Pamiętam wiele opowieści o kobietach, które dopuściły się zdrady, i choć staram się nie oceniać, muszę przyznać, że istnieje coś, czego szczerze nie potrafię pojąć. Nie dlatego, że uważam się za lepszą od kogokolwiek. Po prostu zdrada nigdy nie stanowiła dla mnie pokusy.
Mam trzydzieści cztery lata, od lat jestem żoną i prowadzę zupełnie zwyczajne życie. Chodzę na siłownię pięć razy w tygodniu, dbam o to, co jem i lubię troszczyć się o siebie. Noszę długie, proste włosy, przykładałam zawsze wagę do wyglądu i dobrze wiem, że jestem atrakcyjną kobietą. Ludzie często dają mi to do zrozumienia, dostrzegam to nawet w spojrzeniach, którymi mnie obdarzają.
W siłowni w Warszawie, którą zawsze rano odwiedzałam, nie brakowało mężczyzn usiłujących nawiązać rozmowę. Jedni pytali o ćwiczenia, inni rzucali ukryte pochlebstwa, a bywało, że byli całkiem bezpośredni. Podobnie było podczas wyjść z przyjaciółkami na kawę na Nowy Świat zaczepiali nas, wypytywali, czasem byli bardzo nachalni. Nigdy nie udawałam, że niczego nie zauważam. Przeciwnie, widziałam wszystko wyraźnie. Ale granicy nigdy nie przekroczyłam. Nie ze strachu, lecz z prostej niechęci.
Mój mąż, Tomasz Nowak, jest lekarzem, kardiologiem. Pracuje bardzo dużo, bywa, że wychodzi z domu, gdy jeszcze jest ciemno, a wraca, gdy my już jemy kolację w naszym mieszkaniu na Saskiej Kępie, nieraz znacznie później. Większość dni spędzam sama jestem w domu niemal przez cały dzień. Mamy córkę, Zosię, zajmuję się nią, domem, naszym codziennym życiem. Tak naprawdę, mogłabym mieć przestrzeń na robienie rzeczy, o których nikt by się nie dowiedział. Mimo to, nigdy nie przyszło mi do głowy, by wykorzystać ten czas na zdradę.
Gdy jestem sama, zapełniam swoje myśli czymś pozytywnym. Ćwiczę, czytam powieści Joanny Chmielewskiej, sprzątam, oglądam seriale, gotuję zupę, idę na spacer po Łazienkach. Nie siedzę w kącie i nie szukam braków czy pochwał z zewnątrz. Nie twierdzę, że w naszym małżeństwie panuje idyllla sprzeczamy się, mamy różnice zdań i nieraz ogarnia nas zmęczenie. Ale jedna rzecz jest najważniejsza: moja uczciwość.
Nie żyję też z lękiem i ciągłym podejrzewaniem Tomka. Wierzę mu. Znam jego sposób bycia, jego rozkład dnia, wiem, jak myśli, jaki jest. Nie przeszukuję mu telefonu, nie plotę scenariuszy w wyobraźni. To spokój wpływa na każdą chwilę. Nie szukając dróg ucieczki, nie potrzebuję otwartych drzwi przez cały czas.
Dlatego, gdy czytam historie o zdradach, nie patrzę na nie z potępieniem, lecz z autentycznym zdziwieniem dla mnie to nie jest kwestia pokusy, urody, wolnego czasu ani obcego zainteresowania. W moim wypadku to po prostu nigdy nie była żadna opcja. Nie dlatego, że nie byłabym w stanie, ale po prostu nie chcę stać się kimś takim. I z tą myślą żyję w spokoju.
A Wy, jakie macie zdanie na ten temat?



