— Przecież nigdy mnie nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, kiedy zachorowałem… — Nie zostawię! – odpowiedziała Marta, obejmując Igora. – Jesteś najlepszym mężczyzną! Nigdy cię nie zostawię… Igor nie mógł uwierzyć, że to prawda. Miał kiepski nastrój… Marta przeżyła jako żona dwadzieścia pięć lat i przez cały ten czas wciąż podobała się mężczyznom. Nawet jako bardzo młoda dziewczyna była rozchwytywana. A co tam młodość! Jeszcze w podstawówce niemal wszyscy chłopcy ganiali właśnie za Martą. A przecież urodą wcale się nie wyróżniała. Nie rozwiodła się ze swoim mężem, choć był dość trudną osobą. Nie, Marta była z Wiktorem aż do jego śmierci. Wychowali córkę, wydali ją za mąż. Zięć zabrał Darię do Włoch, teraz przysyłali piękne zdjęcia i zapraszali do siebie. Ale z Wiktorem nie zdążyli już pojechać… Może Marta jeszcze kiedyś odwiedzi Darię. Wiktora już nie ma. Mąż Marty zginął w wypadku samochodowym. Tak głupio… potem jej powiedzieli, że prawdopodobnie zasłabł za kierownicą. Chwyciło go serce, spanikował, nie opanował samochodu. — Może stracił przytomność? – domyślała się Marta. — Tego już się nie dowiemy – westchnęła jej przyjaciółka, lekarka. – Przyczyna: rozległe obrażenia, nie do przeżycia. Marta była w szoku. Przyjaciółka Ola pomagała jej wszystko zorganizować. To ona zdobyła wszystkie szczegóły przez swoje znajomości. Wiktora pochowano, a Marta została sama w dużym domu, który budowali razem przez całe życie. Dla dwojga czy na gości dom był w sam raz. Dla jednej osoby… dla kobiety – za duży, przytłaczający. Dom to dom. Męska ręka jest w nim potrzebna… Daria przyjechała na pogrzeb ojca. Zaczęła rozmowę o sprzedaniu domu, kupnie mieszkania i ewentualnej przeprowadzce Marty do Włoch. — O nie! – wykrzyknęła Marta. – Nie po to budowałam ten dom, żeby go teraz sprzedawać. I do waszych Włoch nie chcę. Widziałam już te Włochy… — Mamo! — Ty ciemna jesteś, Darinka! – uśmiechnęła się Marta przez łzy. – Żartuję tylko. — To skoro żartujesz, to może nie jest tak źle. Wszystko było nieoczywiste. Tak samo, jak sam zmarły. Z jednej strony Wiktor był troskliwym i kochającym mężem. Z drugiej – człowiekiem humoru. Bywało, że w złym nastroju potrafił wyczerpać Marcie nerwy do ostatka. Potem żałował, przepraszał, a Marta była wyrozumiała – nie drążyła takich spraw. Tak żyli. Dwadzieścia pięć lat! Idzie oszaleć… Daria pobyła i wróciła – jej mąż dużo pracował, dziewczyna śpieszyła się, by zająć się własnym domem. Marta została sama. Znała siebie i wiedziała – to nie potrwa długo. I rzeczywiście. Posmutniała przez pół roku, potem otarła łzy i zobaczyła, że wokół zebrała się już mała grupa adoratorów. Nawet mama Marty kiedyś się dziwiła tej ogromnej popularności córki. — Co oni w tobie widzą? Rzędami padają! Przecież nie jesteś pięknością, chyba czegoś nie kumam. — Dobra jesteś, mamo. – Uśmiechała się Marta, malując usta. – Uroda się nie liczy. Ważne, żeby kobieta miała urok i charyzmę. Z tym czymś. — Idź już, rusałko – śmiała się mama. – Bo ci narzeczony zmęczy się i pójdzie. — Przyjdzie inny – Marta wzruszała ramionami. Od tamtej rozmowy z mamą minęło prawie trzydzieści lat, a nic się nie zmieniło. Kobiety wciąż narzekają, że nie ma wolnych facetów, po czterdziestce nie ma za kogo wyjść za mąż. Marta tego nie rozumiała. Ona i w wieku czterdziestu sześciu lat miała dwóch zalotników, obaj porządni. Marta czuła miękką chęć do Mirosława. Bardzo jej się podobał – i z urody, i w rozmowie. Przystojny, kulturalny. Można z nim pogadać i wśród ludzi nie wstyd. Ale Mirek był mistrzem tylko w rozmowie. Marta, jak to się mówi, uszami go pokochała, ale z wiekiem i doświadczeniem rozumiała – ten człowiek nie nadaje się do życia. Nie do jej dużego domu. Drugi narzeczony, Igor, był prostym, solidnym facetem. Na imprezie potrafił wypić sporo, ale wszystko mu się w rękach układało i wszystko robił. Prawdziwy człowiek ze złotymi rękami, spokojny charakter, ale z charakterem. Z żoną taki facet potrafi być cichy i łagodny jak szczeniak, ale jak trzeba, góry przeniesie. Jednak Igor podobał się Marcie mniej – taka tam kobieca logika. Nie mówił pięknych słów. Trzeźwy Igor był raczej milczący. Dopiero po kieliszku potrafił opowiedzieć zabawną historię, anegdotę, czy rozkręcić towarzystwo. Pić, rzeczywiście, potrafił sporo, ale następnego dnia był już na nogach. Oblewał się zimną wodą i znów żył pełną parą. Mało się odzywał, ale był konkretny. To właśnie jego wybrała Marta. Mirek się obraził, że jego piękne przemowy na nic, i się ulotnił. Marta poślubiła Igora, przez co ten był w siódmym niebie. Na weselu wypił za dużo, śpiewał i tańczył do upadłego. — Niezłe masz tempo – śmiała się Ola. – Rok ledwo minął od śmierci Wiktora, a ty już wychodzisz za mąż. Nic się nie zmienia! Dziewczyny za dnia z latarką nie mogą znaleźć faceta, a tobie wystarczy wyjść z domu. — Jeszcze powiedz: „Co oni w tobie widzą? Przecież nie jesteś piękna!” — Daj spokój, nie będę tego mówić. Ale zawsze byłaś podejrzanie popularna, to fakt. — Nie wiem, Olka, co oni we mnie widzą. Pogadaj lepiej z moją matką. Marta puściła oczko przyjaciółce i poszła tańczyć z mężem – właśnie po nią przyszedł, zaprosił do tańca. Tańczyła i rozganiała ostatnie wątpliwości. No i co z tego, że Igor to prostaczek? Za to jaki silny. Złota rączka. I nawet wygląda całkiem dobrze. A że większość czasu milczy, może to i dobrze. Gdyby wybrała Mirka, to co? Z samych pięknych słów nie ma chleba. W ciągu kilku miesięcy Igor zamienił działkę Marty w bajkowy ogród. Wyrwał zbędne drzewa. Wyrównał ziemię. Zrobił kwiatowe rabatki, postawił altankę. Także w domu czuć było mocną, męską rękę. Nie, Marta na pewno dobrze wybrała męża. Zupełnie dobrze. A przy tym Igor zarabiał. Starał się sprawiać Marcie przyjemność prezentami. Porównała krótki okres drugiego małżeństwa z dwudziestoma pięcioma latami pierwszego i naprawdę żałowała, że nie poznała Igora