Praca i miłość to według wielu niewłaściwa kombinacja, a jednak to uczucie znalazło mnie samej w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach. Nie w formie czarującego kolegi z kubkiem kawy, lecz jako tajemniczy mężczyzna w czarnej „Mazdzie”, który często zatrzymywał się na stacji benzynowej, gdzie pracowałam.
Początkowo tylko na mnie patrzył, później zaczął się do mnie uśmiechać. Wydawało się, że poznał mój grafik i przyjeżdżał wyłącznie wtedy, kiedy byłam na zmianie. Nazywałam się Ela. Miałam 33 lata i byłam raczej niepokorną dziewczyną: platynowy blond, odwaga, bezpośredniość – cechy przeważające w męskim otoczeniu pracy. On był inny, miał 42 lata, oczy przypominały zimowe, styczniowe niebo, a jego szerokie ramiona wydawały się zdolne rozwalić mur. I ten uśmiech… Ciepły, spokojny, nieco chłopięcy.
Na imię miał Wojtek. Mieszkał z synem i psem Roki w domu obok stacji. Syn pochodził z poprzedniego małżeństwa; żona ich opuściła. Wojtek nie pracował – żył z wynajmu czterech mieszkań, które odziedziczył po babci. Jego dni wypełniały podróże i odpoczynek.
Pewnego dnia zatrzymał samochód przy dystrybutorze i zaproponował: „Chodź ze mną, pokażę ci miasto, które pokochasz”. Potem był kolejny wyjazd do innego miasta. Piliśmy piwo w pustawych knajpach, jeździliśmy nad morze poza sezonem, zasypialiśmy przy szumie fal, włóczyliśmy się po krakowskich jarmarkach i słuchaliśmy jazzu we Wrocławiu.
Zakochałam się. Dosłownie w nim rozpłynęłam. Ja, niezależna i sceptyczna wobec formalności, już po trzech miesiącach zamieszkałam u niego. Nie składaliśmy sobie przysiąg, po prostu byliśmy razem.
Początkowo mówiłam o dziecku. Marzyłam. Wyobrażałam sobie, jak spacerujemy we trójkę: ja, on i maluch. Ale Wojtek stanowczo odmawiał. Mówił, że już „odsiadł swoje” jako ojciec i nie zamierza robić tego ponownie. Twierdził, że dzieci przeszkadzają w wolności.
„Ela, nie polecisz z brzuchem na weekend do Mediolanu, a później z wózkiem po bruku. To nie będzie życie, tylko więzienie”. Mówił to z takim spokojem i pewnością, że sama zaczęłam bać się myśli o dziecku.
Tak mijały lata. Stałam się perhydrolową służącą jego beztroskiego życia. Gotowałam, prasowałam, kupowałam ulubione batony, śmiałam się, gdy należało, a on… Coraz częściej oglądał mecze, leniwie przeglądał gazetę, mówiąc, że jestem „tą jedyną”.
Jego syn dorastał. Najpierw mnie lekceważył, potem patrzył z zainteresowaniem. A w końcu przyprowadził do domu dziewczynę – taką jak ja sprzed sześciu lat. Młoda, wyrazista, blondynka. Nocowała u nas, śmiała się z moich żartów, nazywała mnie „Elusią”.
Patrzyłam na nią i wiedziałam wszystko. Chciałam krzyknąć: „Uciekaj! Nie przegap życia jak ja! Nie rozpływaj się, nie trać swojego głosu, nie porzucaj marzeń. Możesz jeszcze wszystko zmienić!”
A ja? Już nie wierzę. Mam 39 lat. Nie mam dzieci. Rzuciłam pracę, straciłam przyjaciół, a rodzice odeszli. Zostałam tylko ja, Wojtek, Roki i zardzewiały związek, który dawno stał się nawykiem.
On nadal nie pracuje. Wciąż zbiera czynsze z mieszkań, codziennie wieczorem pije piwo. A ja wciąż stawiam przed nim talerz sałatki i czekam. Czekam na cudowne uczucie, że nie wszystko stracone. Ale to tylko samooszukiwanie się.
Czasami nocą, gdy Wojtek śpi, wychodzę na balkon i wpatruję się w gwiazdy. I wydaje mi się, że jeśli bardzo się postaram, mogę wszystko zmienić. Ale jest już za późno. Zbyt późno.



