko według jej woli.
Po niemal roku poszukiwań w końcu znaleźliśmy odpowiedni dom i wprowadziliśmy się. Bogumiła dzwoniła do mnie prawie codziennie, za każdym razem z sarkazmem pytając, czy już znalazłam jakąś pracę. Choć wiedziała doskonale, że pracuję zdalnie i nie zamierzam tego zmieniać. Zawsze dodawała: Pewnie internet tam fatalny, co?
Bogumiła przyjechała do nas na początku października. Minął już ponad rok, odkąd się przeprowadziliśmy. Spacerowała z niechęcią po naszym polu i cały czas spędzała w domu, popijając piwo ze swoim mężem przez dwa dni, które razem spędziliśmy.
Mimo gości, nie przerywaliśmy pracy pomidory i ziemniaki wędrowały do piwnicy, a słoiki z kompotem były zamykane jeden po drugim. Na trzeci dzień, Bogumiła z mężem zaczęli się pakować, chcąc złapać wieczorny autobus. Nie mieliśmy im nic do dania, ale wtedy ona sama poprosiła mnie o worek ziemniaków i jabłek.
Zaproponowałam, że zejdę do piwnicy po wszystko, ale nie chcieli głowa ich bolała od piwa. Dałam im worek i wiadra na jabłka. Z niezadowoleniem gapili się na wiadra, potem poszli tylko zebrać owoce. Zastanawiałam się, jak zamierzają je zabrać ze sobą do autobusu. Wszystko się wyjaśniło, gdy okazało się, że poprosili mojego męża, żeby ich podwiózł.
Droga do miasta i z powrotem trwała z trzy godziny. Mąż się szybko wykręcił, oznajmiając, że już wypił piwo i nie może prowadzić. Musieli więc iść sami z tymi bagażami. Potem zniknęli na parę lat z naszego krajobrazu. Dzwoniliśmy do siebie czasem, jasne. Ale już nigdy nie przyjechali. Może to okrutne, ale czasem myślę, że po prostu nie mają po co wracać do mojego wiejskiego świata.
Aż tu pod koniec listopada pojawili się nagle w drzwiach, bez żadnego uprzedzenia. Chcieli zrobić niespodziankę. Przyjechali na weekend, ale nie mogłam im tego okazać. Tydzień rozbierałam ptactwo. Miałam pełne ręce roboty przed Nowym Rokiem. Trzy wołki jeszcze tego dnia czekały na rozbiór. No cóż, wizyta to wizyta.
Szybko nakryłam stół. Bogumiła z mężem jedli i pili, a my próbowaliśmy pomóc i rozładować atmosferę. Nie było tak źle, tylko że nie za bardzo znali się na skubaniu drobiu choć z miasta, przecież są Polakami. Wszystkie moje kury już były zamówione przez sąsiadów na święta. Zdecydowaliśmy się zabić trochę ptactwa dla siebie i rodziców przed Nowym Rokiem. Nie czułam się jednak pewnie w ich towarzystwie. Dlatego zaproponowałam im gęś, ale uprzedziłam, że muszą ją oskubać sami. Obiecali, że zrobią to następnego dnia.
Przyszedł dzień następny cisza. Zostawiłam ich w spokoju. Tym razem mieli już własny samochód, więc kupili jedną gęś i po wszystkim. Przed wyjazdem zaproponowałam trochę warzyw i kiszonek niech wybiorą, co im się podoba. Załadowali cały bagażnik. Nie żałowałam jedzcie sobie, mamy zapasów aż na kilka lat.
Ale kolejne pytanie Bogumiły mnie zdziwiło. Nie masz trochę więcej wołowiny?
Odpowiedziałam, że nie. Faktycznie nie miałam. Priorytet mają zamówienia, później rozbieramy nasze wołki. Pracy nie brakuje, a żyć trzeba. A jeśli nawet zostałoby coś więcej, mam rodziców, siostry, braci.
Pewnie są teraz na nas obrażeni. Do dziś Bogumiła ani razu nie zadzwoniła, nie odezwała się. Wspólna znajoma stwierdziła, że jesteśmy chytrzy. “Pojechali na wieś i wrócili bez mięsa”, opowiadała innym.