wcześniej. Złoty chłop! W ciepłym sezonie wieczorami grillowali w altanie i jedli przy drewnianym stole, który Igor tam ustawił. Marta, najedzona, mrużyła oczy jak kot. Igor uśmiechał się do niej. — Co tam, Igorze? — Nic. Cieszę się. Jego pierwsza żona była marudą. Już nie wierzył, że spotka tak wspaniałą kobietę. Cieszyli się rodzinnym szczęściem cztery lata, aż nagle Igor zaczął czuć się… nie najlepiej. Szybko się męczył. Chudł bez powodu. A jak napił się – a lubił, czasem – to już w ogóle czuł się źle. — Igorze, trzeba iść do lekarza! – martwiła się Marta. – Na co czekasz? Przecież coś jest nie tak. — Przestań, Marto! Samo przejdzie. — Co za średniowiecze? A jeśli nie przejdzie? Co, jak większość facetów, boisz się lekarzy? — Nie. Igor nie chciał powiedzieć, czego się boi. A bał się tylko jednego. Że jeśli poważnie zachoruje, Marta go zostawi. Nie będzie chciała żyć z chorym mężem. Nie był głupi. Wiedział, że Marta wyszła za niego (historia dla portalu Nasze Słowo) raczej z rozsądku niż z wielkiej miłości. Ale on ją pokochał! Na przekór wszystkim. W sklepie zobaczył zagubioną kobietę, szukającą portfela w torebce, i od razu się zakochał. Wzruszająca była ta jej nieporadność. Od razu chciał podejść, wziąć ją za rękę i bronić całe życie. Chociaż mama Igora tylko dziwnie powiedziała, widząc wybrankę: — Tobie żyć, synku, ale co ty w niej widzisz, nie pojmuję. Ani to piękna, ani młoda. Ty jeszcze przystojny chłop! Za ciebie każda młoda poszłaby w ciemno! Igor nikogo innego nie chciał, tylko Martę. Ale teraz, jeśli naprawdę jest chory, czy będzie jej potrzebny? Nie udało się Marcie namówić go do lekarza. Była sobota, w gościach Ola z mężem, Borysem. Igor z Borysem pili, robili grilla. W kuchni Ola, krojąc sałatkę, zagadnęła Martę: — Igor coś chorowity ostatnio? — Sama nie wiem! – wybuchnęła Marta. – Błagam go, żeby poszedł do lekarza. Nic z tego! Jesteś lekarką. Powiedz, jest chory? — No… gorzej wygląda. Schudł. Skóra ma żółtawy odcień. — O, Jezu! Ola, nakłoń go do lekarza! Może ciebie posłucha. Bardzo cię proszę! Ola przyjrzała się jej uważnie. — Marto… ty go kochasz? Pamiętam twoje wahania… Marta przygryzła wargę i nie odpowiedziała. Ola nie zdążyła go przekonać – Igor zemdlał podczas obiadowania. Wezwali karetkę. Marta pojechała z nim. Nie odzyskał przytomności. Trzymała go za rękę, modliła się. Zoperowano go natychmiast. — Guz wątroby. — Rak?! – przeraziła się Marta. — Czekamy na wyniki badań. Guz okazał się łagodny, ale dosyć duży, gdy Igor trafił na stół operacyjny. Lekarze zabronili Igorowi prawie wszystkiego i ostrzegli, że rekonwalescencja będzie długa. I nie wiadomo, czy uda się jak dawniej. W końcu wiek już ma. Igor zupełnie się zmartwił. W szpitalu odwiedziła go matka. Marta była w pracy, matka przyszła w dzień. Przyniosła jedzenie, które Igor mógł jeść – lista była bardzo krótka. — Synu, nie poznaję cię! — powiedziała pani Teresa. – Co jest? Przeżyłeś. Nie ma raka. Trzeba się cieszyć, a ty leżysz jak struty. Zjedz kotleciki na parze. — Nie chcę. — A trzeba! Co się dzieje? Marta przychodzi? — Przychodzi… na razie – powiedział. — Boisz się, że cię zostawi? Głupotą by było! — No bo już po mnie! Nic nie mogę. Pracować nie mogę. Nic nie mogę. Dopiero co skończę pięćdziesiątkę, a już jestem inwalidą. Komu taki potrzebny? — Co się tu dzieje? – zdziwiła się Marta, wchodząc. – Na całe oddział słyszę was. Dzień dobry, pani Tereso! — Idę już. Cześć, Marto. I trzymajcie się. — Co się stało? Matka Igora machnęła ręką i wyszła. Marta umyła ręce i podeszła do łóżka męża. — No co się tak rozczuliłeś, inwalido? Ręce i nogi masz, jaki tam z ciebie inwalida? Wszystko się zagoi. Czytałam o wątrobie… — O czym? — To taki organ, który sam się regeneruje. Jeśli zostaje pięćdziesiąt jeden procent wątroby, to się odbuduje. Ty masz sześćdziesiąt procent. Daj jej czas, wszystko się ułoży! — A czy ja mam czas? — Co? – nie zrozumiała Marta. — Czas. — Igor, o co chodzi?! Coś mi lekarze nie powiedzieli? Poprosiłeś, by mi coś ukryli? — Nie o to… Igora wypisali. Zaczął się dla niego najgorszy czas w życiu. Wystarczyło, że trochę popracował fizycznie i od razu był zmęczony. To najbardziej go dołowało. A przed nim jubileusz, o którym myślał z przygnębieniem. Nic nie zje, wypić nie wolno. Wielka radość! Marta zdawała się nie zauważać, jak Igor się męczy, z entuzjazmem jadła z nim dietetyczne posiłki. — Marto… – w końcu się odważył. – Powiedz, co z nami teraz będzie? — Jak to? — No… powoli zdrowieję. Zostawisz mnie, prawda? Powiedz szczerze. — Dlaczego mam cię zostawić? Jest mi z tobą bardzo dobrze. — Tak, jak wszystko robiłem i mogłem pracować, to było ci dobrze. A teraz? Teraz nawet mnie samego ze sobą źle. — Niepotrzebnie. Bierz się w garść! — Staram się! Ale co to jest? Dwa razy machnę młotkiem i zmęczony jak pies. Marta podeszła, objęła go od tyłu. Przytuliła policzek do jego karku. — Kocham cię. Nigdy cię nie zostawię. Nie śpiesz się z rekonwalescencją. Niech wszystko idzie swoim tempem. — Kochasz? Naprawdę? — Naprawdę. Marta nie zostawia Igora. On powoli wraca do zdrowia. Jubileusz Marta zorganizowała mu bez mocniejszych trunków, żeby nie cierpiał, że nie może pić. Przyszło kilku przyjaciół, posiedzieli w altanie, pograli w planszówki. — Szczęściarz z ciebie, Igor – mówili kumple, żegnając się. — Pewnie teraz sobie wypijecie po moim zdrowiu? – zapytał złośliwie. Pośmiali się. Rozeszli się. Wieczorem Marta i Igor siedzieli na ganku, patrzyli w gwiazdy. Szczęśliwi. Tego wieczoru Igor po raz pierwszy od miesięcy poczuł się lepiej. Uwierzył, że zdrowieje. I że żona naprawdę go nie zostawi. Przytulił Martę mocniej. — Co jest, Igorze? — Wszystko dobrze! – powiedział. — No nareszcie… – mruknęła Marta i pocałowała go w policzek. Byli szczęśliwi… 💬 Przyjaciele, jeśli chcecie czytać więcej naszych historii – zostawcie komentarz i nie zapomnijcie o lajku. To daje nam siłę do dalszego pisania!

