— Przecież mnie nigdy nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, gdy zachorowałem… — Nie zostawię cię! – odpowiedziała Maryna, tuląc Igora. – Jesteś najlepszym mężczyzną na świecie! Nigdy cię nie opuszczę… Igor nie mógł uwierzyć, że to prawda. Miał kiepski nastrój… Maryna spędziła jako mężatka dwadzieścia pięć lat, a przez cały ten czas wciąż podobała się mężczyznom. Już jako młoda dziewczyna cieszyła się ogromnym powodzeniem. I to nie tylko w młodości! Nawet w podstawówce prawie wszyscy chłopcy biegali za Maryną. A przecież nie była klasyczną pięknością. Nie rozwiodła się ze swoim mężem, choć był bardzo skomplikowaną osobą. Maryna wytrwała z Wadem do jego końca. Wychowali córkę, wydali ją za mąż. Jej zięć zabrał Darię do Włoch, teraz przesyłają piękne zdjęcia i zapraszają w odwiedziny. Oni z Wadkiem nigdy się nie wybrali… Może Maryna jeszcze się tam wybierze. Wadek już nie. Mąż Maryny zginął w wypadku samochodowym. Tak bezsensownie… potem usłyszała, że najpewniej źle się poczuł za kierownicą. Złapała go kolka w sercu, spanikował, nie opanował auta. — Może zemdlał? – zastanawiała się. — Już się nie dowiemy. – westchnęła przyjaciółka, lekarka. – Powód: liczne obrażenia niezgodne z życiem. Maryna była w szoku. Koleżanka Ola pomogła wszystko zorganizować. To ona dowiedziała się wszystkich szczegółów swoimi “medycznymi kanałami”. Wadka pochowali i Maryna została sama w ich wspólnie budowanym przez lata domu. Dla dwojga, a jak przyjechali goście, nawet nie wydawał się taki wielki. Ale dla jednej osoby – dla kobiety – był za duży, zbyt pusty, i stał się ciężarem. Dom to dom. Wymaga męskiej ręki… Daria przyjechała pożegnać się z ojcem. Zaczęła rozmowę z mamą o sprzedaży domu, kupnie mieszkania, a nawet o przeprowadzce do Włoch. — O nie! – zaprotestowała Maryna. – Nie po to budowałam ten dom, żeby go sprzedawać. I do tej twojej Italii się nie wybieram! Już ją widziałam… — Mamo! — Oj, Daria, ciemna jesteś! – uśmiechnęła się Maryna przez łzy. – Żartuję. — Skoro żartujesz, to nie jest aż tak źle. Wszystko było skomplikowane. Tak samo, jak sam zmarły mąż. Z jednej strony, Wadek był troskliwy i kochający. Z drugiej – miał swoje humory. Zdarzało się, że w złym nastroju potrafił wykończyć Marynie nerwy. Potem przepraszał, a ona nie przejmowała się takimi sytuacjami. I tak jakoś przeżyli dwadzieścia pięć lat! Zwariować można… Daria pobyła trochę u mamy i wróciła – jej mąż dużo pracował, ona śpieszyła się do swojego domu, żeby podtrzymywać domowe ognisko. Maryna znów została sama. Ale znała siebie i wiedziała, że to nie potrwa długo. I rzeczywiście! Posmutniała przez pół roku, ale gdy otarła łzy, zauważyła, że wokół zebrało się kilku adoratorów. Nawet własna mama dziwiła się, że córka cieszy się takim powodzeniem u panów. — Ciekawe, co oni w tobie widzą? Padają jak muchy! Nie jesteś zbyt piękna… albo czegoś nie rozumiem. — Mamo, jesteś dobra. – śmiała się Maryna, poprawiając szminkę. – Uroda to nic ważnego. Kobieta powinna mieć to coś. — Idź już, kobieto, baw się – rechotała mama. – Bo ci kawaler ucieknie. — Inny się znajdzie. – wzruszała ramionami Maryna. Minęło prawie trzydzieści lat od tej rozmowy, a nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, że po czterdziestce nie ma ani jednego wolnego faceta. Maryna nie rozumiała tego problemu. Miała czterdzieści sześć lat, a już dwaj kawalerowie walczyli o jej rękę, obaj porządni. Marynie serce mocniej biło do Michała. Był bardzo atrakcyjny, inteligentny, ciekawy w rozmowie – i miło było z nim wyjść do ludzi. Ale jeśli chodzi o życie, to był mistrzem właśnie w rozmowach. Maryna, mając już trochę lat i doświadczenia, wiedziała, że Michał nie nadaje się na męża do tak dużego domu. Drugi, Igor, był prostym, solidnym