Dość bycia wygodną
No i ustalone, Halinko! świergotała ciocia Stefania, delikatnie wycierając usta papierową serwetką. Serwetka była po torcie, który Helena Kowalska upiekła na przyjazd gościa i na serwetce zostawiła się tłusta plama z kremu. Piątego maja spotykamy się u ciebie. Przyniosę swoje kiełbaski, takie marynowane, według własnego przepisu, a ty już, kochana, ogarnij gorące danie. W końcu to dzień twoich urodzin! Goście będą ważni, koledzy Jasia z pracy, poważni ludzie. Trzeba ich godnie przyjąć.
Helena siedziała naprzeciwko, trzymała w rękach kubek z herbatą, która zdążyła już wystygnąć. Patrzyła na ciocię Stefanię i kiwała głową. Kiwała i myślała o tym, że jutro musi oddać kwartalny raport, że masło się skończyło w lodówce, że mąż Kostek znowu narzeka na kręgosłup, trzeba kupić nowy plaster rozgrzewający. Myślała o wszystkim, tylko nie o tym, co rozgadywała ciocia Stefania. A ta mówiła i mówiła, poprawiała swój fioletowy szalik na szyi i patrzyła przez okno tak, jakby już planowała, gdzie poustawia talerze na cudzym stole.
Ludzi będzie z dwadzieścia, jeśli nie więcej ciągnęła gość. Musisz się postarać, Halinko. Jesteś przecież mistrzynią kuchni. Pamiętasz jak na weselu Zosi gotowałaś? Wszystko zjedli do ostatniego okruszka! Tak ma być i tym razem. Ja oczywiście pomogę będę dyrygować.
Zaśmiała się. Jej śmiech był krótki, szorstki, trochę jak szczekanie małego psa.
Helena też się uśmiechnęła. Bo tak wypadało. Bo Stefania to rodzina zięcia, Jasia, męża ich jedynej córki Zosi. Bo kłótnie rodzinne to ostatnia rzecz, o którą by się starała. Bo zawsze tak robiła. Uśmiechała się i przytakiwała.
Dobrze, ustalone powiedziała.
Ciocia Stefania pojechała zadowolona gdzieś koło wpół do dziewiątej. Helena zamknęła za nią drzwi, oparła się o nie i tak stała przez minutę. W przedpokoju pachniało obcym, słodkawym i ciężkim perfumami. W pokoju obok brzęczał telewizor. Kostek oglądał kolejny program o wędkowaniu, nawet nie podszedł przywitać się z gościem.
Pojechała? krzyknął znad telewizora.
Pojechała.
I czego chciała?
Helena poszła do kuchni, zaczęła zmywać filiżanki. Woda z kranu była wręcz parząca, ale nie cofała rąk.
Będziemy mieli urodziny powiedziała. Piątego maja. U nas w domu.
U nas? Jakie urodziny?
Moje. I Jasiu ma coś służbowego.
Z pokoju poleciało mruknięcie, potem znowu rozbrzmiewała wędka i ryby.
Helena wytarła ręce w ręcznik. Ręcznik stary, z wyblakłymi kogutami na brzegu, kupiła go chyba piętnaście lat temu na targu i szkoda jej było wyrzucić. Popatrzyła na niego i nagle pomyślała, że ona sama jest jak ten ręcznik. Wypłowiała. Z kogutami na brzegu. Powieszona na gwoździku, czeka aż ktoś wytrze w nią ręce.
Pogoniła tę myśl i poszła sprawdzić lodówkę.
Za dziesięć dni Helena miała skończyć pięćdziesiątkę. Okrągła rocznica. Pół wieku życia, z czego trzydzieści pięć lat pamięta najlepiej. I z tych trzydziestu pięciu lat nie mogła sobie przypomnieć ani jednego dnia, w których zrobiłaby coś wyłącznie dla siebie. Nie dla męża, nie dla córki, nie dla mamy, która zmarła pięć lat temu, a której w każdą niedzielę gotowała barszcz, nie dla teściowej z sąsiedniej dzielnicy, która wymagała uwagi jak dziecko. Tylko dla siebie. Ani dnia.
Pracowała jako księgowa w firmie budowlanej. Dwadzieścia dwa lata na jednym stanowisku. Szanują, doceniają, ale awansu nikt nie proponował. Po co? Przecież Helena wszystko ogarnie. Nie narzeka. Zawsze sobie radzi.
W domu było tak samo. Kostek miał pięćdziesiąt cztery, pracował w fabryce jako inżynier, swojej pracy nie lubił, ale trzymał się jej, bo do emerytury już blisko. W domu odpoczywał. Tak mawiał: W domu wypoczywam. Co znaczyło: telewizor, gazeta, czasem garaż. Obiad gotowała Helena. Sprzątała Helena. Opłacała rachunki Helena, bo najlepsza w tym była. Po zakupy chodziła Helena. Gości przyjmowała Helena. Kostek absolutnie nie uczestniczył w takich sprawach dawno przestało to być tematem kłótni, stało się po prostu tłem życia, jak szum w uszach, którego już się nawet nie zauważa.