Ty mnie nigdy nie kochałaś. Bez miłości za mnie wyszłaś. Teraz mnie zostawisz, kiedy zachorowałem…

Nigdy! odpowiedziała Anna i objęła mnie mocno. Jesteś najlepszym mężczyzną. Przenigdy cię nie zostawię…

Trudno było mi w to uwierzyć. Nastroju do życia nie miałem w ogóle…

Anna była moją żoną od dwudziestu pięciu lat, a przez cały ten czas podobała się mężczyznom. Już jako młoda dziewczyna była niezwykle popularna.

Co tu dużo mówić w liceum prawie wszyscy chłopcy biegali za Anną. A nie była przecież typową pięknością.

Nie rozstała się ze mną, chociaż byłem postacią dość niejednoznaczną.

Nie, Anna była ze swoim pierwszym mężem, Adamem, aż do samego końca. Wychowali razem córkę, wydali ją za mąż. Maria poślubiła Radka, który wywiózł ją do Włoch. Przesyłali piękne zdjęcia i zapraszali w gości. Ale tak się z Adamem nie zebrali Anna może jeszcze pojedzie. Adam już nie.

Mój poprzednik Adam zginął w wypadku samochodowym. Bezsensownie… Potem znajoma lekarka Anny powiedziała, że prawdopodobnie poczuł się źle za kierownicą. Zawiodło serce, spanikował, stracił panowanie nad autem.

Może zemdlał? podsumowała Anna.

Już się nie dowiemy westchnęła Basia, lekarka. Oficjalnie powód: wielonarządowe obrażenia nie do pogodzenia z życiem.

Anna była wtedy w szoku. Pomagała jej w tym wszystkim przyjaciółka, Basia.

To ona dowiadywała się o wszystkich szczegółach swoimi kanałami. Chowali Adama, a Anna została sama w dużym domu, który razem budowali przez całe życie.

