PRZECZUCIE NIESZCZĘŚCIA
Pamiętam, jakby to było wczoraj, choć minęło już tyle lat. Tamtej nocy obudziłam się nagle i nie mogłam już zasnąć do świtu. Coś ciężkiego leżało mi na sercu, jakby jakiś zły sen, a może podświadome obawy nie dawały spokoju. W głębi duszy czułam niepokój, a po policzkach płynęły łzy, zupełnie bez powodu. Nie umiałam sobie tego wytłumaczyć, przecież wszystko układało się dobrze. Oddychało się tak ciężko, że miałam wrażenie, że na moją pierś spadł jakiś cień, zapowiadający nieszczęście.
Podeszłam wtedy do łóżeczka mojego synka, w którym spał mój mały Kubuś. Chłopiec śmiał się przez sen i śmiesznie poruszał ustami. Poprawiłam mu kołderkę, pogładziłam po główce, po czym cicho wyszłam do kuchni. Za oknem była kompletnie czarna noc.
Znowu nie możesz spać, Jadziu? dobiegł mnie głos mojego męża, Marcina.
To samo Nie rozumiem sama siebie, coś złego mnie przytłacza odpowiedziałam szeptem.
To pewnie ta cała sławetna depresja poporodowa! próbował żartować.
Ale przecież Kubusiowi już prawie pół roku, nie miałam żadnej depresji, a tu nagle
Wszystko się ułoży! Hormony, stres, to minie!
Marcinku, ja naprawdę się boję wyszeptałam, mocno się do niego przytulając.
Zobaczysz, będzie dobrze! objął mnie mocno, a ja próbowałam uwierzyć.
Minęły trzy tygodnie. Zaproszono mnie z Kubusiem do ośrodka zdrowia na kontrolę u pediatry. To rutynowy przegląd z okazji półrocza. Oddaliśmy badania krwi, odwiedziliśmy specjalistów. Telefon od pielęgniarki zaskoczył mnie.
Czy coś się stało? spytałam z niepokojem.
Jadziu, proszę nie martw się, wszystko wyjaśni lekarz usłyszałam w odpowiedzi.
W poczekalni panował tłok, a ja znów poczułam znajomą falę lęku. Gdy tylko weszłyśmy do gabinetu, trudno mi było ukryć zdenerwowanie.
Proszę usiąść, powiedziała cicho pani doktor. Jadwigo Marciniak, chciałam z panią omówić wyniki. Proszę się nie przejmować, ale konieczne są dodatkowe badania.
Co się stało? zapytałam prawie szeptem, czując, że moje najgorsze przeczucia zaraz się sprawdzą.
Kubuś ma bardzo złe wyniki, znacznie podwyższony poziom leukocytów, inne wskaźniki też niepokojące. Musicie powtórzyć badanie, najlepiej w szpitalu wojewódzkim.
W jakim szpitalu? zapytałam nieco załamanym głosem.
W Centrum Onkologii w Warszawie odpowiedziała.
Nie pamiętam drogi do domu. Marcin już na mnie czekał, wpół drogi przerwał pracę, bo odebrał moją wiadomość. Bałam się spojrzeć mu w oczy.
Jadziu, co się stało?
Płakałam, nie mogąc powstrzymać łez:
Wysyłają nas na badania do onkocentrum szepnęłam bez nadziei w głosie.
Może to tylko badania? Może wszystko będzie dobrze? próbował przytulić, dodać otuchy.
Nie, badaniami się nie skończy przeczuwałam to. Od dawna czułam, że zbliża się coś niedobrego.
Przytuliłam mocno synka i płakałam. Kubuś spał, nieświadomy tego, co się dzieje. Po kilku dniach w szpitalu wszystko się wyjaśniło.
Ostra białaczka oznajmił starszy lekarz, śledząc jeszcze raz badania musimy natychmiast zacząć leczenie.
Płakałam. Nie mogłam się z tym pogodzić. W czasie chemioterapii trzymali mnie z dala od sali, gdzie leczono Kubusia. Leżał sam na OIOM-ie, ja siedziałam pod drzwiami, błagałam, by mnie wpuścili.
Proszę iść do domu nalegała pielęgniarka. Dziś nie pozwolą pani wejść
Ja nie mogę wrócić bez niego!
Z Marcinem byliśmy małżeństwem od ośmiu lat. Przez długi czas nie mogliśmy mieć dziecka oboje zdrowi, a jednak nic… Dopiero w ósmym roku wspólnego życia przyszła wyczekiwana ciąża. Był to najszczęśliwszy i zarazem najbardziej niepewny czas: Marcin nosił mnie dosłownie na rękach, zakazywał dźwigać choćby szklanki wody. Ostatni miesiąc ciąży spędziłam w szpitalu z powodu zagrożenia przedwczesnym porodem. Po pół roku temu urodził się nasz ukochany synek. Nazwaliśmy go Jakub, po moim teściu, który kilka lat temu zginął w wypadku.
