Przeczucie nieszczęścia Julka budzi się nocą z ciężarem na sercu, dręczona lękiem, którego nie potrafi zrozumieć. Spokojny sen jej półrocznego synka, Jasia, nie przynosi ukojenia. Mąż, Andrzej, próbuje dodać jej otuchy, tłumacząc niepokój zmęczeniem i emocjami. Wkrótce jednak świat Julki rozsypuje się na kawałki – złe wyniki badań krwi Jasia kierują ich do Instytutu Hematologii w Warszawie. Diagnoza – ostra białaczka, konieczna natychmiastowa terapia. Szok, długie dni nadziei i strachu, walka o każdą godzinę przy łóżku syna – a potem dramatyczna decyzja o leczeniu za granicą, w izraelskiej klinice. Cała rodzina, sąsiedzi, lokalna fundacja i administracja mobilizują się, by zebrać ogromną sumę na przeszczep. Połowa środków nadal jednak brakuje, czas się kończy. W Tel Awiwie Julka poznaje Kasię – inną mamę z Polski, która już straciła synka w tej samej walce. Kasia zostawia Julce pieniądze ze zbiórki na nieudaną operację i list pełen nadziei. Dzięki ofiarności obcych ludzi Jaś dostaje nową szansę, a Julka uczy się, jak żyć nie tylko dla swojego dziecka, ale i dla wszystkich, którzy wierzą w cud.

PRZECZUCIE NIESZCZĘŚCIA

Julka obudziła się w środku nocy i nie mogła już zasnąć aż do rana. Coś jej się śniło, może koszmar, a może to po prostu niepokój nie dawał jej spokoju. Serce ją ściskało tak mocno, że łzy kapały same z oczu, bez wyraźnego powodu. Ciężko jej było oddychać, a nadciągająca fala strachu zwiastowała nieszczęście.

Cichutko podeszła do łóżeczka, w którym spał jej mały synek. Franek śmiał się we śnie i zabawnie cmokał ustami. Julka poprawiła mu kołderkę i wyszła do kuchni. Za oknem była ciemność taka, że nawet Warszawa, zwykle jasna, wyglądałaby jak środek Bieszczad.

Julka, znowu nie możesz spać? usłyszała za sobą głos męża, Andrzeja.

Znowu to samo! Nie rozumiem, Andrzejku, co się ze mną dzieje odparła szeptem.

Może to ta mityczna depresja poporodowa? próbował żartować mąż.

Eee tam, Franek ma już prawie pół roku! Żadnej depresji nie miałam, a nagle coś mnie złapało?

Kobieto! Hormony, nerwy, wiadomo Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze!

A jednak się boję, Andrzej wyszeptała Julka tuląc się do niego.

Będzie dobrze odpowiedział, obejmując żonę mocno.

Trzy tygodnie później Julka dostała zaproszenie na wizytę u pediatry przychodni dzielnicowej na Mokotowie. Franek kończył pół roku, więc był to standardowy przegląd i milion badań, które lubią lekarze. Wyniki oddali, wszystko elegancko, aż tu nagle dzwoni pielęgniarka.

Czy coś się stało? spytała Julka, a nogi miała już jak z waty.

Julciu, proszę się nie martwić, pani doktor wszystko wyjaśni! usłyszała w słuchawce.

W poczekalni kłębił się tłum, a Julce znów wrócił niepokój. Kiedy wreszcie weszli z Frankiem do gabinetu, nogi jej drżały.

Proszę usiąść powiedziała cicho lekarka. Julio Andrzejewna, muszę z panią porozmawiać. Ale proszę się nie denerwować, potrzeba po prostu kolejnych badań.

Ale… co się dzieje?! wydusiła Julka. Już wiedziała, że jej złe przeczucia niestety nie były bez powodu.

Franio ma złe wyniki. Leukocyty są bardzo podwyższone, inne wskaźniki też niepokoją. Trzeba powtórzyć badania krwi w specjalistycznym ośrodku.

Ale gdzie? zapytała ledwie słyszalnym głosem Julka.

W Instytucie Hematologii i Onkologii Dziecięcej w Warszawie wyjaśniła doktor.

Jak Julka wróciła do domu nawet nie pamiętała. Andrzej już tam na nią czekał, bo po jej SMS-ie, od razu zwolnił się z pracy.

Julka, co się stało?! zapytał z przerażeniem.

Po policzkach Julki płynęły łzy, których zdawała się nie zauważać.