Dla dwojga ludzi był w sam raz, nawet wydawał się za mały, jak przyjeżdżali goście. Ale dla jednej kobiety był ogromny, a do tego już stawał się ciężarem.

Dom, to dom. Męska ręka w nim potrzebna…

Maria przyjechała pożegnać się z ojcem. Zaczęła rozmowę z matką o sprzedaży domu, kupnie mieszkania i ewentualnym przeprowadzce Anny do nich.

Nie! wybuchła Anna. Po to tyle lat ten dom budowałam, żeby teraz sprzedać? Do waszych Włoch wcale nie chcę. Widziałam już te Włochy…

Mamo!

Ty to zawsze swoje wiesz, Marysiu uśmiechnęła się Anna przez łzy. Żartuję tylko.

Skoro żartujesz, to nie jest tak źle.

Wszystko było dwuznaczne. Tak jak sam zmarły. Z jednej strony troskliwy i kochający mąż.

Z drugiej człowiek humorów. Bywało, że w złym nastroju potrafił Annie wytrzęść wszystkie nerwy. Potem przepraszał, skruszał, a Anna była na szczęście z tych, które nie trzymają urazy. I tak żyli dwadzieścia pięć lat! Zwariować można…

Maria pomieszkała chwilę i wróciła do Włoch jej mąż miał dużo pracy, a ona chciała czuwać nad domowym ogniskiem. Anna została sama.

Ale znała siebie wiedziała, że długo samotna nie będzie.

I tak się właśnie stało. Opłakiwała stratę pół roku, a kiedy otarła łzy, już wokół niej zebrała się mała drużyna adoratorów.

Zresztą, nawet matka Anny była kiedyś zdumiona popularnością córki:

Co oni widzą w tobie? Dosłownie ustawiają się w kolejce! Przecież wcale nie jesteś pięknością… czy może czegoś nie rozumiem?

Jesteś dobra, mamo odpowiadała Anna, poprawiając usta. Uroda nie znaczy nic. To tylko puste słowo. Kobieta powinna mieć czar, charyzmę, coś wyjątkowego.

Idź już, baw się, bo ci kawaler ucieknie śmiała się mama.

Przyjdzie inny Anna wzruszała ramionami.

Minęło prawie trzydzieści lat od tej rozmowy z matką, a nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, że po czterdziestce nie ma wolnych facetów.

Anna nie rozumiała tego problemu. Miała czterdzieści sześć lat i dwóch kandydatów do ręki i to porządnych!

Serce ciągnęło ją do Michała. Wysoki, przystojny, oczytany. Miła aparycja, ciekawy rozmówca, można się z nim pokazać w towarzystwie.

Tyle tylko, że Misiek był głównie mistrzem w gadaniu. Anna, można rzec, zakochała się w nim uszami, ale rozumiałem to nie jest chłop do życia, do dużego domu.

Drugim kandydatem był Janusz prosty, silny chłop. Na rodzinnej imprezie wypije litra, ale zawsze wszystko potrafi zrobić, naprawić, ogarnąć. Facet złota rączka, spokojny, ale z charakterem.

Dla żony byłby spokojny jak baranek, ale jak trzeba góry przeniesie. Anna mniej go lubiła, bo nie raczył jej aforyzmami. Trzeźwy był milczkiem, dopiero po kilku kieliszkach potrafił się otworzyć i rozbawić towarzystwo.

Faktycznie pić potrafił sporo, ale na drugi dzień już wstawał, lał na siebie zimną wodę i znowu żył pełnią życia. Nie mówił dużo, ale konkret. I jego wybrała Anna.

Michał się obraził za fiasko swych kwiecistych przemów i odsunął się.

Anna wyszła za Janusza, a on był po uszy szczęśliwy. Na weselu wypił, śpiewał i tańczył do upadłego.

Ty to masz szczęście, zażartowała Basia. Rok ledwo minął po śmierci Adama, a już drugi raz wychodzisz za mąż. Kobiety szukają chłopa z latarką, a Tobie wystarczy z domu wyjść.

Powiedz jeszcze, “Co oni w tobie widzą? Przecież wcale nie jesteś ładna!”

No już, nie będę tego mówić. Ale zawsze byłaś zbyt popularna i to fakt.

Nie wiem, Basia, co oni widzą. Pogadaj z moją mamą.

Anna mrugnęła do przyjaciółki i poszła zatańczyć z Januszem podszedł właśnie i poprosił ją na parkiet. Tańczyła, a myśli rozganiała ostatnie wątpliwości.

No i co z tego, że Janusz prosty? Ale silny, zaradny. Nawet przystojny. A że przeważnie milczy może i lepiej.

Gdyby wybrała Michała i co z tego? Z mądrych słów kaszy nie ugotujesz.

Po kilku miesiącach Janusz zmienił ogród wokół domu Anny w bajkowy sad. Wykarczował zbędne drzewa, wyrównał ziemię, zrobił rabatki, postawił altanę. W domu też widać było męską rękę.

Anna dokonała dobrego wyboru. Zdecydowanie.

Janusz też zarabiał nieźle, a wszystko, co zarobił, starał się wydać na Annę.

Kiedy porównała te kilka lat nowego małżeństwa z dwudziestoma pięcioma pierwszego, żałowała tylko tego, że nie spotkała Janusza wcześniej. Złoty chłop!

Latem wieczorami smażyli karkówkę na grillu i biesiadowali w altance Janusz własnoręcznie zrobił stół i ławy.

Anna, najadłszy się, uśmiechała się jak kot przy kominku. Janusz patrzył na nią z radością.

O co chodzi, Janusz?

Nic takiego. Jest mi dobrze.

Jego pierwsza żona była zrzędą. Już nie wierzył, że spotka taką cudowną kobietę jak Anna.