Zosia, córka, wyszła za mąż cztery lata temu. Mąż, Jasiu, był miły, pracowity, ale z bardzo specyficzną rodziną. Mama Jasia nie żyła od dawna, ojciec mieszkał gdzieś daleko na północy, ale za całą rodzinę wystarczała ciocia Stefania, siostra ojca. Władcza, głośna, przyzwyczajona, że wszyscy jej słuchają. Od razu nie polubiła Heleny. Nie dlatego, że coś zrobiła, tylko dlatego, że była zbyt cicha, zbyt ugodowa tacy ludzie u dominujących wzbudzają nie szacunek, tylko chęć rządzenia.
Zosia kochała mamę, ale Jasia kochała bardziej. To normalne. Tak powinno być, może. Ale gdy trzeba było wybierać między wygodą mamy a spokojem Jasia, wybierała zawsze to drugie. Po cichu, bez scen, ale wybierała.
Tak żyła Helena. W trzypokojowym mieszkaniu na dziewiątym piętrze bloku w Poznaniu, na Winogradach, gdzie każdy blok wygląda tak samo, każde podwórko takie samo, tylko drzewa inne, bo tylko drzewa wyłamują się temu wszystkiemu. Żyła i nie skarżyła się. Gdzie? Komu? Po co?
Po wyjściu cioci Stefani jeszcze przez godzinę siedziała w kuchni, robiła listę zakupów i rzeczy do przygotowania na dwadzieścia osób. Lista była strasznie długa, koszty przyprawiały ją o zawrót głowy. Zerknęła na kwoty zapisane na odwrocie starego paragonu i poczuła, jak ściska ją w piersiach. Nie ból ciężar. Jakby ktoś położył cegłę na klatkę i zapomniał zdjąć.
Zgasiła światło i poszła spać.
Przez następne dziewięć dni była w trybie, który prywatnie nazywała przedurodzinowa mordęga. Początkowo próbowała przekonywać siebie, że to nic, że po prostu pomaga rodzinie, że będzie fajna impreza, że nie można narzekać. Ale już na trzeci dzień te argumenty nie wytrzymały.
Wstawała o szóstej rano, żeby przed pracą rozmrozić coś do gotowania, spisać listę zakupów, zadzwonić do sklepu co do dostawy. Pracowała do osiemnastej, czasem dłużej, bo przecież raport kwartalny się sam nie zrobił. Po pracy leciała do sklepu. Towaru nabierała ciężkiego: słoiki, butelki, kasza, mięso. Ciągnęła to wszystko na dziewiąte piętro, bo windę remontowali już trzeci tydzień. W domu gotowała kolejne rzeczy, ścierała kurze, myła podłogi. Zasypiała o pierwszej, drugiej w nocy, po czym znowu o szóstej budzik.
Kostek to wszystko widział. Tzn. widzieć to za dużo powiedziane mógłby widzieć, ale patrzył przez nią. Raz, jeden raz, zapytał czy trzeba pomocy. Powiedziała: Poradzę sobie. Kiwnął z ulgą i wrócił do telefonu.
Zosia zadzwoniła w środę. Zapytała, czy wszystko gotowe. Powiedziała, że ciocia Stefania dopytuje o gorące, przypomina o przystawkach. Helena zapytała: Zosiu, może możesz zrobić chociaż sałatki? Już nie daję rady. Zosia umilkła na sekundę, potem powiedziała: Mamo, wiesz, sami mamy z Jasiem robotę, ale pomożemy, jak przyjdziemy, przy nakrywaniu. Przy nakrywaniu znaczyło: przełożyć gotowe jedzenie na talerze. I nic nie odpowiedziała.
Dwa dni przed imprezą myła okna, bo ciocia Stefania ostatnio mówiła coś o kurzu na parapetach. Stanęła na stołku, szmatka w ręku, i pomyślała, że ostatni raz myła okna dla siebie osiem lat temu, jak czekała mamę w gości. Ale wtedy też nie dla siebie. Dla mamy. Wcześniej dla teściowej. Zawsze dla kogoś.
Noga się omsknęła, prawie spadła, złapała się ramy. Serce uderzyło raz, drugi. Przysiadła na podłodze, pod oknem, i tak siedziała, oparta o ścianę. Plecy bolały. Nogi bolały. Głowa też.
Pomyślała: gdybym teraz spadła i coś bym sobie zrobiła, wszyscy najpierw by pomyśleli: Jak teraz będzie z imprezą?.
Na tę myśl zrobiło się jej tak gorzko, że aż parsknęła śmiechem nieładnym, zachrypniętym.
Wstała i domyła okna.
