Przepraszam, to nie ja jestem twoją narzeczoną.
Dlaczego to robimy?
To zdarzenie naprawdę miało miejsce i zakończyło się dla jednej kobiety, a właściwie dwóch, nie najlepiej. Zaczynało się natomiast całkiem zwyczajnie.
Rodzice Wojtka od dawna chcieli, żeby się ożenił. No sami zobaczcie – przystojny, zdrowy chłopak, pracuje jako monter w fabryce zbrojeniowej, zarabia krocie, a mimo to wciąż jest kawalerem. Choć z pensji oddawał rodzicom tylko drobną część, resztę pieniędzy po prostu przepuszczał. Wydawał je na rozrywki i restauracje, a nawet samochodu nie chciał kupować, mimo że mógłby na niego oszczędzić w pół roku, jeśli nie szybciej. Po co, skoro ma pieniądze i może jeździć taksówkami? Życie jak w bajce. W wolnym czasie jest najedzony i zadowolony, i nikt nie ma prawa go za to krytykować. No, chyba że rodzice, ale od tego są, żeby syna strofować. Dlatego niech strofują. Tak myślał Wojtek.
Rodzice myśleli jednak zupełnie inaczej. Dumał i dumał, aż postanowili działać radykalnie. Umówili się z pewną panią o imieniu Władysława, która mieszkała na sąsiednim podwórku, a jej córka, choć już na wydaniu, wciąż samotna. Ta Władysława, zaraz po rozmowie z rodzicami Wojtka, podeszła do niego przypadkiem na wąskiej ścieżce. Zaciągnęła go do domu, pod pretekstem pomocy w niesieniu ciężkiej torby.
Wojtek, był chłopakiem dobrym, więc się zgodził pomóc. A kobieta, w ramach podziękowania, posadziła go w kuchni, poczęstowała kieliszkiem koniaku. Wszystko wesoło, serdecznie.
– Jesteśmy prostymi ludźmi, Wojtku – mówi Władysława – bardzo cenimy dobroć innych. Chcemy cię ugościć za twoją życzliwość.
Wojtek nie odmówił, w końcu kobieta prosi. Podniósł szklaneczkę do ust, a ona już kolejną napełnia. Żeby na nogę.
Wtedy do kuchni wkracza jej córka, Ewa. Wojtek uśmiechnął się z zaskoczenia, a nie powinien. Ponieważ Władysława zaprosiła go następnego dnia na rzekome urodziny córki.
Wojtek, już rozgrzany koniakiem, zgodził się. Dlaczego nie? Jutro sobota, można poszaleć. I poszalał. Tak, że z wizyty wyszedł dopiero następnego dnia rano. A w poniedziałek prosto z ich domu pojechał do pracy.
Wieczorem przyszedł do domu i oznajmił rodzicom z niejaką rezygnacją:
– Chyba się wpakowałem… Teraz trzeba się ożenić…
Rodzice odetchnęli z ulgą i uśmiechnęli się.
Czas do ślubu minął szybko. Zawsze tak jest – gdy jest dużo pracy, czas nie płynie, tylko ucieka. A tu wszystko było: wynajęcie restauracji, uszycie garnituru i sukni panny młodej, znalezienie pierścionków, które przypadną do gustu narzeczonej, opłacenie transportu dla młodych i gości z góry… W każdym razie Wojtek, obserwując, jak jego pieniądze znikają na niewiadomo co, stawał się coraz bardziej przygnębiony.
Nie to, że kochał tę Ewę. Bo przecież w pijatykach, niemalże dla żartu powiedział: “Jako porządny facet powinienem się ożenić…”, a Ewa z matką chwyciły go na słowo. I co teraz? Powinien płacić tylko za to, że powiedział coś nierozważnego?
A szczęśliwa Ewa jeszcze mu przypomina:
– Wojtek, szykuj się na wykup narzeczonej!
– Co takiego? – zmartwił się. – Jaki wykup? Zróbmy to prosto. Pojadę po ciebie, usiądziemy spokojnie w samochodzie i pojedziemy do urzędu.
– Nie! – upiera się narzeczona. – Chcę, żeby wszystko było tak, jak mama mówi.
– Ach tak, jak mama mówi?.. – wycedził przez zęby Wojtek i znów przypomniał sobie pierwszy dzień ich znajomości. Ostatnie dni wspominał tylko ten dzień, kiedy pomógł Władysławie przynieść rzeczy do domu. Przypominał sobie i męczył się w podejrzeniach. Podejrzewał, że znajomość jego z Ewą nie była przypadkowa, lecz starannie zaplanowana przez przyszłą teściową.
Ale mimo wszystko nadszedł dzień, kiedy Wojtek, z ciężkim sercem, włożył na siebie strój pana młodego i pojechał wynajętym samochodem po narzeczoną. Jak idiota pojechał. Przecież do sąsiedniego podwórka można było dojść na piechotę. Ale widzisz, to nie było w zwyczaju. Musiało być tak, żeby wszyscy widzieli, że pan młody jedzie po swoją narzeczoną.
Ledwo wszedł do odpowiedniego apartamentu, gdzie mieszkała młoda, już otoczyły go przyjaciółki panny młodej, żądając zapłaty za każdy stopień prowadzący do szczęścia. Wojtek, mentalnie, splunął i, aby go zostawili, szybko podał wcześniej rozmienne banknoty. Już zaczynał się trząść z tej całej ceremonii, ale głównie z myśli, że wkrótce będzie musiał przysiąc w urzędzie miłość.