Cieszyli się swoim szczęściem cztery lata, aż tu nagle Janusz zaczął się gorzej czuć.

Błyskawicznie się męczył, chudł bez wyraźnej przyczyny. Po alkoholu w ogóle było z nim kiepsko, choć Janusz do kieliszka od święta lubił zajrzeć.

Janusz, musisz iść do lekarza! zaalarmowała Anna. Na co czekasz? Wygląda na poważną sprawę.

Przestań, Aniu, samo przejdzie!

Co ty, w średniowieczu żyjesz? A jak nie przejdzie? Tak jak prawie wszyscy faceci boisz się lekarzy?

Nie…

Janusz nie chciał powiedzieć Annie, czego tak naprawdę się boi. A bał się tylko tego, że jeśli to coś poważnego, to Anna go zostawi. Kto by chciał żyć z chorym facetem?

Nie był głupi. Dobrze wiedział, że Anna wyszła za niego z praktycznych względów, nie z wielkiej miłości. Ale on ją kochał! Wbrew wszystkiemu.

Zakochał się od razu, kiedy zobaczył ją zdenerwowaną, szukającą portfela w torbie na stoisku mięsnym. Była w tej rozkojarzonej kobiecie jakaś dziwna czułość.

Chciał podejść, ochronić, otoczyć opieką na całe życie. Nawet mama Janusza spojrzała na jego wybrankę i powiedziała:

Synu, żyj jak chcesz. Ale, co ty w niej znalazłeś? Nie jest piękna, nie najmłodsza, a ty jeszcze całkiem nieźle się trzymasz. Każda młoda by ci się rzuciła na szyję!

Ale Janusz nie chciał nikogo innego, tylko Annę. A teraz, jak naprawdę byłby chory, to czy Anna jeszcze go potrzebuje?

Nie dała się namówić do wizyty u lekarza. Była sobota. Gościli u nich Basia z mężem, Grzegorzem. Janusz z Grześkiem pili piwo i piekli karkówkę. W kuchni Basia zagadnęła Annę:

Janusz chyba choruje, co?

No właśnie nie wiem! jęknęła Anna. Błagam, żeby poszedł do lekarza. Nic z tego! Ty jesteś lekarzem, co powiesz? Nie jest dobrze, prawda?

Hmm… wygląda gorzej. Schudł. A skóra jakby żółtawa.

O matko! Basiu, przekonaj go do lekarza! Może ciebie posłucha…

Basia spojrzała uważnie na przyjaciółkę.

Aniu… kochasz go? Pamiętam, jak się wahałaś…

Anna ugryzła się w język i nie odpowiedziała.

Basia nie zdążyła przekonać Janusza zasłabł przy stole. Wezwano pogotowie. Anna pojechała z nim do szpitala. Była przy nim, trzymała go za rękę i modliła się.

Janusza natychmiast operowano.

Guz wątroby.

Rak?! przestraszyła się Anna.

Czekamy na wyniki badań.

Na szczęście okazało się, że guz był łagodny, ale już sporych rozmiarów.

Lekarze zabronili Januszowi praktycznie wszystkiego, ostrzegli, że czeka go długa rekonwalescencja. Nie wiadomo, czy do końca wróci do zdrowia wiek już nie ten.

Janusz kompletnie się załamał. Mama odwiedziła go w szpitalu.

Anna była w pracy, matka przyszła rano, przyniosła mu jedzenie, które mógł jeść lista była krótka.

Synku, nie poznaję cię! powiedziała pani Jadwiga. Przeżyłeś, Raka nie ma. Ciesz się, a ty leżysz tutaj taki ponury. Jedz te kotleciki na parze.

Nie chce mi się jeść.

A musisz! O co chodzi? Anna przychodzi?

Przychodzi… na razie.

Boisz się, że cię zostawi? Wtedy to ona głupio zrobi.

No bo co ze mnie za facet? Już nic nie mogę, nawet pracować nie wolno, nic mi nie wolno. Dopiero w czerwcu mam pięćdziesiątkę, a już inwalida. Komu potrzebny inwalida?

Co tu się dzieje? zdziwiła się Anna wchodząc. Na całe oddział słychać wasze krzyki. Dzień dobry, pani Jadwigo!

Idę już, zostawię was. Miłego dnia, Anno, cześć synku.

Co się stało?

Jadwiga machnęła ręką i wyszła. Anna umyła ręce i usiadła koło swojego nieszczęsnego męża.

No, czemu taki ponury, inwalido? Ręce-nogi masz. Reszta się wyleczy. Przeczytałam o wątrobie wiesz, co piszą?

Co?

Wątroba to jedyny organ, który sam się regeneruje. Jeśli zostanie chociaż 51 procent, to całość się odtworzy. A tobie aż 60 procent zostało. Daj jej czas. Będzie dobrze!

A mam ten czas?

Co? zdziwiła się Anna.

Czas.

Janusz, o co chodzi? Coś ci ukryli lekarze, czy mi nie mówisz wszystkiego?

Nie, nie o to…

Janusza w końcu wypisali. Zaczął się najgorszy okres jego życia. Przy każdym wysiłku fizycznym natychmiast się męczył. To bolało najbardziej.

A na horyzoncie zbliżały się urodziny sam pomysł radował tylko Annę, nie jego. Niczego nie mógł zjeść, wypić trunku też nie wolno. Dobrze, że chociaż herbata została…

Anna jakby nie zauważała, że Janusz szybko się męczy, i jadła z nim dietetyczne potrawy z zapałem.

Aniu… odważył się wreszcie. Co będzie z nami?

W jakim sensie?

No, powoli zdrowieję. Zostawisz mnie, prawda? Lepiej powiedz od razu.