Noc z czwartego na piątego maja przespała trzy godziny. Resztę czasu gotowała, smażyła, kroiła, rozkładała. Mięso po polsku, dwa rodzaje sałatek, ryba w galarecie, której nigdy nie lubiła, ale ciocia Stefania sobie zażyczyła. Paszteciki z kapustą, bo kuzyn Kostka, Wiesiek, przyjedzie, a on bez nich nie uznaje imprezy. Tort upiekła dzień wcześniej, biszkoptowy z wiśniami, bo taki lubiła najbardziej. To był jedyny gest dla siebie podczas tej całej gonitwy.
O siódmej rano wzięła prysznic, założyła tę niebieską sukienkę, kupioną dwa lata temu, którą wciąż odkładała na okazję. Popatrzyła w lustro. Wielkie sińce pod oczami, których żadna puderniczka nie zakryła. Suche wargi. Ręce czerwone od mycia garów i gotowania. Ale sukienka piękna. To wiedziała.
O, wykrochmalona! rzucił Kostek, mijając ją w korytarzu. Dobrze.
I to wszystko. Bez ślicznie wyglądasz. Bez wszystkiego najlepszego. Bez jak się czujesz?. Po prostu dobrze i poszedł dalej.
Goście zjeżdżali się od dwunastej. Pierwsza jak zwykle Stefania, już o wpół do, z wielką siatą. Wyciągnęła obiecane kiełbasy, litrowy słoik ogórków małosolnych i bombonierkę. Cukierki położyła na stole jako swój wkład. Kiełbaski i ogórki też. Potem przeszła się po mieszkaniu, zajrzała do kuchni, skinęła głową.
Dobrze, Halinko powiedziała dokładnie jak Kostek. Dobra robota.
Wyjęła telefon i zaczęła wydzwaniać.
Koło pierwszej byli już wszyscy. Dwadzieścia trzy osoby. Helena policzyła w chwili, gdy usiedli przy stole złożonym z rodzinnego i dwóch biurowych, przykrytych obrusem, który prała i prasowała do drugiej w nocy.
Patrzyła na tych ludzi i uświadomiła sobie, że z dwudziestu trzech zna dobrze może z sześciu. Reszta to koledzy Jasia i znajomi cioci Stefani. Obcy, którzy siedzą na jej stołkach, które musiała pożyczyć od sąsiadki, pani Teresy z trzeciego piętra, bo swoich nie miała dość.
Pierwszy toast wygłosił Wiesiek, brat Kostka. Gadał długo, plątał się, opowiadał coś o latach dziewięćdziesiątych totalnie nie na temat, ale wszyscy się śmiali. Potem wstał Jasiu, zięć. Mówił o mamie krótko: Sto lat dla Heleny, jest naszą bohaterką. Wszyscy stuknęli się kieliszkami, wypili. Potem Jasiu przeszedł do kolegi Antka, który niby miał jakiś sukces w pracy. Rzucał stanowiskami, cyfry, których Helena nawet nie łapała.
Ciocia Stefania podniosła się. Mowę miała wyuczoną, to było czuć. Mówiła o Antku. O tym jak się wybił, jakiej upartości mu trzeba było, jaki z niego gość. Potem trochę o Helence: No i naszej gospodyni nie zapomnijmy, w końcu pod jej dachem. Śmiech. Kolejny toast.
Helena się uśmiechała. Siedziała na czele stołu, bo tak wypada jubilatce, podnosiła kieliszek, mówiła dziękuję za krótkie życzenia. Ale w środku coś się działo. Powoli, prawie niewidocznie. Jak woda, która stopniowo się grzeje, aż w końcu zaczyna wrzeć.
Helena, nie ma soli na stole! ktoś z końca stołu krzyknął.
Wstała, przyniosła sól.
Chleba mało. Donieś, proszę poprosił Wiesiek.
Przyniosła chleb.
Pani Heleno, brakuje widelców powiedziała kobieta, którą widziała pierwszy raz w życiu.
Przyniosła widelce.
Ktoś chciał jeszcze innej wędliny. Potem talerzy. Potem Stefania poprosiła o wodę mineralną, którą miała przywieźć Zosia, ale zapomniała, więc trzeba było lecieć na balkon.
Helena kursowała kuchnia stół, kuchnia stół. Siadała na moment, ale zaraz wstawała. Jej talerz stał pełny, bo nie miała kiedy jeść.
Jeden raz spróbowała powiedzieć toast. Wstała, podniosła kieliszek. Zosia, córka, zauważyła, podniosła też swój. Ale Stefania w tej chwili zaczęła coś opowiadać o Antku, na cały stół, wszyscy się odwrócili. Zosia opuściła kieliszek. Helena też usiadła. Toastu nie wygłosiła.
Goście jedli. Chwalili jedzenie. Ryba genialna, te paszteciki najlepsze, mięso mięciutkie, jak pani robi?. Helena odpowiadała, tłumaczyła. Było to nawet miłe. Ale i gorzko. Bo chwalili jedzenie, nie ją. Była tu kuchnia, fartuch, proszę przynieść, podaj. Nie jubilatka. Obsługa.
