Przeznaczenie…

**Dziennik, 31 maja**

Koniec maja, a na dworze od dwóch tygodni panują upały jak w środku lata. Kinga wsiadła do autobusu i od razu pożałowała tej decyzji. Godziny szczytu, tłok jak w śledziowej puszce. Otulili ją ze wszystkich stron, a sukienka natychmiast przykleiła się do spoconej skóry. Ktoś boleśnie szturchnął ją w plecy.

— Proszę iść do przodu! Wszyscy muszą gdzieś dojechać. A takim jak pani to w ogóle powinno się chodzić pieszo — tyle miejsca zajmuje! — warknęła za nią starsza kobieta.

— Pani też nie jest chudzielcem! No, przesuńcie się! — ochrypły męski głos przycisnął Kingę do innych pasażerów, aż dech w piersiach zaparło.

— Ojej, zabijesz mnie, ty nicponiu! — zapiszczała kobieta z tyłu.

Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a autobus ruszył. Za Kingą toczyła się kłótnia między ową kobietą a mężczyzną.

— Matko, czemu taka złośliwa?

— Zamknij się lepiej! I tak duszno, a od ciebie czuć alkoholem — odgryzła się kobieta.

Kinga nie widziała swoich prześladowców, nawet głowy nie dało się obrócić — zaraz opierała się nosem o czyjeś ramię. Nie mogła też złapać poręczy, bo ręce miała przyciśnięte do boków.

Autobus jechał szarpnięciami, gwałtownie hamował, potem znów przyspieszał. Pasażerów rzucało na boki, upychając jak kiszone ogórki w słoiku. Nie przewracali się tylko dlatego, że stali zwartą masą. Gdy autobus się poruszał, przez otwarte okna wpadało trochę powietrza, chłodząc rozgrzane twarze. Ale na każdym czerwonym świetle tłum znów zaczynał się przepychać i kłócić.

Kinga nie włączała się w te utarczki. Stała, gryząc wargę, marząc tylko, by wysiąść, znaleźć się na względnie świeżym powietrzu, wrócić do domu, zrzucić tę wilgotną odzież i stanąć pod chłodnym prysznicem. Autobus znów ruszył, a ludzie przechylili się w jej stronę.

— Hej, kierowco, uważaj! Nie wiezisz drewna! — wrzasnął ochrypły głos. — Pewnie w kabinie masz włączony wiatrak, a my tu się smażymy…

Autobus znów szarpnął, zwalniając przed przystankiem.

— Niech nikt więcej nie wchodzi! Udusimy się! — krzyknął mężczyzna. — Kto wysiada?

— Ja! Wysiadam! Otwórzcie drzwi! — wykrztusiła Kinga, nie mogąc już znieść tej duszności.

Drzwi otworzyły się z trudem, wypuszczając najpierwie kobietę, potem mężczyznę, a na końcu Kingę. Na pożegnanie kobieta uderzyła ją pięścią w ramię.

— Krowa! Tylko po to wlazła, żeby jedną stację przejechać!

Kinga nie zdączyła odpowiedzieć. Kobieta wślizgnęła się między pasażerów, drzwi się zamknęły, autobus odjechał. Kinga nie czekała na następny. Poszła pieszo, połykając łzy. W uszach wciąż dźwięczał jej ten wstrętny głos: *Krowa!*

“Krową”, “hipopotamem”, “mamutem” przezywali ją już w szkole. Powinna przywyknąć, ale nie potrafiła. Czy była winna temu, że urodziła się duża? Lekarze nie znajdowali u niej żadnych zaburzeń.

— Mamo, po coś mnie urodziła? Kto by chciał taką grubasę?! — płakała po powrocie ze szkoły. — Gdybyś wzięła chudego męża, może byłabym taka jak ty. A teraz będę się męczyć całe życie.

— Nie jesteś gruba, tylko mocnej budowy. Sercu nie rozkazujesz. Pokochałam, za kogo pokochałam. Twój ojciec był przystojniakiem, kobiety za nim przepadały. Ty po nim odziedziczyłaś tę urodę. Zobaczymy, za kogo sama wyjdziesz — irytowała się matka.

— Za nikogo. Kto by mnie pokochał? — szlochała Kinga.

— Znajdzie się ktoś, nie martw się. Nie wszyscy mężczyźni lubią chucherka. A po dzieciach i tak wiele kobiet się zaokrągla — pocieszała ją matka.

Kinga próbowała diet, głodziła się, ale nigdy nie wytrwała długo. Organizm domagał się jedzenia. Próbowała nawet biegać. Chude dziewczyny prychały na jej widok, wymieniały znaczące spojrzenia.

— Myślałem, czemu chodnik taki śliski… A to tłusty pot się rozlewa — powiedział głośno chłopak do koleżanki, mijając Kingę.

Przestała biegać, odpuściła diety i ćwiczenia, przestała patrzeć w lustro.

Potem ciężko zachorowała matka. Nawet wtedy, mimo stresu, Kinga nie schudła. Nie schudła też po pogrzebie, choć przez dni prawie nic nie jadła.

Ma już trzydzieści trzy lata, a na horyzoncie nie widać ani miłości, ani rodziny, ani radości. *”Nigdy więcej autobusów”* — postanowiła. *”Będę chodzić pieszo.”*

Ale następnego dnia na przystanek podjechał prawie pusty autobus. Traf chciał. Wsiadła, wyjęła z torby kartę, by zapłacić za przejazd, gdy nagle autobus gwałtownie ruszył. Kinga nie zdążyła złapać poręczy, poleciała do tyłu. *”Upadnę i rozbiję głowę…”* — pomyślała…

***

**Dziennik, 1 czerwca**

Dziś rano Tomek, jak zawsze, wsiadł do samochodu, przekręcił kluczyk, ale auto nie chciało zapalić. Próbował przez pięć minut — bez skutku. Musiał wezwać lawetę i odholować auto do znajomego mechanika.

Do pracy dotarł taksówką, sporo się spóźnił. Do domu nie miał się co spieszyć — nikogo tam na niego nie czekało. Postanowił przejść się pieszo, ale na przystanek nadjechał niemal pusty autobus. Nie pamiętał, kiedy ostatnio jeździł komunikacją miejską. Skorzystał z okazji. Dwudziesty czwarty jechał akurat w stronę warsztatu, więc mógł sprawdzić, co z samochodem. Wsiadł bez wahania.

Później często wracał myślami do tego dnia i myślał, że to nie był przypadek. Opatrzność, nic innego, sprawiła, że auto się zepsuło, że w końcu wsiadł do autobusu, że pojechał do mechanika zamiast do domu — choć mógł zadzwonić. Tak się jednak stało i jego życie zmieniło się diametralnie.

Ożenił się z dziewczyną o modelowej urodzie — z gorącej, szalonej miłości. Pękał z dumy, widząc zachwycone spojrzenia mężczyznI wtedy, gdy już prawie stracił nadzieję, znów ją spotkał na tym samym przystanku, gdzie rok wcześniej wpadła mu w ramiona, i zrozumiał, że to nie był koniec, a dopiero początek ich wspólnej historii.

Rate article
Fajna Tajna
Przeznaczenie…