Skąd ten pomysł? Dobrze mi z tobą.

Ale wtedy jak byłem zdrowy i pracowałem. Teraz co masz z tego? Nawet ja sam ze sobą źle się czuję.

Daj spokój. Otrząśnij się!

Staram się! Ale co to za życie? Dwa razy uderzę młotkiem i już padam ze zmęczenia.

Anna podeszła, objęła mnie od tyłu. Przytuliła policzek do mojej szyi.

Kocham cię. I nigdy cię nie zostawię. Nie spiesz się z rekonwalescencją. Daj czas, wszystko się ułoży.

Kochasz? Naprawdę?

Naprawdę.

Anna mnie nie zostawiła. Powoli, ale wracam do siebie.

Urodziny zorganizowała bez alkoholu, żebym nie cierpiał przy stole jedyny trzeźwy.

Przyszło kilku znajomych, posiedzieliśmy w altance, pograliśmy w planszówki.

Szczęściarz z ciebie, Janusz powiedzieli żegnając się.

Pewnie teraz pójdziecie opić moje zdrowie, co? zażartowałem.

Pośmiali się, rozeszli. Wieczorem siedziałem z Anną na schodach przed domem. Patrzyliśmy na gwiazdy. Byłem szczęśliwy. Pierwszy raz od miesięcy naprawdę poczułem się lepiej.

Uwierzyłem, że wracam do zdrowia. Że żona naprawdę mnie nie zostawi. Objąłem Annę mocniej.

Co jest, Janusz?

Wszystko dobrze! powiedziałem.

No, wreszcie mruknęła i dała mi buzi w policzek.

Byliśmy szczęśliwi…

Dziś wiem, że w życiu nic nie jest pewne i lepiej nie odkładać swojego szczęścia na później. Warto ufać i doceniać tych, którzy przy nas trwają nie z powodu pięknych słów, lecz czynów i serca.