facetem. Z tych, co mogą na imprezie wypić pół morza, ale wszystko im się w rękach pali i udaje. Złote ręce, ułożony charakter, a wewnątrz prawdziwy twardziel. W domu będzie spokojny i czuły jak szczeniak, ale jak trzeba, góry przeniesie dla żony. Tak się złożyło, że Igor podobał się Marynie mniej – ot, kobieca logika. Nie mówił pięknych słów. Trzeźwy był raczej małomówny. Dopiero po alkoholu opowiadał historie, kawały, podtrzymywał rozmowę. I rzeczywiście, wypić umiał dużo, ale nazajutrz brał się do pracy i żył aktywnie. Tego właśnie Igora wybrała Maryna. Michał obraził się za swoje przegrane słowa i odszedł. Maryna wyszła za mąż za Igora, a on był w siódmym niebie. Na weselu wypił o jeden toast za dużo, śpiewał i tańczył do upadłego. — Ty to masz – śmiała się Ola. – Ledwo minął rok po pogrzebie Wadka, a już ponownie wyszłaś za mąż. Nic się nie zmieniło! Inne z lupą szukają faceta, a tobie wystarczy wyjść z domu. — Zaraz powiesz: “Co oni w tobie widzą? Przecież nie jesteś piękna!” — Już przestań… Ale zawsze miałaś podejrzanie wielu adoratorów. — Sama nie wiem, Olu, co oni we mnie widzą. Porozmawiaj z moją mamą o tym. Maryna mrugnęła do przyjaciółki i poszła tańczyć z mężem, który właśnie ją zabrał na parkiet. Tańczyła i odganiała ostatnie wątpliwości. Co z tego, że Igor prostolinijny? Za to silny, złota rączka, przystojny. A że małomówny – może to nawet dobrze. A jakby wybrała Michała, to co? Z samych słów się żyć nie da. Po kilku miesiącach Igor przemienił jej działkę w raj. Wykarczował zbędne drzewa, wyrównał ziemię, założył rabaty, postawił altankę, zadbał o dom. Maryna wiedziała: dobrze wybrała męża. Naprawdę dobrze. Na dodatek Igor zarabiał pieniądze, zawsze starał się sprawiać Marynie radość prezentami. Porównała krótki czas tego małżeństwa z dwudziestu pięciu latami u boku Wadka i szczerze żałowała, że Igora nie spotkała wcześniej. Złoty człowiek! W ciepłe wieczory grillowali na tarasie i jedli w altanie, gdzie Igor postawił piękny drewniany stół i ławki. Maryna, objedzona szaszłykiem, mruczała zadowolona jak kocur. Igor patrzył na nią z uśmiechem. — Czego się tak patrzysz, Igorze? — Po prostu się cieszę. Pierwsza żona Igora była straszną marudą. Już nie wierzył, że spotka kobietę taką jak Maryna. Ich szczęście trwało cztery lata, a potem Igor nagle zaczął czuć się dziwnie… Szybciej się męczył, chudł bez powodu. Po alkoholu, który czasem lubił, czuł się fatalnie. — Igorze, musisz pójść do lekarza! – alarmowała Maryna. – Na co czekasz? Jasno widać, że coś nie gra. — Przestań, Maryśka. Samo przejdzie! — To nie średniowiecze! Jeśli nie przejdzie? Co, boisz się lekarzy, jak większość chłopów? — Nie. Igor nie chciał mówić, czego się boi. Jednego: że jeśli rzeczywiście jest ciężko chory, Maryna go zostawi. Nie będzie chciała żyć z chorym facetem. Nie był głupcem. Rozumiał, że Maryna wyszła za niego raczej praktycznie, nie z wielkiej miłości. Ale on ją kochał ponad wszystko. Zakochał się w tej kobiecie, która w sklepie szukała portfela w torebce i wyglądała na zagubioną. Od razu zapragnął ją chronić do końca życia. Choć mamie Igora wybranka wydawała się dziwna: — Żyj sobie, synku. Ale co ty w niej widzisz? Nie jest piękna, nie ta młodość. Ty jeszcze jesteś świetny! Za tobą niejedna pannica by poszła! A Igor nikogo nie chciał, tylko Marynę. I teraz… jeśli zachoruje, to czy Maryna będzie go potrzebować? Nie dało się go namówić do lekarza. Przyszedł sobotni wieczór, odwiedzili ich Ola z mężem, Borysem. Igor z Borysem pilnowali grilla. Ola w kuchni, siekając sałatkę, powiedziała do Maryny: — Igor coś chory? — Sama nie wiem! – wybuchnęła Maryna. – Błagam go, idź do lekarza. A on swoje! Jesteś lekarką, ty powiedz, on naprawdę jest chory? — Cóż… wygląda