Odesłano nas na badania do onkologa wyszeptała zrozpaczona.

Ale może to nic poważnego! próbował ją uspokoić Andrzej.

To nie są zwykłe badania, ja ja to czułam! Od samego początku czułam, tylko nie wiedziałam, z której strony przyjdzie nieszczęście.

Julka mocno przytuliła synka i zaniosła się cichym płaczem. Franek wiercił się przez sen nie miał pojęcia, co się dzieje wokół niego.

Ostra białaczka wypowiedziała poważnym głosem starsza pani doktor, przeglądając wyniki Trzeba natychmiast zaczynać leczenie.

Julka ryczała. Nie potrafiła się z tym pogodzić. Chemię Frankowi podawano bez niej dzieciak leżał na OIOM-ie, a ona siedziała pod drzwiami, słysząc tylko brzęk szpitalnych wózków.

Proszę iść do domu! namawiała ją pielęgniarka po dyżurze I tak dzisiaj pani nie wpuszczą do dziecka!

Nie mogę! Co ja mam ze sobą zrobić bez niego?!

Julka i Andrzej są już osiem lat po ślubie. Długo się starali o dziecko, setki badań, konsultacji, a lekarze rozkładali ręce nic nie wykryli. Dopiero po ośmiu latach doczekali się synka. Najszczęśliwsze, a zarazem najbardziej nerwowe miesiące w życiu Julki Andrzej nosił ją niemal na rękach i nie pozwalał nawet podnosić czajnika z wodą. Ostatni miesiąc leżała w szpitalu, bo lekarz obawiał się przedwczesnego porodu. Pół roku temu nareszcie urodził się Franio wyczekany skarb. Dali mu na imię po zmarłym tragicznie ojcu Andrzeja.

Julcia, nie można nazywać dziecka po kimś, kto zginął tragicznie! upierała się babcia, kiedy usłyszała ich wybór.

Babciu, to przesądy! machnęła ręką Julka, szczęśliwa i nie zamierzająca pozwolić, by cokolwiek przyćmiło jej radość.

…Julka siedziała przy łóżeczku Franka. Malec przez ten miesiąc chudł i wyglądał coraz gorzej. Jego policzki zbladły, pod oczami pojawiły się sińce. Julka nawet nie wycierała łez, tylko pozwalała im spływać po twarzy. Do sterylnej izolatki wpuścili ją dopiero po ostrej awanturze z ordynatorem obawiał się, że narazi Franka na infekcje, bo chłopiec nie miał w ogóle odporności. Jednak matka już nie potrafiła być z dala od dziecka stała i wyła, opierając się o ścianę OIOM-u. W końcu pozwolono jej być przy Franku. Chłopczyk spał spokojnie, a Julka chłonęła każdy jego oddech wzrokiem.

Takich operacji u nas nie wykonujemy powiedział po badaniach ordynator, doktor Sobczak.

Gdzie robią? zapytała, gotowa jechać choćby na koniec świata.

Tylko w Niemczech, pani Julio. Tam mogą uratować państwa syna, ale to bardzo, bardzo drogie.

Znajdziemy pieniądze. Proszę tylko przygotować potrzebne papiery.

Dokumenty powędrowały do berlińskiej kliniki specjalizującej się w leczeniu białaczek. Szybko przyszła odpowiedź: przyjmą Franka, jednak koszt to ponad 1 200 000 złotych.

Julka, nawet jak sprzedamy mieszkanie i auto, nie uzbieramy nawet ćwiartki! załamywał ręce Andrzej Dałem już ogłoszenia, ale to nie takie proste…

Zostały nam dwa miesiące! rozpaczała Julka Musimy coś wymyślić.

Pieniądze zbierali wszyscy: w pracy Julki i Andrzeja, przez lokalny fundusz dobroczynny, w sklepach, u znajomych i nieznajomych. Część dorzucił urząd gminy, część przekazali wolontariusze. Uzbierali ponad połowę kwoty. Czas mijał, operacji nie można było już odwlekać.

Julka, wy jedźcie już, co się jeszcze uda zebrać, będę Wam przelewał! Może w końcu znajdzie się kupiec na mieszkanie! przekonywał Andrzej.

Cała okolica im kibicowała, ale takiej sumy nie było w stanie zebrać żadne polskie miasteczko.