Jadziu, nie dawaj mu imienia po zmarłych! Źle wróży! upominała babcia.
Babciu, to tylko przesądy! odparłam wtedy szczęśliwa. Nie chciałam słyszeć złych przepowiedni.
Pamiętam, jak siedziałam przy łóżeczku Kubusia w sterylnej sali. Chłopczyk bardzo schudł, jego buzia zrobiła się blada, pod oczami pojawiły się sińce. Wpuszczono mnie do sali dopiero, gdy wymogłam to na ordynatorze. On twierdził, że nie mogę narażać syna na zakażenie, jego odporność była zerowa. Ale ja już nie mogłam wytrzymać z dala od niego, stojąc pod drzwiami jak widmo. Teraz patrzyłam na śpiącego synka, wpatrywałam się w niego, jakby chciała napatrzeć się na zawsze.
Takich operacji u nas się nie przeprowadza oświadczył następnego dnia profesor Sobczak, dyrektor szpitala.
Gdzie są takie możliwości? spytałam z determinacją.
W Niemczech, tam mogą uratować twojego syna. Ale to bardzo dużo kosztuje.
Znajdziemy pieniądze. Proszę tylko wypisać całą dokumentację.
Wysłaliśmy wszystko do kliniki w Berlinie, specjalizującej się w leczeniu białaczek. Odpowiedź przyszła szybko: byli gotowi podjąć się operacji, ale koszt ponad 1 400 000 złotych.
Jadziu, nawet jeśli sprzedamy mieszkanie i samochód, to i tak to za mało! mówił Marcin, już dałem ogłoszenie, ale to potrwa.
Nie mamy czasu, nie więcej niż dwa miesiące płakałam. Coś musimy wymyślić.
Wspólna zbiórka ruszyła: w pracy, fundacji, wśród znajomych, w parafii, dołożył się także urząd miasta, część przynieśli wolontariusze. Uzbieraliśmy trochę ponad połowę potrzebnej sumy. A czas naglił, nie można było zwlekać.
Jadziu, jedźcie. Co jeszcze zdołam zebrać, będę przesyłał mówił mąż. Może ktoś kupi mieszkanie!
Cała okolica żyła naszym problemem, ale taka kwota była nieosiągalna. W końcu, z dokumentami w ręku, polecieliśmy z Kubusiem do Berlina. Wiedziałam, że nie mam wszystkiego i nagle przestałam o tym myśleć, pozostawało mieć nadzieję na cud. Za miesiąc Kubuś miał skończyć rok.
W sąsiedniej sali leżała inna kobieta z synem, 3-letnim Stasiem. Okazało się, że pochodzimy z okolicznych miast. Agnieszce udało się zebrać pieniądze dzięki pomocy ludzi dobrej woli, ale jej synek miał bardziej złożoną odmianę białaczki, leczenie co chwila przekładano, choroba postępowała.
Jadzia, nie rozpaczaj! pocieszała mnie Agnieszka. Zabierzesz jeszcze Kubusia do cyrku, do zoo My ze Stasiem w zeszłym roku byliśmy, całe pół godziny obserwował niedźwiedzie. Nie wiedziałam jeszcze, że jest taki chory. Tam pierwszy raz poleciała mu krew z nosa. Przestraszyłam się, potem było coraz gorzej Dopiero później poszliśmy do szpitala. Już trzecie stadium. Jak mogłam tego wcześniej nie widzieć?
Agnieszko, nie płacz, wszystko się ułoży. Odwiedzimy kiedyś zoo razem z chłopcami! obiecałam ją pocieszać.
Widziałam, że coś jest nie tak! Staś chudł, był smutny, nie jadł, miał biegunki Cezułam w kościach. To moja wina! Mama też mówiła coś nie gra! Nie chciałam wierzyć! płakała Agnieszka. Jedyne, co mogłam wtedy zrobić, to objąć ją w milczeniu.
Po kilku dniach Staś nagle się pogorszył. Zabrali go na OIOM, Agnieszki nie wpuszczono. Siedziała pod drzwiami, łzy ciekły jej po twarzy.
Agnieszko, chodź odpoczniesz prosiłam.
Muszę być tu, Staś to czuje! Wtedy jest mu łatwiej, wie, że jestem!
On wie, że zawsze jesteś blisko, chodź!
Ale Agnieszka nie opuściła posterunku. Pielęgniarka dała jej zastrzyk na uspokojenie. Przestała płakać, patrzyła przed siebie pustym wzrokiem, czekając na cud.
Wieczorem zadzwonił Marcin.