gorzej. Jest chudy. I wydaje mi się, że skóra mu pożółkła. — O Boże! Olka, przymuś go do lekarza! Może ciebie posłucha. Proszę cię jak Boga. Ola popatrzyła uważnie na przyjaciółkę. — Maryno… ty go kochasz? Bo pamiętam twoje wahania… Maryna przygryzła wargę i nie odpowiedziała. Ola nie zdążyła przekonać Igora – zasłabł przy stole. Wezwali karetkę. Maryna pojechała z nim. Igor nie odzyskiwał przytomności. Maryna trzymała go za rękę, modląc się. Zoperowali go natychmiast. — Guz wątroby. — Rak?! – przestraszyła się Maryna. — Czekamy na wyniki. Na szczęście guz był łagodny, choć spory. Lekarze zabronili Igorowi praktycznie wszystkiego, ostrzegli, że rekonwalescencja potrwa długo i nie wiadomo, czy wszystko wróci do normy – wiek już nie ten. Igor zupełnie się załamał. W szpitalu odwiedziła go mama. Maryna była w pracy, mama przyszła rano. Przyniosła to, co wolno Igorowi jeść – lista była krótka. — Synku, nie poznaję cię! – rzekła Teresa. – Czemu taki smutny? Przecież życie uratowali! Nie masz raka. Ciesz się! Na, zjedz parowe kotlety. — Nie chcę jeść. — Trzeba! O co chodzi? Maryna przychodzi? — Przychodzi… na razie. – rzekł Igor. — A co, boisz się, że cię zostawi? Głupia by była! — Przecież już po mnie! Nic nie mogę, nawet pracować. Jestem wrakiem! Komu potrzebny inwalida? — Co tu krzyczycie? – zdziwiła się Maryna, wchodząc. – Dzień dobry, pani Tereso! — Chyba pójdę już. Cześć, Maryno. I trzymajcie się. — Co się stało? Mama Igora machnęła ręką i wyszła. Maryna umyła ręce, podeszła do łóżka zirytowanego męża. — Co się wściekasz, inwalido? Ręce, nogi na miejscu. Z resztą dasz radę. Wiesz, co czytałam o wątrobie? — No co? — Że sama się regeneruje. Jeśli zostanie 51% – odrośnie cała. Ty masz 60% – poczekaj trochę, organizm sobie poradzi. — Ale czy mam na to czas? — Co? — Czas. — Igor, o co chodzi? Coś mi ukrywasz? Lekarze zatajają coś na twoją prośbę? — Nie o to mi chodzi… Wypisali Igora do domu – zaczął dla niego najtrudniejszy czas. Każda praca – nawet mała – wyczerpywała go błyskawicznie. To go najbardziej dołowało. A zbliżały się jego urodziny – i myśl o nich pogłębiała żal. Jeść nic nie wolno, pić nie można. Super urodziny! Maryna zdawała się nic nie widzieć i z entuzjazmem jadła razem z nim dietetyczne posiłki. — Marysiu… – odważył się w końcu. – Co z nami będzie? — Jak to? — No… powoli dochodzę do siebie. Zostawisz mnie, prawda? Powiedz lepiej od razu. — Dlaczego mam cię zostawić, głupku? Jest mi z tobą świetnie. — Bo dopóki wszystko robiłem, było ci dobrze. A teraz co? Nawet mi samemu ze sobą niedobrze. — Nie gadaj głupot! Weź się w garść! — Staram się! Ale dwa razy machnę młotkiem i padam. Maryna objęła go od tyłu, przytuliła się do karku. — Kocham cię. Nigdy cię nie zostawię. A rekonwalescencją się nie przejmuj. Powoli i do przodu. — Naprawdę kochasz? Serio? — Naprawdę-naprawdę. Maryna nie zostawia Igora. Wraca do sił, powoli, ale wraca. Zorganizowała mu urodziny bez alkoholu, żeby nie cierpiał samotnie, że nie może pić. Przyszło paru przyjaciół, siedzieli w altanie, grali w planszówki. — Masz szczęście do żony, Igorze – mówili kumple, wychodząc. — Pewnie teraz się napijecie za moje zdrowie? – ironizował Igor. Pośmiali się, rozeszli. Wieczorem z Maryną siedzieli na ganku i patrzyli w gwiazdy. Byli szczęśliwi. Tego wieczoru Igor pierwszy raz od miesięcy poczuł się lepiej. Uwierzyl, że będzie zdrowiał. I że żona faktycznie go nie zostawi. Przytulił Marynę jeszcze mocniej. — Co jest, Igorze? — Wszystko dobrze! – powiedział. — No w końcu. – śmiała się Maryna i pocałowała go w policzek. Byli szczęśliwi… 💬 Drodzy Czytelnicy, jeśli chcecie jeszcze więcej naszych historii – zostawcie komentarz i nie zapomnijcie o “lajku”. To daje nam siłę pisać kolejne opowieści!