Po dopełnieniu papierologii Julka z synem polecieli do Niemiec. Kasy nadal za mało ale Franka zaczęto przygotowywać do operacji. O pieniądzach Julka nie myślała liczyła na cud. Franio miał za miesiąc skończyć rok.

W sąsiedniej sali leżała również mama z chłopczykiem Antkiem, który miał trzy latka. Okazało się, że pochodzą z miasteczka obok! Edycie się powiodło zebrali na leczenie. Ale u nich sytuacja była gorsza: białaczkę u Antka wykryto bardzo późno, leczenie nie działało, operacja była ciągle przekładana, bo nie mogli zahamować choroby.

Nie becz, Julka! pocieszała ją Edyta Jeszcze z Frankiem pójdziesz do cyrku, do zoo! My z Antkiem byliśmy w zeszłym roku, bardzo mu się spodobały niedźwiedzie pół godziny nad nimi siedział! Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że jest chory Wtedy mu pierwszy raz poleciała z nosa krew i nie mogłam zatrzymać. Potem kilka razy Dopiero poszliśmy do szpitala, a to już trzecia faza. Jak ja tego wcześniej nie zauważyłam!

Edytko, nie płacz. Z dziećmi jeszcze tam pójdziemy razem! teraz to Julka próbowała pokrzepić koleżankę.

Widziałam, że coś się dzieje! Antek schudł, był blady, nie chciał jeść, ciągle miał biegunki! Powinnam od razu reagować! To moja wina! I jeszcze mama mówiła, że coś jest nie tak! Ale nie chciałam w to wierzyć! rozpaczała Edyta, a Julka nie wiedziała już, jak pocieszyć przyjaciółkę po przejściach na takie słowa żadna matka nie znajdzie odpowiedzi

Kilka dni później Antkowi się pogorszyło. Zabrali go na OIOM, Edyty nie wpuszczali nawet na chwilę. Siedziała pod drzwiami i płakała.

Edytko, chodź, choć się połóż prosiła ją Julka.

Muszę tu być! Antek mnie czuje! Wtedy mu lżej wie, że mama czuwa! uparcie odpowiadała.

On i tak wie, że jesteś blisko, czujesz to. Chodź na chwilę.

Ale Edyta nie ustąpiła. Pielęgniarka dała jej zastrzyk uspokajający: wtedy już nie płakała, patrzyła tylko pustym wzrokiem. Czekała. Liczyła na cud.

Wieczorem zadzwonił Andrzej.

Julka, przelałem 20 tysięcy powiedział Na razie więcej nie mam. Przyszła młoda para oglądać mieszkanie, obniżyłem cenę, powiedzieli, że się zastanowią.

Dobrze wyszeptała, – a Ty…

Nagle z korytarza rozległ się desperacki krzyk. Telefon wypadł jej z rąk. Franek się obudził i zaczął płakać. Julka pogłaskała go czule po główce, synek zaraz zasnął. Odłożyła go do łóżeczka i wybiegła na korytarz. Już wiedziała, co się stało, choć nie chciała tego przyjąć do wiadomości. Edyta leżała na podłodze pod drzwiami OIOM-u, zanosząc się od płaczu. Pielęgniarki uwijały się koło niej, próbowały ją uspokoić, podać coś do wypicia, chciały postawić zastrzyk. Edyta krzyczała; w jej oczach Julka zobaczyła taką rozpacz, jakiej dotąd nie widziała. Wszystko było jasne.

Edytko, trzymaj się płakała Julka, obejmując ją musisz żyć dalej, choćby dla Antka!

Po co mam żyć? Antek zmarł, to moja wina! Jak ja z tym teraz będę żyć?! rozpaczała Edyta.

Julka została przy niej, aż dali jej zastrzyk. Zaprowadziła ją półprzytomną do sali.

Niech odpocznie westchnął pediatra na dyżurze Jeszcze będzie miała czas na łzy

Tę noc Julka przesiedziała przy Franku, bojąc się zamknąć oczy choć na sekundę. Chciała mu się napatrzeć na zapas.

Następnego dnia przyszła Edyta. Już nie płakała. Przez noc jakby zestarzała się dziesięć lat, a jej spojrzenie było puste. Długo się z Julią przytulały.

Niech wam się wszystko ułoży! szepnęła Edyta na odchodne macie szansę, wykorzystajcie ją! Ja teraz muszę zająć się synkiem: pogrzeb, potem 9 dni, 40 Postawię pomnik, a potem otarła łzy Przeczytaj, gdy odejdę, nie jestem w stanie powiedzieć wszystkiego! i podała przyjaciółce zaklejony kopertę.