Czas leciał. Już po trzeciej popołudniu. Za oknem majowe słońce, ciepłe, obojętne. Przy stole gwar. Antek o nowym stanowisku, Stefania dorzuca swoje i śmieje się swoim szczekliwym śmiechem. Kostek na drugim końcu rozmawia z Wieśkiem, o wędkach albo o samochodach.
Helena wyszła do kuchni po czwarty już rzut mięsa z pieca. Założyła rękawice, wyjęła naczynie. Ręce miała lekko drżące trzy godziny snu zrobiły swoje. Mroczki latały przed oczami. Postawiła formę, zaczęła przerzucać mięso na półmisek.
Z pokoju dobiegł głos Stefanii, głośny, stanowczy:
Helena! Idzie już to mięso? Sięgnij po śmietanę, bo się skończyła!
Nie Halinko. Nie proszę. Nie nie kłopocz się. Po prostu: Trzeba przynieść i sięgnij jak się mówi do pomocy domowej. Albo kuchennej.
Helena zastygła. Trzymała łyżkę z mięsem i patrzyła w ścianę. W kuchni cisza. Za oknem gałązka klonu kiwała się na wietrze. Na kuchence pusty czajnik.
Coś w niej pękło.
Bez huku. Bez bólu. Tak po prostu. Klik.
Odłożyła łyżkę. Rękawice powiesiła na haczyk, jak zawsze. Wzięła półmisek z mięsem, śmietanę z lodówki i weszła do salonu.
Postawiła wszystko na stole.
Wyprostowała się.
Posłuchajcie powiedziała. Cicho, ale tak, że kilka osób zerknęło. Proszę, posłuchajcie.
Stefania dalej trajkotała do Antka. Zosia patrzyła z lekkim zdziwieniem. Kostek nie patrzył.
Proszę o ciszę powiedziała Helena, trochę głośniej.
Tym razem Stefania się zatrzymała. Patrzyła z niezadowoleniem, jak ktoś, komu przerwano wywód.
Coś się stało? spytała, podszyta zniecierpliwieniem.
Helena spojrzała na stół. Po swoich i obcych gościach. Na męża, który wreszcie podniósł wzrok. Na córkę, która nie bardzo wiedziała, co się dzieje. Na ciocię Stefanię z liliowym szaliczkiem, syta, zadowolona.
Chcę powiedzieć kilka słów powiedziała Helena. Dziś mam urodziny. Kończę pięćdziesiąt lat.
Sto lat! zaśmiał się ktoś z końca, parę osób podniosło kieliszki.
Czekajcie powstrzymała ich Helena. Zaczekajcie.
Zrobiła się cisza. Serce biło spokojnie. Tak spokojnie, jakby już dawno podjęła decyzję, o której nie wiedziała, ale organizm już tak.
Ostatnie dziesięć dni spędziłam w trybie przygotowanie cudzego święta. Spałam po trzy godziny. Kupiłam produkty, wszystko ugotowałam, wyprałam firanki, poprosiłam sąsiadkę o krzesła. Zrobiłam to sama, bez niczyjej pomocy. Dziś siedzę za stołem, który nakryłam dla obcych ludzi, dla święta, które dotyczy mnie o tyle, że zajęło moje mieszkanie. No i jeszcze nie pozwoliliście mi powiedzieć ani jednego toastu. Przerwano mi trzy razy. Wstałam od stołu osiem razy, gdy wy jedliście. Teraz prosicie o śmietanę takim tonem, w jakim rozkazuje się służbie.
W pokoju zaległa cisza. Ta taka, która zostaje, jak nikt nie wie, co dalej.
Co ci odbiło? mruknął Kostek, lekko zdezorientowany.
Mamo… szepnęła cicho Zosia.
Ciocia Stefania nabrała powietrza, widać chciała odpowiedzieć, ale Helena spojrzała jej prosto w oczy. Stefania wydukała i zamilkła.
Proszę wszystkich kontynuowała Helena, głos się nie trząsł, co ją dziwiło najbardziej. Weźcie, co przynieśliście, i kończcie zabawę gdzie indziej. Tu, obok, na osiedlu jest bar Swojskie Klimaty, tam można spokojnie dokończyć. Ja jestem gotowa za to zapłacić, jeśli trzeba. Ale tutaj, w moim mieszkaniu, dzisiejsza impreza się skończyła.
Trzy sekundy ciszy. Potem gwar.
Wiesiek coś rzucił pod nosem, nie zrozumiała. Ktoś z gości Jasia już szukał marynarki. Ciocia Stefania podniosła się, sztywno spojrzała na gospodynię: Pożałujesz wyczytała w oczach, ale nic nie powiedziała. Wzięła swą torbę i resztę ogórków, co Helenie wydało się nawet śmieszne.