Przecież mnie nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, jak zachorowałem

Nie zostawię! powiedziała Zuzanna, wciskając się w ramiona Igora. Jesteś najlepszym facetem! Nie ma szans, żebym cię zostawiła

Igor nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Humor miał jak ocet

Zuzanna była żoną od dwudziestu pięciu lat i przez cały ten czas zawsze cieszyła się powodzeniem u Panów. Już w liceum chłopaki lecieli właśnie za Zuzą.

No, a w podstawówce to już był istny szturm! Chociaż, nie była typową pięknością. Prędzej taka ładna inaczej.

No i nigdy nie rozwiodła się z pierwszym mężem, pomimo że był, delikatnie mówiąc, człowiekiem-szaradą

Do samego końca była przy Władysławie. Wychowali razem córkę, wydali ją za mąż. Zięć zabrał Klarę do Włoch i teraz ślą zdjęcia z wycieczek, zapraszają do siebie. Tak się złożyło, że Zuzanna i Władek nawet raz tam nie byli Może kiedyś Zuzka się wybierze. Władek no cóż, już się nie wybierze.

Władek zginął w wypadku samochodowym. Głupio i nagle Potem Zuzannie powiedzieli, że prawdopodobnie zasłabł za kierownicą. Serce, panika, blokada, nie opanował auta.

Może stracił przytomność? zgadywała.

Teraz się już nie dowiemy westchnęła jej koleżanka Helena, która była lekarzem. Diagnoza: wielonarządowe uszkodzenia, nie do pogodzenia z życiem.

Zuzanna była w szoku. Helena pomogła wszystko zorganizować jak należy. Wiedziała to i owo przez swoje znajomości. Władka pochowano, a Zuzanna została sama w dużym domu, który budowali z mężem całe życie.

No, dla dwóch osób dom nie wydaje się wielki. Ale dla jednej kobiety oho! Ogromny na dodatek ciężki od wspomnień.

Dom to dom. Przydałaby się w nim męska ręka

Klara przyleciała na pożegnanie ojca. Poruszyła temat sprzedaży domu, kupna mieszkania, a może i przeprowadzki Zuzanny do Włoch.

E tam! obruszyła się Zuzanna. Po to dom całe życie stawiałam, żeby go teraz sprzedać? I ja do tej waszej Italii? Widziałam już tą Italię

Mamo!

Oj ty moja naiwna Klaro! Zuzka uśmiechnęła się przez łzy. Żartuję przecież.

No ale jak żartujesz, to nie jest aż tak źle.

Wszystko, jak zawsze, było niejednoznaczne. Tak samo zresztą, jak sam nieboszczyk Władek. Z jednej strony kochający, opiekuńczy facet.

Z drugiej strony humorzasty. Zdarzało się, że przez swoje dobre humory wydrążał Zuzannie nerwy do zera. Potem żałował, przepraszał, a Zuzanna była z tych, co szybko wybaczają. No i tak żyli. Dwadzieścia pięć lat! Chce się człowiekowi śmiać i płakać

Klara była tylko chwilkę zięć pracował po uszy, więc córka musiała gnać pilnować domowego ogniska. Zuzanna została sama.

Ale siebie przecież znała długo nie będzie sama. I dokładnie tak się stało. Pomęczyła się pół roku, wytarła łzy i ku swojemu zdziwieniu odkryła, że naokoło niej już zebrała się mała rzesza adoratorów.