Rate article
Fajna Tajna
— Przecież nigdy mnie nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, kiedy zachorowałem… — Nie zostawię! – odpowiedziała Marta, obejmując Igora. – Jesteś najlepszym mężczyzną! Nigdy cię nie zostawię… Igor nie mógł uwierzyć, że to prawda. Miał kiepski nastrój… Marta przeżyła jako żona dwadzieścia pięć lat i przez cały ten czas wciąż podobała się mężczyznom. Nawet jako bardzo młoda dziewczyna była rozchwytywana. A co tam młodość! Jeszcze w podstawówce niemal wszyscy chłopcy ganiali właśnie za Martą. A przecież urodą wcale się nie wyróżniała. Nie rozwiodła się ze swoim mężem, choć był dość trudną osobą. Nie, Marta była z Wiktorem aż do jego śmierci. Wychowali córkę, wydali ją za mąż. Zięć zabrał Darię do Włoch, teraz przysyłali piękne zdjęcia i zapraszali do siebie. Ale z Wiktorem nie zdążyli już pojechać… Może Marta jeszcze kiedyś odwiedzi Darię. Wiktora już nie ma. Mąż Marty zginął w wypadku samochodowym. Tak głupio… potem jej powiedzieli, że prawdopodobnie zasłabł za kierownicą. Chwyciło go serce, spanikował, nie opanował samochodu. — Może stracił przytomność? – domyślała się Marta. — Tego już się nie dowiemy – westchnęła jej przyjaciółka, lekarka. – Przyczyna: rozległe obrażenia, nie do przeżycia. Marta była w szoku. Przyjaciółka Ola pomagała jej wszystko zorganizować. To ona zdobyła wszystkie szczegóły przez swoje znajomości. Wiktora pochowano, a Marta została sama w dużym domu, który budowali razem przez całe życie. Dla dwojga czy na gości dom był w sam raz. Dla jednej osoby… dla kobiety – za duży, przytłaczający. Dom to dom. Męska ręka jest w nim potrzebna… Daria przyjechała na pogrzeb ojca. Zaczęła rozmowę o sprzedaniu domu, kupnie mieszkania i ewentualnej przeprowadzce Marty do Włoch. — O nie! – wykrzyknęła Marta. – Nie po to budowałam ten dom, żeby go teraz sprzedawać. I do waszych Włoch nie chcę. Widziałam już te Włochy… — Mamo! — Ty ciemna jesteś, Darinka! – uśmiechnęła się Marta przez łzy. – Żartuję tylko. — To skoro żartujesz, to może nie jest tak źle. Wszystko było nieoczywiste. Tak samo, jak sam zmarły. Z jednej strony Wiktor był troskliwym i kochającym mężem. Z drugiej – człowiekiem humoru. Bywało, że w złym nastroju potrafił wyczerpać Marcie nerwy do ostatka. Potem żałował, przepraszał, a Marta była wyrozumiała – nie drążyła takich spraw. Tak żyli. Dwadzieścia pięć lat! Idzie oszaleć… Daria pobyła i wróciła – jej mąż dużo pracował, dziewczyna śpieszyła się, by zająć się własnym domem. Marta została sama. Znała siebie i wiedziała – to nie potrwa długo. I rzeczywiście. Posmutniała przez pół roku, potem otarła łzy i zobaczyła, że wokół zebrała się już mała grupa adoratorów. Nawet mama Marty kiedyś się dziwiła tej ogromnej popularności córki. — Co oni w tobie widzą? Rzędami padają! Przecież nie jesteś pięknością, chyba czegoś nie kumam. — Dobra jesteś, mamo. – Uśmiechała się Marta, malując usta. – Uroda się nie liczy. Ważne, żeby kobieta miała urok i charyzmę. Z tym czymś. — Idź już, rusałko – śmiała się mama. – Bo ci narzeczony zmęczy się i pójdzie. — Przyjdzie inny – Marta wzruszała ramionami. Od tamtej rozmowy z mamą minęło prawie trzydzieści lat, a nic się nie zmieniło. Kobiety wciąż narzekają, że nie ma wolnych facetów, po czterdziestce nie ma za kogo wyjść za mąż. Marta tego nie rozumiała. Ona i w wieku czterdziestu sześciu lat miała dwóch zalotników, obaj porządni. Marta czuła miękką chęć do Mirosława. Bardzo jej się podobał – i z urody, i w rozmowie. Przystojny, kulturalny. Można z nim pogadać i wśród ludzi nie wstyd. Ale Mirek był mistrzem tylko w rozmowie. Marta, jak to się mówi, uszami go pokochała, ale z wiekiem i doświadczeniem rozumiała – ten człowiek nie nadaje się do życia. Nie do jej dużego domu. Drugi narzeczony, Igor, był prostym, solidnym facetem. Na imprezie potrafił wypić sporo, ale wszystko mu się w rękach układało i wszystko robił. Prawdziwy człowiek ze złotymi rękami, spokojny charakter, ale z charakterem. Z żoną taki facet potrafi być cichy i łagodny jak szczeniak, ale jak trzeba, góry przeniesie. Jednak Igor podobał się Marcie mniej – taka tam kobieca logika. Nie mówił pięknych słów. Trzeźwy Igor był raczej milczący. Dopiero po kieliszku potrafił opowiedzieć zabawną historię, anegdotę, czy rozkręcić towarzystwo. Pić, rzeczywiście, potrafił sporo, ale następnego dnia był już na nogach. Oblewał się zimną wodą i znów żył pełną parą. Mało się odzywał, ale był konkretny. To właśnie jego wybrała Marta. Mirek się obraził, że jego piękne przemowy na nic, i się ulotnił. Marta poślubiła Igora, przez co ten był w siódmym niebie. Na weselu wypił za dużo, śpiewał i tańczył do upadłego. — Niezłe masz tempo – śmiała się Ola. – Rok ledwo minął od śmierci Wiktora, a ty już wychodzisz za mąż. Nic się nie zmienia! Dziewczyny za dnia z latarką nie mogą znaleźć faceta, a tobie wystarczy wyjść z domu. — Jeszcze powiedz: „Co oni w tobie widzą? Przecież nie jesteś piękna!” — Daj spokój, nie będę tego mówić. Ale zawsze byłaś podejrzanie popularna, to fakt. — Nie wiem, Olka, co oni we mnie widzą. Pogadaj lepiej z moją matką. Marta puściła oczko przyjaciółce i poszła tańczyć z mężem – właśnie po nią przyszedł, zaprosił do tańca. Tańczyła i rozganiała ostatnie wątpliwości. No i co z tego, że Igor to prostaczek? Za to jaki silny. Złota rączka. I nawet wygląda całkiem dobrze. A że większość czasu milczy, może to i dobrze. Gdyby wybrała Mirka, to co? Z samych pięknych słów nie ma chleba. W ciągu kilku miesięcy Igor zamienił działkę Marty w bajkowy ogród. Wyrwał zbędne drzewa. Wyrównał ziemię. Zrobił kwiatowe rabatki, postawił altankę. Także w domu czuć było mocną, męską rękę. Nie, Marta na pewno dobrze wybrała męża. Zupełnie dobrze. A przy tym Igor zarabiał. Starał się sprawiać Marcie przyjemność prezentami. Porównała krótki okres drugiego małżeństwa z dwudziestoma pięcioma latami pierwszego i naprawdę żałowała, że nie poznała