Zosia podeszła do matki.
Mamo, co ty robisz szepnęła. To upokarzające. Rozumiesz? Stefania teraz…
Zosiu przerwała jej Helena cicho. Kocham cię bardzo. Ale teraz wyjdź, proszę.
Córka patrzyła na nią jak na kogoś obcego. I wtedy Helena pomyślała: dobrze. Bo ta kobieta, którą teraz widzi Zosia, była już inna od tej, którą znała dotąd.
Kostek wyszedł ostatni. Zatrzymał się w drzwiach.
Zwariowałaś? rzucił, bez złości, bardziej z ciekawości.
Nie powiedziała Helena. Właśnie odwrotnie.
Nie umiał nic dodać i wyszedł.
Zamknęła drzwi na klucz. Stała w przedpokoju w ciszy.
Cisza była gęsta, prawdziwa. Taka, jak bywa o świcie, gdy wszyscy jeszcze śpią. Była trzecia po południu piątego maja, za oknem wróble, na dole trzasnęły drzwi. Ale w jej mieszkaniu nie było nikogo oprócz niej. To było jak wydech po najdłuższym wdechu.
Przeszła do pokoju. Popatrzyła na stół. Mięso, sałatki, chleb, kieliszki. Jej talerz wciąż pełny. W ogóle nie jadła.
Wzięła talerz. Nie podgrzewała. Wzięła widelec. Weszła do kuchni, bo tam stał jej tort. Biszkoptowy, z wiśniami. Położyła talerz z mięsem i kawałek tortu. Zaparzyła świeżą herbatę, bo czajnik akurat zagrzał wodę.
Usiadła.
Za oknem klon tańczył w majowym wietrze. Liście jeszcze małe i lepkie, świeże. Helena patrzyła na drzewo, jadła mięso. Dobrze wyszło, umie gotować, Stefania przynajmniej tu nie kłamała.
Potem tort.
Biszkopt puszysty, wiśnie lekko kwaśne, krem delikatny. Jadła powoli. Nigdzie się nie śpieszyła. Nie było nikogo, kto by zawołał Helena, przynieś, nikt nie patrzył przez nią. Po prostu ona i tort, który sama upiekła dla siebie.
Pierwszy raz od… nawet nie pamiętała kiedy.
Nie płakała. Myślała, że będzie płakać bo zwykle w takich momentach się płacze, w filmach tak właśnie robią, smutna muzyka i łzy. Ale nie było łez. Było coś innego coś bardzo spokojnego i mocnego, jak podłoga pod stopami. Jakby wreszcie stała na czymś prawdziwym, a nie na czymś, co się ugina przy każdym kroku innych.
Telefonu nie dotykała przez dwie godziny. W końcu spojrzała.
Mnóstwo wiadomości. Zosia pisała trzy razy: najpierw mamo, zadzwoń, potem nie rozumiem, co się stało, potem daj proszę znać, że jesteś cała. Kostek raz: Nie ładnie. Ciocia Stefania wcale, co było zaskakujące. Kilka nieznanych numerów, pewnie goście ktoś im jej numer podał. Pani Teresa z trzeciego piętra: Helena, kiedy oddasz stołki?.
Odpisała tylko Teresie: Jutro przyniosę, przepraszam za kłopot.
Zosi: Nic mi nie jest. Porozmawiamy jutro.
Kostkowi nie odpisała wcale.
Potem sprzątnęła ze stołu. Bez złości, bez pośpiechu. Ot tak. Przełożyła jedzenie do pojemników, schowała w lodówce. Górę talerzy zalała wodą. Wyniosła śmieci. Zwinęła obrus. Oddała stołki pani Teresie, która otworzyła drzwi w szlafroku, patrzyła z ciekawością, ale nie pytała o nic. Mądra kobieta.
Wróciwszy do siebie, wzięła kąpiel. Długą, z pianą. Leżała i patrzyła w sufit. Na suficie plama po starej przeciece z góry. Z Kostkiem mieli ją przemalować od trzech lat. I nie przemalowali. Patrzyła na tę plamę i myślała, że odkładanie malowania przez trzy lata i odkładanie swojego życia przez trzydzieści to w sumie to samo.
Kostek wrócił około dziesiątej. Słyszała, jak otwiera zamek, jak zdejmuje buty. Wszedł do pokoju, stanął w drzwiach. Była już w łóżku, z książką.
Wiesz, co narobiłaś? spytał.
Wiem odpowiedziała.
I co?
I tyle. Wiem.
Stefania… Jasio… będzie awantura, nie myślisz?
Myślałam powiedziała Helena. Kostek, nie mam już siły. Pogadamy jutro?
Postał chwilę i poszedł do salonu. Położył się na kanapie, tak jak czasem po sprzeczce. Nie poszła go odwoływać.
Zgasiła lampkę. Leżała w ciemności.
Spała dziesięć godzin. Pierwszy raz od tygodni.