Swoją drogą, jej mama zawsze się dziwiła tej popularności córki:

Co oni w tobie widzą? No leżą u twych stóp! Ty przecież żadna miss Polski Chyba czegoś nie rozumiem

Oj mamusiu, ty dobra jesteś uśmiechała się Zuzka, poprawiając szminkę. Uroda to tylko ozdobnik. Najważniejsze, żeby kobieta miała to coś. Była czarująca. Z pazurem.

A idź już, idź, bo ci kawaler się rozmyśli śmiała się mama.

Inny przyjdzie Zuzanna wzruszała ramionami z udawaną nonszalancją.

I tak minęło niemal trzydzieści lat od tych rozmów z mamą, a nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, że facetów nie ma, nie ma za kogo wyjść po czterdziestce

Zuzanna tej traumy nie rozumiała. W wieku czterdziestu sześciu lat miała aż dwóch narzeczonych naraz i obaj byli ekstra.

Sercem ciągnęła do Damiana. Bardzo jej się podobał zarówno wizualnie, jak i w rozmowie. Sympatyczny, kulturalny, mądrze gadał i wszędzie można było z nim się pokazać.

No ale Damian był mistrzem niestety tylko w gadaniu. Zuzanna wręcz uszami go pokochała, ale z wiekiem i doświadczeniem wiedziała, że do życia on raczej średni. Do dużego domu na pewno nie.

Drugi narzeczony, Igor, był prostym, porządnym facetem. Typ, co na święta wypije pół Żubrówki, ale co dotknie, to naprawi, posadzi lub rozkręci. Złota rączka, spokojny, ale z charakterem.

W domu żonie da spokój, będzie potulny jak jamnik, ale jak trzeba góry przeniesie. Ale Zuzannie podobał się mniej bo po prostu tak już mają kobiety.

Nie wygłaszał pięknych tyrad. Na trzeźwo cichy, nawet bardzo. Po kieliszku mógł anegdotę opowiedzieć, dowcip, powspominać zabawnie, ale generalnie typ milczący.

Fakt, że Igor wypić potrafił, lecz rano już znowu był na nogach. Prysznic zimny i z powrotem do roboty. Skromnie, ale skutecznie. To jego Zuzanna wybrała.

Damian się obraził, bo jego bajer nie wygrał, więc się zawinął.

Zuzanna za Igora wyszła, a ten szczęśliwy po uszy. Na weselu przesadził z wódką, śpiewał Sto lat i tańczył jak młody.

No nie wierzę śmiała się Helena. Ledwo rok po śmierci Władka, a ty już za mąż wychodzisz! Nic się nie zmieniło. Baby płaczą, że nie ma facetów, a ty tylko wyjść z domu.

Tylko nie mów mi, że co oni w tobie widzą, ty taka sobie!

E tam nie powiem, ale faktem jest, że cię zawsze podejrzanie szukali.

Sama nie wiem, Helenko. Pogadaj o tym z moją mamą!

Zuzanna puściła do niej oko i poszła na parkiet z Igorem właśnie podszedł, żeby ją zaprosić. Tańczyła i w myślach przeganiała ostatnie wątpliwości.

No i co z tego, że Igor gburkowaty? Za to jak się sprawdza! Złote ręce. I przystojny mimo lat. A że nie za dużo mówi? Może to i lepiej.

No bo jakby tamtego gadacza wybrała? Z samych słów barszczu nie ugotujesz!

Parę miesięcy później Igor zmienił ogród Zuzanny w raj. Usunął stare drzewa, wyrównał ziemię, zrobił malowane kwietniki, postawił altankę. W chałupie czuć było, że jest facet.

Zuzka coraz częściej myślała, że podjęła dobrą decyzję. Ba idealną! I do tego Igor przynosił pieniądze. Cały czas starał się rozpieszczać Zuzannę prezentami.

Porównała sobie to ich krótkie nowe małżeństwo do ćwierćwiecza z Władkiem i całkiem szczerze żałowała, że Igora nie spotkała dawniej. Złoty facet!

W ciepłe wieczory grillowali w altanie. Igor postawił piękny stół z drewna, ławy, no żyć nie umierać.

Zuzanna, objedzona karkówką, mrużyła oczy jak tłusty kot. Igor patrzył i się uśmiechał.

I co, Igor?

Nic. Cieszę się.

Jego pierwsza żona była nudna jak flaki z olejem. Nie sądził, że jeszcze spotka kogoś takiego jak Zuzanna.