Igora wcześniej. Złoty chłop! W ciepłym sezonie wieczorami grillowali w altanie i jedli przy drewnianym stole, który Igor tam ustawił. Marta, najedzona, mrużyła oczy jak kot. Igor uśmiechał się do niej. — Co tam, Igorze? — Nic. Cieszę się. Jego pierwsza żona była marudą. Już nie wierzył, że spotka tak wspaniałą kobietę. Cieszyli się rodzinnym szczęściem cztery lata, aż nagle Igor zaczął czuć się… nie najlepiej. Szybko się męczył. Chudł bez powodu. A jak napił się – a lubił, czasem – to już w ogóle czuł się źle. — Igorze, trzeba iść do lekarza! – martwiła się Marta. – Na co czekasz? Przecież coś jest nie tak. — Przestań, Marto! Samo przejdzie. — Co za średniowiecze? A jeśli nie przejdzie? Co, jak większość facetów, boisz się lekarzy? — Nie. Igor nie chciał powiedzieć, czego się boi. A bał się tylko jednego. Że jeśli poważnie zachoruje, Marta go zostawi. Nie będzie chciała żyć z chorym mężem. Nie był głupi. Wiedział, że Marta wyszła za niego (historia dla portalu Nasze Słowo) raczej z rozsądku niż z wielkiej miłości. Ale on ją pokochał! Na przekór wszystkim. W sklepie zobaczył zagubioną kobietę, szukającą portfela w torebce, i od razu się zakochał. Wzruszająca była ta jej nieporadność. Od razu chciał podejść, wziąć ją za rękę i bronić całe życie. Chociaż mama Igora tylko dziwnie powiedziała, widząc wybrankę: — Tobie żyć, synku, ale co ty w niej widzisz, nie pojmuję. Ani to piękna, ani młoda. Ty jeszcze przystojny chłop! Za ciebie każda młoda poszłaby w ciemno! Igor nikogo innego nie chciał, tylko Martę. Ale teraz, jeśli naprawdę jest chory, czy będzie jej potrzebny? Nie udało się Marcie namówić go do lekarza. Była sobota, w gościach Ola z mężem, Borysem. Igor z Borysem pili, robili grilla. W kuchni Ola, krojąc sałatkę, zagadnęła Martę: — Igor coś chorowity ostatnio? — Sama nie wiem! – wybuchnęła Marta. – Błagam go, żeby poszedł do lekarza. Nic z tego! Jesteś lekarką. Powiedz, jest chory? — No… gorzej wygląda. Schudł. Skóra ma żółtawy odcień. — O, Jezu! Ola, nakłoń go do lekarza! Może ciebie posłucha. Bardzo cię proszę! Ola przyjrzała się jej uważnie. — Marto… ty go kochasz? Pamiętam twoje wahania… Marta przygryzła wargę i nie odpowiedziała. Ola nie zdążyła go przekonać – Igor zemdlał podczas obiadowania. Wezwali karetkę. Marta pojechała z nim. Nie odzyskał przytomności. Trzymała go za rękę, modliła się. Zoperowano go natychmiast. — Guz wątroby. — Rak?! – przeraziła się Marta. — Czekamy na wyniki badań. Guz okazał się łagodny, ale dosyć duży, gdy Igor trafił na stół operacyjny. Lekarze zabronili Igorowi prawie wszystkiego i ostrzegli, że rekonwalescencja będzie długa. I nie wiadomo, czy uda się jak dawniej. W końcu wiek już ma. Igor zupełnie się zmartwił. W szpitalu odwiedziła go matka. Marta była w pracy, matka przyszła w dzień. Przyniosła jedzenie, które Igor mógł jeść – lista była bardzo krótka. — Synu, nie poznaję cię! — powiedziała pani Teresa. – Co jest? Przeżyłeś. Nie ma raka. Trzeba się cieszyć, a ty leżysz jak struty. Zjedz kotleciki na parze. — Nie chcę. — A trzeba! Co się dzieje? Marta przychodzi? — Przychodzi… na razie – powiedział. — Boisz się, że cię zostawi? Głupotą by było! — No bo już po mnie! Nic nie mogę. Pracować nie mogę. Nic nie mogę. Dopiero co skończę pięćdziesiątkę, a już jestem inwalidą. Komu taki potrzebny? — Co się tu dzieje? – zdziwiła się Marta, wchodząc. – Na całe oddział słyszę was. Dzień dobry, pani Tereso! — Idę już. Cześć, Marto. I trzymajcie się. — Co się stało? Matka Igora machnęła ręką i wyszła. Marta umyła ręce i podeszła do łóżka męża. — No co się tak rozczuliłeś, inwalido? Ręce i nogi masz, jaki tam z ciebie inwalida? Wszystko się zagoi. Czytałam o wątrobie… — O czym? — To taki organ, który sam się regeneruje. Jeśli zostaje pięćdziesiąt jeden procent wątroby, to się odbuduje. Ty masz sześćdziesiąt procent. Daj jej czas, wszystko się ułoży! — A czy ja mam czas? — Co? – nie zrozumiała Marta. — Czas. — Igor, o co chodzi?! Coś mi lekarze nie powiedzieli? Poprosiłeś, by mi coś ukryli? — Nie o to… Igora wypisali. Zaczął się dla niego najgorszy czas w życiu. Wystarczyło, że trochę popracował fizycznie i od razu był zmęczony. To najbardziej go dołowało. A przed nim jubileusz, o którym myślał z przygnębieniem. Nic nie zje, wypić nie wolno. Wielka radość! Marta zdawała się nie zauważać, jak Igor się męczy, z entuzjazmem jadła z nim dietetyczne posiłki. — Marto… – w końcu się odważył. – Powiedz, co z nami teraz będzie? — Jak to? — No… powoli zdrowieję. Zostawisz mnie, prawda? Powiedz szczerze. — Dlaczego mam cię zostawić? Jest mi z tobą bardzo dobrze. — Tak, jak wszystko robiłem i mogłem pracować, to było ci dobrze. A teraz? Teraz nawet mnie samego ze sobą źle. — Niepotrzebnie. Bierz się w garść! — Staram się! Ale co to jest? Dwa razy machnę młotkiem i zmęczony jak pies. Marta podeszła, objęła go od tyłu. Przytuliła policzek do jego karku. — Kocham cię. Nigdy cię nie zostawię. Nie śpiesz się z rekonwalescencją. Niech wszystko idzie swoim tempem. — Kochasz? Naprawdę? — Naprawdę. Marta nie zostawia Igora. On powoli wraca do zdrowia. Jubileusz Marta zorganizowała mu bez mocniejszych trunków, żeby nie cierpiał, że nie może pić. Przyszło kilku przyjaciół, posiedzieli w altanie, pograli w planszówki. — Szczęściarz z ciebie, Igor – mówili kumple, żegnając się. — Pewnie teraz sobie wypijecie po moim zdrowiu? – zapytał złośliwie. Pośmiali się. Rozeszli się. Wieczorem Marta i Igor siedzieli na ganku, patrzyli w gwiazdy. Szczęśliwi. Tego wieczoru Igor po raz pierwszy od miesięcy poczuł się lepiej. Uwierzył, że zdrowieje. I że żona naprawdę go nie zostawi. Przytulił Martę mocniej. — Co jest, Igorze? — Wszystko dobrze! – powiedział. — No nareszcie… – mruknęła Marta i pocałowała go w policzek. Byli szczęśliwi… 💬 Przyjaciele, jeśli chcecie czytać więcej naszych historii – zostawcie komentarz i nie zapomnijcie o lajku. To daje nam siłę do dalszego pisania!