Poranek szóstego maja był zwykły. Słońce przez szczelinę w zasłonach, wróble, aromat kawy nastawionej na timer. Wstała, zjadła kanapkę, wypiła kawę. Kostek jeszcze spał, w salonie jego regularny oddech.
Otworzyła laptopa.
Zaczęło się od drobiazgu chciała sprawdzić prognozę pogody na tydzień. Ale obok w przeglądarce była otwarta zakładka, którą zerknęła miesiąc temu i zamknęła w natłoku obowiązków. Strona biura podróży. Wycieczki po Szlaku Piastowskim. Pamiętała: przypadkiem kliknęła, poczytała, zamknęła nie teraz.
Kliknęła.
Gniezno, Biskupin, Rogalin, Poznań. Osiem dni. Mała grupa, przejazdy autokarem, z przewodnikiem i śniadaniami. Przeglądała zdjęcia: białe kościoły nad rzeką, stare uliczki, zamki w słońcu. Nigdy tam nie była. Zawsze chciała. Kostek nie lubił takich wycieczek po co się tłuc, lepiej na działkę. Jeździli na działkę. Dwudziesty rok z rzędu. Ziemniaki, grządka, altanka, robota.
Zadzwoniła do biura zaraz po dziewiątej.
Dzień dobry. Oglądałam waszą wycieczkę Szlak Piastowski, osiem dni usłyszała miły kobiecy głos.
Tak, czy są jeszcze miejsca na najbliższy wyjazd?
Jest jedno. Na czternastego maja.
Jedno? To dobrze. Jedno mi trzeba.
Zapłaciła za wycieczkę kartą przez telefon. Potem siedziała z słuchawką w ręku, patrzyła w okno. Była w niej cisza. Nie radość, nie ekscytacja. Spokój. Jak po podjęciu dobrej decyzji czujesz to całym sobą.
Potem zadzwoniła Zosia. Głos cichy, ostrożny, jakby stąpała po cienkim lodzie.
Mamo, jak tam u ciebie?
Dobrze odpowiedziała Helena.
Musimy porozmawiać. Stefania się bardzo obraziła. Jasio zły. To było… nieoczekiwane.
Rozumiem.
Zadzwonisz do Stefanii i przeprosisz? Uspokoiłaby się i wszystko by…
Nie, Zosiu przerwała mama.
Pauza.
Co nie?
Nie będę przepraszać za to, że poprosiłam ludzi o wyjście z własnego domu w dniu swoich urodzin.
Ale mamo…
Zosiu, poczekaj Helena wzięła w ręce kubek z kawą, potrzymała. Był ciepły. Chcę ci coś powiedzieć. Proszę, wysłuchaj mnie nie jako córka martwiąca się o Jasia i Stefanię, tylko po prostu jako mnie.
Zosia milczała.
Mam pięćdziesiątkę. Wczoraj byłam jak służąca na własnym święcie. Tak zmęczona, że trzęsły mi się ręce, nie jadłam cały dzień, przerywali mi, zapomnieli o życzeniach. Usłyszałam: przynieś śmietanę bez proszę, bez dziękuję, bez spojrzenia w oczy jak w człowieka. I wiesz, co mnie w tym najbardziej zdziwiło? Że sama na to pozwoliłam. Sama nakryłam, zaprosiłam tych ludzi i przez dwadzieścia lat żyłam tak, że nikt nie pytał, jak się czuję. Bo sama nie pokazywałam, że to coś znaczy.
Na chwilę się zatrzymała. Za oknem przejechał autobus. Gołąb siadł na parapecie, zerknął, odleciał.
Mamo cicho odezwała się Zosia, nagle jakoś bardziej po ludzku masz rację. Ale nie rozumiem jeszcze…
Wiem. Ja też dopiero się uczę.
Chcesz tak zawsze?
Helena się uśmiechnęła.
Nie wiem, czy zawsze. Ale kupiłam wycieczkę.
Wycieczkę?
Szlak Piastowski. Osiem dni. Wyjazd czternastego.
Długa cisza.
Sama?
Sama.
Mamo prawie szeptem Zosia.
Zosiu, to pierwsza w życiu wycieczka, którą planuję sama, dla siebie. Może kiedyś trzeba zacząć.
Zosia nie wiedziała, co odpowiedzieć. W końcu rzuciła zadzwoń i rozłączyła się.
Kostek dowiedział się o wyjeździe w porze obiadowej. Przyszedł do kuchni, Helena gotowała zupę. Powiedziała mu spokojnie, bez tłumaczeń: wycieczka, wyjeżdżam czternastego, osiem dni, Szlak Piastowski.
Patrzył na nią długo. W końcu rzucił:
Mnie nie pytałaś?
Nie.
Czyli jak mam to odebrać?
Jak chcesz, Kostek.
Helena, może do lekarza…
Spróbowała zupy. Trochę soli.
Jest dobrze powiedziała. Zupa za dwadzieścia minut.