Cieszyli się tym swoim szczęściem cztery lata, a potem Igor zaczął się robić jakiś nie bardzo.

Szybko się męczył, bez powodu chudł. A jak już coś wypił a Igor lubił czasem chlapnąć to w ogóle było mu źle.

Igor, musisz iść do lekarza! kategorycznie powiedziała Zuzanna. Co ty czekasz? To nie wygląda dobrze!

Przestań, Zuza. Przeziębienie minie!

Co ty, średniowiecze? A jak nie minie? Jesteś jak typowy facet boisz się lekarzy?!

Nieee.

Igor nie chciał powiedzieć, czego się naprawdę boi. A bał się jednego: że jeśli okaże się chory, Zuzanna go zostawi. Bo po co jej chory facet?

Nie był głupi. Wiedział, że Zuzka wyszła za niego trochę z rozsądku, nie z wielkiej miłości. Ale on ją kochał! I to ponad wszystko.

Spotkał ją, jak gmerała w torebce przy kasie w Biedronce i jakoś tę nieporadność miał ochotę od razu zaopiekować na całe życie.

Choć jego mama powiedziała kiedyś z tajemniczą miną:

Twoje życie, synu. Tylko co ty w niej widzisz Starawa, niepiękna, a ty przecież jeszcze do rzeczy. Każda młoda by cię wzięła!

Igor jednak nikogo innego nie chciał, tylko Zuzannę. A teraz bał się, czy nie zostanie sam.

Nie dała rady go przekonać. Przyszedł sobotni wieczór, Helena z mężem Borysem wpadli na grilla. Igor i Borys pili piwko i smażyli kiełbasy, a w kuchni Helena zagadnęła Zuzannę:

Igor poważnie niedomaga?

Sama nie wiem wkurzyła się Zuzanna. Błagam go, żeby poszedł do lekarza. Ty jesteś lekarką! Popatrz na niego. Co myślisz?

No wygląda gorzej, schudł. Wydaje mi się, że ma żółtawy odcień skóry.

O matko! Lena, musisz go przekonać! Proszę, może ciebie posłucha.

Helena długo przypatrywała się przyjaciółce.

Zuza ty go w ogóle kochasz? Bo przecież pamiętam twoje rozterki

Zuzanna przygryzła wargę, ale nic nie odpowiedziała.

Nic z tego Helena nie zdążyła go przekonać, bo Igor zemdlał przy stole. Pogotowie, szpital. Zuzanna całą noc czuwała. Trzymała go za rękę i modliła się do świętej Antoniny.

Operowali go niemal od razu.

Guz wątroby.

Rak?! przestraszyła się Zuzanna.

Czekamy na wyniki.

Okazało się, że guz był łagodny, ale całkiem pokaźny.

Lekarze zabronili mu niemal wszystkiego i uprzedzili, że rehabilitacja będzie długo trwała i nie wiadomo, czy do pełnej sprawności wróci. W końcu swoje lata już ma.

Igor popadł w czarną rozpacz. W szpitalu odwiedziła go matka.

Zuzanna była w pracy, więc przyszła teściowa Stanisława. Przyniosła mu jedzenie, które akurat mógł jeść. Lista dozwolonych rzeczy była krótka jak rzadki rosół.

Synku! Aleś ty się nam poszarpał! Otrząśnij się. Przeżyłeś. To nie rak. Raduj się, a nie kwasisz się jak ogórek w occie. Masz, jedz te kotleciki na parze.

Nie chcę.

Ale musisz! A w ogóle Zuzanna cię odwiedza?

Przychodzi jeszcze.

Oho. Myślisz, że cię zostawi? No to głupiś!

Bo ja dziś nikim już nie jestem! Nie mogę nawet popracować. Mam pięćdziesiątkę tuż-tuż, a już inwalida! Kogo obchodzą tacy?

Co tu u was się dzieje? zdziwiła się Zuzanna, wchodząc. Krzyczycie na cały szpital. Dzień dobry, pani Stanisławo!

To ja już lecę. Cześć, Zuzanko. Trzymajcie się.

Co tu się odstawia?

Teściowa machnęła ręką i poszła. Zuzanna umyła ręce i podeszła do łóżka z cierpiącym mężem.

I co, rozżalony inwalido? Ręce, nogi masz. Jaki z ciebie inwalida! Reszta się zagoi. Wiesz, co czytałam o wątrobie?

No?