Znów mentalnie przeklinając wszystko na świecie, wspiął się na drugie piętro, przeszedł przez otwarte drzwi mieszkania i zobaczył przed sobą nie jedną, a pięć panien młodych, każdą z zakrytą twarzą gęstą białą koronką.
A kolejna przyjaciółka panny młodej oznajmia z powagą:
– Teraz pan młody musi zgadnąć za pierwszym razem, która z tych panien jest jego ukochaną Ewą. Za każdy błąd będzie musiał zapłacić surową karę!
– Ach, jeszcze i kary trzeba płacić? – mruknął Wojtek na głos, a wszyscy wokół śmiali się, myśląc, że żartuje.
Całą minutę stał, patrząc z nienawiścią na te dziewczyny, rozumiejąc, że ma coraz mniej czasu na ucieczkę. Obecni myśleli, że próbuje zgadnąć, która z nich jest prawdziwą narzeczoną, ale on, prawie w stanie osłabienia, próbował zmusić się do zrobienia odpowiedniego kroku.
I w końcu postanowił. Wybierając spośród tych, przebranych w białe suknie dziewczyn tę, która najmniej przypominała Ewę, mocno złapał ją za rękę i nerwowo zawołał:
– To moja narzeczona!
Powiedział i szybko ruszył z nią do wyjścia, nie wypuszczając jej ręki. Dziewczyna, uważając to za zwykłą głupotę pana młodego, roześmiała się i pospiesznie poszła za nim.
Wszyscy wokół zaczęli się śmiać i krzyczeć:
– Pan młody się pomylił! Kara! Dzieśięć tysięcy!
Gdy krzyczeli i śmiali się, Wojtek z dziewczyną już wybiegli z budynku i wciągnął ją do wynajętego samochodu.
– Co robicie? – dopiero wtedy zrozumiała dziewczyna, ale jakoś automatycznie wsiadła z nim do samochodu. – To pomyłka, ja nie jestem twoją narzeczoną!
– Wiem! – krzyknął nerwowo pan młody, a później nakazał kierowcy. – Gaz, jedźmy stąd szybko!
Samochód ruszył, a dziewczyna szybko zsunęła zasłonę z twarzy, żeby móc zobaczyć lepiej.
– Co robicie?! Przecież się pomyliłeś! Zatrzymajcie samochód!
– Nie, nie pomyliłem się! – potrząsnął głową nerwowo, patrząc dziewczynie głęboko w oczy swoimi wypełnionymi desperacją. – Wcale się nie pomyliłem!
A potem zdarzyło się coś dziwnego i zupełnie niezrozumiałego. Czy to dziewczyna dostrzegła w jego oczach coś, co doskonale rozumiała, ale jakoś od razu się uspokoiła. Ostrożnie zapytała tylko:
– Wojtku, jesteś pewien, że dobrze robisz?
Wojtek, wciąż patrząc jej w oczy, mimo to kiwał głową z determinacją.
– To Ewę, w ogóle, wcale nie kochasz? – zapytała znowu.
– Ja jej nienawidzę – wyszeptał przez zęby Wojtek.
– I dokąd teraz jedziemy? – ciekawie zapytała dziewczyna.
– Dokąd? – Kierowca odwrócił się zdezorientowany. – To nie jedziemy do urzędu?
– Nie, dowódco… – powiedział smutno Wojtek. – Nie tam jedziemy.
– Nie rozumiem! – Samochód gwałtownie zahamował.
– Teraz chyba muszę się gdzieś przed wszystkimi ukryć… – Wojtek znów spojrzał tej mądrej dziewczynie w oczy, a ona się uśmiechnęła.
– Chcesz, żebym cię ukryła? – zaproponowała.
– Stop, młodzi! – krzyknął kierowca z oburzeniem. – Dlaczego nie jedziemy do urzędu? Cała trasa jest zaplanowana!
– Nie martw się, zapłacimy ci dodatkowo – powiedziała dziewczyna z pewnością. – Tylko odwieź nas na ten adres. – Wymieniła ulicę i dom. I Wojtek również szybko potwierdził: – Tak! Zapłacimy! Podwójną stawkę! Tylko proszę, jeśli teraz zadzwonią do pana moi krewni, proszę nie odpowiadać na żadne telefony!
Oczywiście, była wielka awantura. Rodzice Wojtka wraz z Władysławą nawet zgłosili na policję zaginięcie pana młodego. Ale tam tylko śmiali się i polecili zwrócić się do telewizji, żeby przez nią spróbować dotrzeć do zbiegłego spod ołtarza.
Wojtek bał się wrócić do domu przez dwa tygodnie, a Wioletta – tak miała na imię dziewczyna, która go uratowała, stała się dla swojej przyjaciółki Ewy wrogiem numer jeden.
Ale po kilku miesiącach Wojtek i Wioletta wzięli ślub. Obydwoje z miłości. I zaraz po weselu Wojtek się ustatkował, stał się przykładnym i niepijącym mężem. W końcu kupił samochód. Ale mieszkanie musieli wybrać z daleka od tej dzielnicy, gdzie mieszkają Władysława z córką.