Jadziu, przesłałem prawie 100 tysięcy, więcej nie mamy. Mieszkanie oglądała dziś młoda para, powiedzieli, że dadzą znać w ciągu kilku dni.
Dobrze… odpowiedziałam cicho, lecz nie zdążyłam dokończyć.
Z korytarza dobiegł nagły krzyk rozpaczy. Telefon wypadł mi z rąk. Kubuś się obudził i zapłakał. Pogłaskałam go, ziewnął i zasnął znów. Gdy położyłam go do łóżeczka, wybiegłam na korytarz już wiedziałam, co się stało, choć nie chciałam uwierzyć. Na podłodze pod drzwiami OIOM-u leżała na kolanach Agnieszka i płakała tak, jakby pękło jej serce. Krzątały się pielęgniarki, próbowały ją podnieść. Nigdy dotąd nie widziałam w czyichś oczach takiego bólu. Zrozumiałam wszystko.
Agnieszko, musisz być silna szlochałam, obejmując ją. Musisz żyć dla syna!
Po co?! Staś nie żyje! To moja wina! Jak z tym żyć?! krzyczała w rozpaczy.
Pomogłam jej, by pielęgniarki mogły dać kolejny zastrzyk na uspokojenie. Cicho odprowadziłam ją do sali. Dyżurna lekarka rzuciła:
Niech odpocznie. Jeszcze będzie czas na żałobę.
Nie spałam tej nocy. Patrzyłam na śpiącego Kubusia, każdą chwilę pragnąc zatrzymać na zawsze…
Następnego dnia, po południu, przyszła do mnie Agnieszka. Nie płakała już postarzała się przez noc o dziesięć lat, w jej oczach była pustka. Długo stałyśmy objęte w milczeniu.
Jadzia, miejcie z Kubusiem dużo sił. Macie szansę nie zmarnuj jej! Ja muszę teraz zadbać o Stasia. Najpierw pogrzeb, potem dziewięć dni, czterdzieści Postawię mu pomnik, a potem otarła łzy. Przeczytasz, kiedy odejdę… nie umiem tego powiedzieć, za dużo bólu oddała mi kopertę.
Dobrze szepnęłam.
Kubuś przebywał wtedy na badaniach. Spojrzałam do koperty.
Droga Jadziu! drżały literki na kartce, Chcę bardzo, by twój Kubuś żył. Niech żyje za mojego Stasia niech dorasta, uczy się, cieszy dniem, gra w piłkę i jeździ na sankach. Zabierz go do naszego zoo, przekaż pozdrowienia wielkiemu czarnemu niedźwiedziowi! W kopercie jest pieniądze na operację. Staś już ich nie potrzebuje, niech pomogą Kubusiowi!
Płakałam, tym razem ze szczęścia i bólu. Operacja mogła się odbyć, choć koszt jej był straszny i nie chodziło tu o złotówki.
Marcinie, nie sprzedawaj mieszkania! powiedziałam przez telefon następnego dnia. Musimy gdzieś wrócić z Kubusiem!
A jak pieniądze?
Już są Wszystko będzie dobrze!
Pierwszy raz od trzech miesięcy usłyszałam w jego głosie radość. Wiedział, że teraz nam się uda.
Operację przeprowadzono w dniu pierwszych urodzin Kubusia. Dzień i noc czekałam pod salą reanimacji jak kiedyś Agnieszka. Tym razem lekarze byli dobrej myśli. Po tygodniu pozwolili mi zobaczyć synka, potem razem spędzaliśmy coraz więcej czasu. Przez miesiąc trwała kwarantanna, potem długie miesiące rehabilitacji ale to już były drobiazgi. Najważniejsze, że operacja powiodła się. Kubuś powoli wracał do sił, zaczynał bawić się zabawkami, jeść coraz więcej, uśmiechał się. Gdy pierwszy raz powiedział mama, znów się popłakałam. Stał się cud.
Miś! pokazywał Kubuś paluszkiem na potężnego, czarnego zwierza w klatce.
Nie miś, tylko niedźwiedź! poprawiałam go ze śmiechem.
Wybraliśmy się do miejskiego zoo, do tego samego, w którym Staś tak podziwiał niedźwiedzia.
Przekazuję ci pozdrowienia od Stasia szepnęłam do zwierzęcia.
Kubuś biegał, śmiał się, jadł lody i jeździł na barana u ojca, przypatrując się zwierzętom. Teraz jego życie było pełne radości, a szpital został daleko w tyle. Tylko czasem, gdy budziłam się w nocy, cicho podchodziłam do łóżeczka syna, by wsłuchać się w spokojny oddech. Strach powoli odchodził, a przed nami była cała przyszłość nasze życie, już nie tylko dla siebie, ale też za tego chłopca, który podarował Kubusiowi nową nadzieję.



