**Opatrzność…**
**Bronisława**
Koniec maja, a od dwóch tygodni panują upały niczym w środku lata. Bronisława wsiadła do autobusu i od razu tego pożałowała. Godzina szczytu, tłok jak w śledziowej puszce, duszno i ciasno. Otoczyli ją ze wszystkich stron, a sukienka natychmiast przykleiła się do spoconego ciała. Ktoś boleśnie szturchnął ją w plecy.
– Proszę iść do przodu, wszyscy muszą jechać. A takim to w ogóle powinno się chodzić piesze, tyle miejsca zajmujesz – burknął za nią starszy, zrzędliwy głos.
– Sama też nie jesteś chudzinką. Rusz się! – warknął ochrypły męski głos, i nagle Bronisławę przycisnęło tak, że dech zaparło.
– Oj, zdusiłeś, niegodziwcze – zapiszczała kobieta z tyłu.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, autobus ruszył. Za Bronisławą kobieta i ochrypły dalej przepychali się i kłócili.
– Matko, czego taka zła?
– A ty w ogóle zamknij się. I tak nie ma czym oddychać, a od ciebie jeszcze bucha alkoholem – nie pozostała dłużna kobieta.
Bronisława nie widziała tych osób – nawet głowy nie mogła odwrócić, bo natychmiast uderzała nosem w czyjeś ramię. Do poręczy też nie sięgała. Ściskano ją ze wszystkich stron, ręki nie dało się podnieść, a poręczy i tak nie widać było za ścianą ciał.
Autobus jechał szarpnięciami, gwałtownie hamował, znów ruszał. Pasażerów rzucalo na boki, jednocześnie ubijając jak ogórki w słoiku. Nie przewracali się tylko dzięki ciasnocie i sobie nawzajem. Przez otwarte okna wpadało trochę powietrza, chłodząc rozgrzane twarze. Ale gdy tylko autobus zatrzymywał się na światłach, tłum znów zaczynał się przepychać i przekrzykiwać.
Bronisława nie przyłączała się do narzekań. Stała, przygryzając wargę, marząc tylko, by jak najszybciej wysiąść, odetchnąć świeższym powietrzem, wrócić do domu, zrzucić wilgotne ubranie i stanąć pod chłodnym prysznicem. Autobus znów ruszył, ludzie przechylili się na bok.
– Hej, kierowco, uważaj! Nie wieziesz drewna! – krzyknął ochrypły. – Pewnie masz w kabinie włączony wiatrak, a my się tutaj smażymy jak w piekarniku… – mamrotał.
Autobus znów szarpnął, zwalniając przed przystankiem.
– Niech jadą dalej, i tak nikt więcej nie wejdzie! Zadepczemy się nawzajem! – wrzasnął ochrypły. – Kto wysiada?
– Ja! Ja wysiadam! Otwórzcie drzwi! – krzyknęła Bronisława, nie mogąc już znieść duszności i ścisku.
Drzwi otworzyły się z trudem, wypuszczając najpierw kobietę, ochrypłego, a na końcu Bronisławę. Na pożegnanie kobieta boleśnie szturchnęła ją pięścią w ramię.
– Krowa! Tylko po to, żeby jedną stację przejechać, wlazła do autobusu.
Bronisława nie zdążyła odpowiedzieć. Kobieta wkręciła się między pasażerów, drzwi się zamknęły, autobus odjechał. Nie czekając na następny, Bronisława ruszyła do domu pieszo, połykając łzy. W uszach wciąż dźwięczał jej ten wstrętny, złośliwy głos: „Krowa!”.
Krową, hipopotamem, mamutem przezywali ją już w szkole. Powinna się przyzwyczaić, ale nie potrafiła. Czy to jej wina, że urodziła się tak duża? Lekarze nie znaleźli u niej żadnych nieprawidłowości.
– Mamo, po co mnie urodziłaś? Komu jestem potrzebna taka gruba?! – płakała, wracając ze szkoły. – Wybrałabyś sobie chudego męża, to i ja byłabym szczupła jak ty. A teraz cierp do końca życia.
– Nie jesteś gruba, jesteś… okazała. Sercu nie rozkazujesz. Zakochałam się, to i za niego wyszłam. Ojciec był postawny, przystojny, kobiety za nim łaziły. W niego poszłaś. Zobaczymy, za kogo sama wyjdziesz – irytowała się matka.
– W ogóle nie wyjdę. Kto by mnie taką pokochał? – szlochała Bronka.
– Znajdzie się, nie martw się. Nie wszyscy mężczyźni lubią chucherka. A jak się urodzi dziecko, to i chude kobiety często rosną w biodrach – próbowała ją pocieszać matka.
Bronisława próbowała diet, głodziła się, ale nie wytrzymywała długo. Organizm domagał się jedzenia. Próbowała nawet biegać rano. Chude jak patyki dziewczyny prychały na jej widok, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia.
– Myślałem, czemu chodnik taki śliski… A to tłuszcz się rozlewa – powiedział głośno chłopak do swojej koleżanki, mijając Bronisławę.
Przestała biegać, postawiła grubą kropkę na dietach i ćwiczeniach, splunęła na swój wygląd i starała się nie patrzeć w lustro.
Potem ciężko zachorowała matka. Nawet wtedy, mimo stresu i nerwów, Bronisława nie schudła. Nie schudła nawet po pogrzebie, choć przez te dni prawie nic nie jadła, nie mogła.
Ma była trzydzieści trzy lata, a na jej horyzoncie nie widać było ani miłości, ani rodziny, ani radości. „Żadnych autobusów” – postanowiła Bronisława. – Od teraz tylko pieszo”.
Ale następnego dnia na przystanek podjechał prawie pusty autobus. Rzadkość. Wsiadła, sięgnęła do torebki po kartę, by zapłacić za przejazd, gdy autobus gwałtownie ruszył. Nie zdążyła złapać poręczy, odrzuciło ją do tyłu. „Teraz upadnę i rozbiję głowę…” – zdążyła pomyśleć…
***
**Jakub**
Rano Jakub, jak zwykle, wsiadł do samochodu, przekręcił kluczyk, ale auto nie chciało zapalić. Przez pięć minut bezskutecznie próbował je odpalić. W końcu wezwał lawetę i odholował auto do zaprzyjaźnionego mechanika.
Do pracy dojechał taksówką, sporo się spóźniając. Do domu nie musiał się śpieszyć – nikt na niego nie czekał – więc postanowił przejść się pieszo. Ale na przystanek podjechał niemal pusty autobus. Jakub nie pamiętał już, kiedy ostatnio jeździł komunikacją miejską. Uznał, że nie należy marnować okazji. Dwudziestka czwórka jechała prosto do warsztatu – może dowie się czegoś o swoim aucie. Bez namysłu wsiadł.
Później”Jakub wyciągnął rękę i złapał Bronisławę tuż przed upadkiem, a wtedy oboje zrozumieli, że opatrzność zawsze wiedziała, co robi.”