To jedyny narząd, co się sam regeneruje. Jak zostaje pięćdziesiąt jeden procent jest git! Tobie zostało sześćdziesiąt. Daj sobie czas, będzie lepiej!

A ja mam ten czas?

Ale o co ci chodzi?

Czas, Zuzanna.

Masz! Mam ci coś nie powiedzieć? Lekarze coś ukrywają? Umierasz, a nie chcesz mi przyznać?

Nie o to

Wypisali go. I zaczęła się najtrudniejsza część jego życia. Każde najmniejsze fizyczne zadanie i Igor już zmęczony jak koń po westernie. Tego najbardziej nie mógł znieść.

A tu jubileusz się zbliżał pięćdziesiąte urodziny, które wcale nie cieszyły. Nic nie zje, nawet piwa nie łyknie. No rewelacja

Zuzka jednak udawała, że nie widzi, jak Igor się szwenda i szybko męczy. Jadła z nim ochoczo jego dietetyczne dania.

Zuzia zebrał się w końcu na odwagę. Powiedz, co z nami teraz będzie?

W jakim sensie?

No ja bardzo powoli zdrowieję. Zostawisz mnie, co? Powiedz od razu.

A czemu miałabym cię zostawić? Jest mi z tobą super.

Bo wtedy wszystko robiłem, a teraz co za frajda z takiego faceta? Sam siebie nie znoszę.

Daj spokój. Weź się w garść.

Próbuję! Ale co to ma być dwa razy młotkiem machnę i padam jak zdechły pies.

Zuzanna przytuliła się do niego od tyłu i oparła policzek na jego głowie.

Kocham cię i nigdy cię nie zostawię. A ty z tą rekonwalescencją daj sobie czas. Niech się dzieje, jak się dzieje.

Kochasz? Serio?

Serio, serio!

I tak Zuzanna nie zostawiła Igora. On powoli wracał do formy.

Urodziny urządziła mu skromnie, bez wódki i haseł, żeby nie było mu przykro że nie pije sam jak palec. Zaprosili kilku przyjaciół, pogadali, pograli w planszówki.

Masz szczęście do żony, Igor chwalili go znajomi.

A wy pewnie zaraz się napijecie za moje zdrowie? dogryzł.

Śmiali się, rozeszli. Wieczorem oni dwaj siedzieli na ganku i patrzyli na gwiazdy. Szczęśliwi. Po raz pierwszy od miesięcy Igor poczuł się lepiej.

Uwierzył, że się podniesie. I że żona naprawdę go nie zostawi. Objął ją mocniej.

Co się stało, Igorku?

Nic, Zuza! odpowiedział.

No, wreszcie. uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek.

Byli szczęśliwi

Kochani, jeśli chcecie czytać więcej naszych historii zostawcie komentarz i nie zapominajcie o lajku. To nas motywuje!