Dobrze wyszeptała Julka.

Po wyjściu Edyty było jej jeszcze smutniej. Franio został zabrany na kolejne zabiegi. Julka otworzyła kopertę:

Kochana Julka! napisała roztrzęsioną ręką Edyta Bardzo chcę, by Franio żył. Niech żyje za mojego Antka: rośnie, dojrzewa, uczy się Niech cieszy się każdym dniem, kopie piłkę, jeździ na sankach. A jak będziecie w naszym zoo, przekażcie pozdrowienia dużemu czarnemu niedźwiedziowi! Łzy zasłaniały Julce litery i musiała je otrzeć. Macie szansę na życie. W kopercie są pieniądze na operację. Antkowi już nie będą potrzebne, niech pomogą Frankowi.

Julka płakała. Z jednej strony łzy szczęścia bo miała za co operować synka. Ale przede wszystkim płakała za wysoką cenę tych pieniędzy

Andrzej, nie sprzedawaj mieszkania! powiedziała do męża przez telefon następnego dnia Musimy mieć gdzie wracać z Frankiem!

A pieniądze? spytał zdziwiony.

Już są. Wszystko będzie dobrze!

Andrzej wreszcie się uśmiechnął po raz pierwszy od wielu tygodni. Usłyszał w głosie żony coś, co pozwoliło mu uwierzyć: będzie dobrze.

Operację zrobiono dzień po pierwszych urodzinach Franka. Julka, jak wcześniej Edyta, spała pod drzwiami OIOM-u. Jednak tym razem rokowania były dobre. Po pewnym czasie mogła już odwiedzać synka, potem przenieśli ich do wspólnej sali. Czekał ich miesiąc kwarantanny i jeszcze parę miesięcy rehabilitacji, ale to już były szczegóły, bo operacja się udała. Wszystko szło ku lepszemu.

Franio powoli zaczął wracać do sił: interesował się zabawkami, jadł, uśmiechał się coraz częściej. Kiedy pierwszy raz powiedział coś w stylu mama, Julka znów się poryczała jak bóbr. Stał się cud.

Miś! pokazywał Franek paluszkiem na wielkie czarne zwierzę w klatce.

Nie miś, tylko niedźwiedź! poprawiła go ze śmiechem Julka.

Przyjechali do miejskiego zoo, tego samego, gdzie kiedyś Antoś zachwycał się niedźwiedziami.

Dzień dobry, niedźwiedziu, pozdrowienia od Antosia! powiedziała cicho Julka do zwierzaka.

Franek biegał szczęśliwy, jadł lody, a Andrzej nosił go na barana. Szpital został daleko za nimi. Czasem tylko, gdy w nocy Julka budziła się z niepokojem, szła do łóżeczka synka i nasłuchiwała, czy oddycha spokojnie. Niepokój ustępował. Przed nimi była cała przyszłość za siebie i za tego chłopca, któremu życie Franka tak wiele zawdzięczało.

Rate article
Fajna Tajna
Przeczucie nieszczęścia Julka budzi się nocą z ciężarem na sercu, dręczona lękiem, którego nie potrafi zrozumieć. Spokojny sen jej półrocznego synka, Jasia, nie przynosi ukojenia. Mąż, Andrzej, próbuje dodać jej otuchy, tłumacząc niepokój zmęczeniem i emocjami. Wkrótce jednak świat Julki rozsypuje się na kawałki – złe wyniki badań krwi Jasia kierują ich do Instytutu Hematologii w Warszawie. Diagnoza – ostra białaczka, konieczna natychmiastowa terapia. Szok, długie dni nadziei i strachu, walka o każdą godzinę przy łóżku syna – a potem dramatyczna decyzja o leczeniu za granicą, w izraelskiej klinice. Cała rodzina, sąsiedzi, lokalna fundacja i administracja mobilizują się, by zebrać ogromną sumę na przeszczep. Połowa środków nadal jednak brakuje, czas się kończy. W Tel Awiwie Julka poznaje Kasię – inną mamę z Polski, która już straciła synka w tej samej walce. Kasia zostawia Julce pieniądze ze zbiórki na nieudaną operację i list pełen nadziei. Dzięki ofiarności obcych ludzi Jaś dostaje nową szansę, a Julka uczy się, jak żyć nie tylko dla swojego dziecka, ale i dla wszystkich, którzy wierzą w cud.