Wszystkiem przełomowe powietrze włoskie
Wanda była skromną i nieładną dziewczyną. Nawet mama przyznawała, że córce nie poszczędziła urody natura. „Z taką urodą trudno wyjść za mąż” – wzdychał ojciec.
Rzadkie włosy, duży nos, wystające zęby, mała broda i problematyczna skóra skierna na stany. Mimo wyglądu, charakter miała spokojny, dobry i wyrozumiały.
Zdawało się, że wcale nie przejmowały się przezwiskaniem. To tylko pozory. Wanda doskonale wiedziała, że jest brzydka. Czyż można z tym coś zrobić?
– Nic, córeczko, nie w urodzie szczęście. Dla każdego Bóg stworzył parę. I ty znajdziesz miłość. Liczy się dusza, a ty ją masz dobrą. Kto ją dostanowi, ten pokocha – mówiła mama.
Ale ducha trzeba dostanowić, a na Wandę nikt nie zwracał uwagi. Ledwie ślizowały się spojrzenia. Chłopcy woleli piękne dziewczy z lalkowymi buziakami.
Wanda wybrała psychologię. Tu urodę nie miało znaczenia, wręcz przeciwnie – nie rozpraszały i nie przeszkadzały w szczerości. Wandę cechowała autentyczność, empatia i umiejętność słuchania. Wkrótce stała się cenioną specjalistką. Rodzice pomogli jej kupić mieszkanie. Wszystko układałoby się dobrze, gdyby nie osobiste życie, które nie kleiło się.
Pewnego dnia na konsultację przyprowadził ją pewien mężczyzna ze swoją dorosłą córką. Dziewczyna ciężko przeżywała rozwód i potrzebowała terapeuty. Sympatyczna, ale wyniosła, dała ojcy do zrozumienia, że robi mu łaskę, przychodząc na sesję. Po dwóch spotkaniach sama już śpieszyła się na wizyty. Jej ojciec w końcu przyszedł podziękować.
– Zmieniła się Sławka, ożyła, uwierzyła w siebie. Dawno nie widziałem jej takiej. Uśmiecha się, znów interesuje się światem. To wszystko dzięki pani. Jest pani czarodziejką – zasypał ją komplementami. – Nie odmówi pani kolacji ze mną?
– Wychowywałem Sławkę sam. Żona zostawiła nas dla kochanka i wyjechała do Stanów. Nie ożeniłem się ponownie, bo bałem się, że córce będzie przeze mnie ciężko. Wyszło na to, że sama dorosła, a ja zostałem sam. Może kiedyś wyjdzie za mąż i dadzą mi wnuki – zwierzał się przy kolacji Zbigniew Marek, ojciec Sławki.
– Pan wciąż świetnie wygląda i na pewno spotka dobrą kobietę. Rozumie pan córkę i kobieca naturę – odparła Wanda.
– A pani? Mógłbym się pani spodobać? – zapytał nagle.
Wanda nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie spodziewała się takiego zwrotu i spuściła wzrok. Zbigniew odebrał to po swojemu.
– Niech pani nie myśli, że to tylko przelotny kaprys. W moim wieku nie ma czasu na długie zaloty. Bardzo mi się pani podoba. Jestem zabezpieczony finansowo – nie zabraknie pani niczego. Nie śpieszę się, niech pani pomyśli – powiedział na pożegnanie.
Nie odpowiedziała. Przy najbliższej okazji opowiedział o tym mamie.
– Nie ma nad czym myśleć – machnęła ręką matka.
– Ale ja go nie kocham – wahał się Wanda.
– Miłość przemija. Myślisz, że ja i twój ojciec wciąż się kochamy po tylu latach? Było u nas wszystko. Nawet blisko rozwodu. Minęło. Lepiej we dwoje niż w samotności.
Wanda zamyśliła się. Co ją czeka? Starość w samotności? Młodzi i piękni – to nie dla niej. Rozwiedzione i zdesperowane mężczyzny – oto jej udział przy takiej urodzie. A Zbigniew Marek był miły i poważny, choć znacznie od niej starszy. W końcu się zgodziła.
Wizażyści się postarali i na ślubie Wandzie świeciła twarz. Pan młody dumny był z młodej i świetnie zapowiadającej się żoną.
Okazał się wspaniałym mężem. Traktował ją z czułością i wyrozumianiem. Nazywał ją Wandochą i tylko tak. Żyli spokojnie i w zgodzie. Wracała z pracy zmęczona i zmarznięta, a on już niósł szklankę ciepłego mleka, okrywał kocem stopy, otaczał troską. Czegóż mi więcej pragnąć?
Pewnego dnia przyszła do niej dawna koleżanka ze szkoły. Niegdyś najładniejsza w klasie, za którą chłopcy biegali gromadnie. Urodziła dwójkę dzieci od różnych mężów. Zakochała się po raz trze, ale nowy mąż wypomina jej przeszłość, jest zazdrosny, nie lubi dzieci i żyje na jej koszt. Wyrzucić go? Ale kto weźmie kobietę z dwójką dzieci? A teraz jest w trzeciej ciąży i nie wie, co zrobić.
Tak to już bywa. Zewnętrzne piękno nie gwarantuje szczęścia. Wanda nie miała więc na co narzekać. Mąż ją kochał, zdmuchnąłby pyłek z jej rzęs. Czego więcej potrzeba do szczęścia? Dzieci? Tego pragnęła. Ale bała się, że odziedziczą jej rysy. Poza tym, nie mogli się ich doczekać.
Wszystko układało się dobrze, aż po trzy latach Zbigniew Marek zachorował. Miał problemy z sercem, a teraz zdiagnozowano u niego raka. Jak tylko mogła, Wanda wspierała go i dodawała otuchy. Ale on nie mógł pogodzić się z chorobą. Stawał się rozdrażniony, zwłaszcza gdy ogarniały go napady przygnębienia.
Najpierw operacja, potem chemioterapia. Wanda cierpliwie i bez słowa skargi opiekowała się mężem. Córka Sławka czasem wpadała, by oskarżać Wandę, że to przez nią ojciec zachorował. Gdyby się z nią nie ożenił, byłby zdrowy. „Zmęczyła go ta młoda żona” – twierdziła. Nie przychodziła pomóc, tylko kontrolować, jak Wanda wywiązuje się z obowiązku.
– Sławciu, zostaw Wandochę w spokoju. Robi wszystko, co do niej należy. Nie mam do niej żalu. A ty sama zaglądnij częściej – prosił ojciec kapryśną córkę.
– Ja w końcu ułożyłam sobie życie. Nie mogę. Ożeniłeś się z młodszą, niech się nią zajmuje. Wiedziała, na co się decyduje – odparła Sławka i zatrzasnęła drzwi.
– Wandocho, wybacz, że tak niespodziewanie zachorowałem. Obiecałem się tobą opiekować, a wyszło na odwrót. A ty jeszcze pracujesz. Wiem, jak ciężko ci się musi. Nie przerywaj, wysłuchaj – powiedział stanowczo, widząc, że chce zaprasować. – Kupiłem ci bilety, zarezerwowałem hotel. Jedź do Włoch, odpocznij. Widzę, że jesteś wyczerpana. Ledwie trzymWanda wróciła do Polski z poczuciem, że życie, choć pełne trudnych wyborów, dało jej coś znacznie cenniejszego niż urodę – prawdziwe szczęście, które nosiła w sercu i w ramionach, tuląc swojego syna.