Wyszedł z kuchni. Słychać było, że chodził po pokoju, potem zapadła cisza. W końcu odpalił telewizor. Życie szło dalej.
Kolejne dni były niespokojne. Kostek raz milczał, raz się zapalał. Zwariowałaś, kiedyś byłaś inna, normalni ludzie tak nie robią. Słuchała. Nie kłóciła się. Nie tłumaczyła. Było to nowe, bo zawsze się tłumaczyła, nawet niepotrzebnie. Teraz już nie chciała.
Zosia zadzwoniła jeszcze raz trzy dni później. Powiedziała, że Stefania ogłosiła, że nogą nie przestąpi już tego domu. No trudno Helena. Zosia była chyba zaskoczona spokojem matki.
Mamo, nie żal ci?
Nie.
Ale to rodzina…
Zosiu, Stefania nie jest moją rodziną. Jest krewną Jasia. To nie to samo. Moją rodziną jesteś ty, Kostek i… ja sama. I myślę jak żyć, żeby było nam lepiej. Nie o Stefanię chodzi.
Zosia odpowiedziała aha i pytała potem o wycieczkę. Jaka trasa, jaki hotel. Mały krok, ale Helena to doceniła i opowiedziała.
Trzynastego maja, dzień przed wyjazdem, pakowała walizkę. Małą, lekką, by nosić bez wysiłku. Pakowała rzeczy i myślała, jak dawno tego nie robiła. Ostatni raz jechali z Kostkiem nad morze siedem lat temu, wtedy szykowała rzeczy dla wszystkich: Kostka, swoje, lekarstwa, przekąski, wszystko. Teraz tylko własne. Wzięła też tę niebieską sukienkę. Niech jedzie.
Kostek wszedł do pokoju, spojrzał na walizkę. Usiadł na brzegu łóżka.
Naprawdę jedziesz stwierdził, nie zapytał.
Naprawdę.
Osiem dni.
Osiem.
Przetarł czoło, westchnął.
Co będzie do jedzenia? Ja nie umiem…
Kostek powiedziała łagodnie. Jesteś dorosły. W lodówce masz jedzenie na trzy dni, wystarczy podgrzać. Dalej już albo ugotujesz, albo zamówisz. Dasz radę.
Patrzył na nią. Chyba chciał się poskarżyć, ale coś go powstrzymało. Może wyczuł, że już nie warto. W niej było coś innego.
No dobra powiedział. Jedź.
Po prostu jedź. Bez milej podróży, bez uważaj na siebie. Ale i bez wariujesz. To dużo.
Zamknęła walizkę.
Wieczorem zadzwoniła przyjaciółka, Grażyna, znali się od szkoły. Grażyna mieszkała w innej dzielnicy, rzadko się widywały, ale zawsze sobie dzwoniły, gdy się coś działo.
Teresa z trzeciego piętra mówiła, że wyprosiłaś wszystkich z urodzin zaczęła Grażyna.
Poprosiłam, żeby wyszli poprawiła Helena.
Helena, szacun.
Pauza.
Naprawdę?
Helenko, znam cię trzydzieści pięć lat. Zawsze wszystko na własnych plecach i cicho. Cieszę się, że w końcu…
Grażka, spokojnie bez wzniosłości przerwała, zaśmiała się Helena.
No to gdzie jedziesz?
Po Szlaku Piastowskim. Sama.
Sama! Grażyna umilkła. Zawsze marzyłam…
To jedź.
Mój by nie puścił.
Grażka powiedziała Helena nie puści jak masz osiem lat i mama nie pozwala. Po pięćdziesiątce to kwestia, czy sama sobie pozwolisz.
Grażyna się roześmiała, potem poważniała.
Jesteś inna, Helena.
Może tak. Może nie. Po prostu jestem zmęczona byciem wygodną.
Każdy bywa. Ty zrobiłaś coś z tym.
Może nie pierwsza. Może po prostu o tym nie mówimy. Wstyd.
Ty się wstydzisz?
Helena patrzyła przez okno. Za oknem było już prawie ciemno, w sąsiednich blokach paliło się światło, w jednym ktoś zmywał, w drugim telewizor migał, w trzecim ktoś chodził w tą i z powrotem.
Nie powiedziała. Nie wstydzę się.
Czternastego maja Helena wstała o wpół do szóstej. Kostek spał. Zaparzyła kawę, zrobiła kanapki na drogę, sprawdziła dokumenty. Ubrała się, wzięła walizkę. Sukienkę niebieską założyła od razu. Bo czemu nie. Po pięćdziesiątce można nosić ładną sukienkę o szóstej rano.
Stała w przedpokoju, patrzyła na swoje mieszkanie. Trzy pokoje, dziewiąte piętro, widok na klony. Plamka na suficie, którą miała zamalować. Ręcznik z kogutami. Wszystkie te swoje kąty, które znała na pamięć, przynależały do niej. Ale wychodziła z nich inna, niż ta, która tu mieszkała.
Z kuchni dobiegł szelest. Kostek wyszedł, w podkoszulku, rozczochrany.
Już wychodzisz powiedział.
Tak, taksówka czeka.
Kiwnął głową. Stanął chwilę. Potem rzucił:
Sto lat, Helena. Nie powiedziałem wtedy.
Spojrzała mu w oczy. Pięćdziesiąt cztery lata, twarz zmęczona, włosy lekko siwe. Człowiek, z którym przeżyła dwadzieścia siedem lat. Teraz nie wiedziała, co dalej. Czy wróci coś się zmieni. Czy się dogadają. Życie to nie serial, gdzie wycieczka zmienia wszystko.
Dzięki, Kostek po prostu.
Otworzyła drzwi i wyszła.
Taksówka już była przed blokiem. Wsadziła walizkę, usiadła z tyłu. Kierowca, młody chłopak, rzucił: Na dworzec?. Potwierdziła: Na dworzec.
Poznań budził się. Ulice jeszcze ciche, ruch niewielki. Majowe poranek, jasno i trochę rześko. Zielono wszędzie, liście świeże, prawie jaskrawe. Patrzyła przez szybę i pomyślała, że o takich drobiazgach dawno nie myślała. Liście, niebo, światło.
Na dworcu klasyczny rozgardiasz. Zapach drożdżówek, zapowiedzi, ludzie z walizkami. Zwyczajny ruch. Znalazła odpowiedni peron, odpowiednią ławkę.
Pociąg przyjechał punktualnie.
Odnalazła wagon, miejsce przy oknie dobrze. W przedziale starsze osoby, uprzejmi, od razu dzień dobry. Pani naprzeciwko wyjęła termos z herbatą, zaproponowała. Odmówiła może później.
Pociąg ruszył.
Poznań zaczął zostawać za szybą: bloki, drzewa, garaże. Potem pola, lasy, niebo szerokie. Patrzyła przez szybę i pierwszy raz nie myślała o niczym koniecznie. Pierwszy raz po prostu patrzyła, nic nie liczyła, nie planowała menu, nie zamartwiała się.
Telefon miała w kieszeni. Może wibrował, ale nie patrzyła.
Pomyślała, że nigdy nie była np. w Biskupinie. W Rogalinie. Że gdzieś pod Gnieznem są katedry, które chciała obejrzeć od dwudziestu lat, a zawsze brakowało czasu.
Sąsiadka zapytała: Gdzie pani jedzie?
Helena się uśmiechnęła.
Na Szlak Piastowski powiedziała.
Dobra sprawa pokiwała głową staruszka. Sama?
Sama.
Odważnie powiedziała sąsiadka z uznaniem.
Myślę, że nie. To po prostu czas najwyższy.
Pociąg się rozpędzał, pola przeplatały się z laskami, niebo gładkie, regularne chmurki. Helena odchyliła się i przymknęła oczy na chwilę. Nie żeby spać. Po prostu. Tak pobyć.
Telefon lekko zawibrował. Wiadomość. Zosia: Mamo, wszystko ok? Już w pociągu?. Odpisała: Już. Wszystko dobrze. Nie martw się.
Potem druga wiadomość, od obcego numeru. Dzień dobry, to Katarzyna wasza pilotka. Czekam w Gnieźnie pod dworcem z tabliczką. Szerokiej drogi! Napisała: Dziękuję. Jadę.
Odłożyła telefon. Patrzyła przez szybę.
Pociąg jechał naprzód. Za oknem zostawiała Poznań, mieszkanie na dziewiątym piętrze, ręcznik z kogutami, plamę na suficie, stół z obrusem, który prasowała po nocy. Przed nią Gniezno, Rogalin, nowe miejsca, obcy ludzie z grupy podróżniczej, osiem dni tylko dla siebie.
Nie wiedziała, co będzie potem. Czy porozmawia z Kostkiem, czy znowu wszystko zakwitnie ciszą. Czy z Zosią się poukłada. Czy Stefania kiedykolwiek się odezwie. Nie wiedziała i to jej nie przerażało jak kiedyś. Kiedyś nieznane było zagrożeniem czymś, co trzeba natychmiast ogarnąć, załagodzić, rozwiązać.
Teraz po prostu życie.
Idzie dalej. Nieznane, ale swoje.
Pociąg nabierał tempa. Za oknem Polska: zielona, polana, białe plamki brzóz pod lasem. Helena Kowalska patrzyła w szybę i pomyślała, że następnym razem, gdy ktoś powie jej przynieś śmietanę takim tonem, to po prostu się uśmiechnie. Uprzejmie. I powie: Nie.
To małe słowo.
Trzy litery.
Po raz pierwszy powiedziała je wczoraj i naprawdę je poczuła.
I można się tego nauczyć.
W życiu nigdy nie jest za późno.