Rate article
Fajna Tajna
— Przecież mnie nigdy nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, gdy zachorowałem… — Nie zostawię cię! – odpowiedziała Maryna, tuląc Igora. – Jesteś najlepszym mężczyzną na świecie! Nigdy cię nie opuszczę… Igor nie mógł uwierzyć, że to prawda. Miał kiepski nastrój… Maryna spędziła jako mężatka dwadzieścia pięć lat, a przez cały ten czas wciąż podobała się mężczyznom. Już jako młoda dziewczyna cieszyła się ogromnym powodzeniem. I to nie tylko w młodości! Nawet w podstawówce prawie wszyscy chłopcy biegali za Maryną. A przecież nie była klasyczną pięknością. Nie rozwiodła się ze swoim mężem, choć był bardzo skomplikowaną osobą. Maryna wytrwała z Wadem do jego końca. Wychowali córkę, wydali ją za mąż. Jej zięć zabrał Darię do Włoch, teraz przesyłają piękne zdjęcia i zapraszają w odwiedziny. Oni z Wadkiem nigdy się nie wybrali… Może Maryna jeszcze się tam wybierze. Wadek już nie. Mąż Maryny zginął w wypadku samochodowym. Tak bezsensownie… potem usłyszała, że najpewniej źle się poczuł za kierownicą. Złapała go kolka w sercu, spanikował, nie opanował auta. — Może zemdlał? – zastanawiała się. — Już się nie dowiemy. – westchnęła przyjaciółka, lekarka. – Powód: liczne obrażenia niezgodne z życiem. Maryna była w szoku. Koleżanka Ola pomogła wszystko zorganizować. To ona dowiedziała się wszystkich szczegółów swoimi “medycznymi kanałami”. Wadka pochowali i Maryna została sama w ich wspólnie budowanym przez lata domu. Dla dwojga, a jak przyjechali goście, nawet nie wydawał się taki wielki. Ale dla jednej osoby – dla kobiety – był za duży, zbyt pusty, i stał się ciężarem. Dom to dom. Wymaga męskiej ręki… Daria przyjechała pożegnać się z ojcem. Zaczęła rozmowę z mamą o sprzedaży domu, kupnie mieszkania, a nawet o przeprowadzce do Włoch. — O nie! – zaprotestowała Maryna. – Nie po to budowałam ten dom, żeby go sprzedawać. I do tej twojej Italii się nie wybieram! Już ją widziałam… — Mamo! — Oj, Daria, ciemna jesteś! – uśmiechnęła się Maryna przez łzy. – Żartuję. — Skoro żartujesz, to nie jest aż tak źle. Wszystko było skomplikowane. Tak samo, jak sam zmarły mąż. Z jednej strony, Wadek był troskliwy i kochający. Z drugiej – miał swoje humory. Zdarzało się, że w złym nastroju potrafił wykończyć Marynie nerwy. Potem przepraszał, a ona nie przejmowała się takimi sytuacjami. I tak jakoś przeżyli dwadzieścia pięć lat! Zwariować można… Daria pobyła trochę u mamy i wróciła – jej mąż dużo pracował, ona śpieszyła się do swojego domu, żeby podtrzymywać domowe ognisko. Maryna znów została sama. Ale znała siebie i wiedziała, że to nie potrwa długo. I rzeczywiście! Posmutniała przez pół roku, ale gdy otarła łzy, zauważyła, że wokół zebrało się kilku adoratorów. Nawet własna mama dziwiła się, że córka cieszy się takim powodzeniem u panów. — Ciekawe, co oni w tobie widzą? Padają jak muchy! Nie jesteś zbyt piękna… albo czegoś nie rozumiem. — Mamo, jesteś dobra. – śmiała się Maryna, poprawiając szminkę. – Uroda to nic ważnego. Kobieta powinna mieć to coś. — Idź już, kobieto, baw się – rechotała mama. – Bo ci kawaler ucieknie. — Inny się znajdzie. – wzruszała ramionami Maryna. Minęło prawie trzydzieści lat od tej rozmowy, a nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, że po czterdziestce nie ma ani jednego wolnego faceta. Maryna nie rozumiała tego problemu. Miała czterdzieści sześć lat, a już dwaj kawalerowie walczyli o jej rękę, obaj porządni. Marynie serce mocniej biło do Michała. Był bardzo atrakcyjny, inteligentny, ciekawy w rozmowie – i miło było z nim wyjść do ludzi. Ale jeśli chodzi o życie, to był mistrzem właśnie w rozmowach. Maryna, mając już trochę lat i doświadczenia, wiedziała, że Michał nie nadaje się na męża do tak dużego domu. Drugi, Igor, był prostym, solidnym facetem. Z tych, co mogą na imprezie wypić pół morza, ale wszystko im się w rękach pali i udaje. Złote ręce, ułożony charakter, a wewnątrz prawdziwy twardziel. W domu będzie spokojny i czuły jak szczeniak, ale jak trzeba, góry przeniesie dla żony. Tak się złożyło, że Igor podobał się Marynie mniej – ot, kobieca logika. Nie mówił pięknych słów. Trzeźwy był raczej małomówny. Dopiero po alkoholu opowiadał historie, kawały, podtrzymywał rozmowę. I rzeczywiście, wypić umiał dużo, ale nazajutrz brał się do pracy i żył aktywnie. Tego właśnie Igora wybrała Maryna. Michał obraził się za swoje przegrane słowa i odszedł. Maryna wyszła za mąż za Igora, a on był w siódmym niebie. Na weselu wypił o jeden toast za dużo, śpiewał i tańczył do upadłego. — Ty to masz – śmiała się Ola. – Ledwo minął rok po pogrzebie Wadka, a już ponownie wyszłaś za mąż. Nic się nie zmieniło! Inne z lupą szukają faceta, a tobie wystarczy wyjść z domu. — Zaraz powiesz: “Co oni w tobie widzą? Przecież nie jesteś piękna!” — Już przestań… Ale zawsze miałaś podejrzanie wielu adoratorów. — Sama nie wiem, Olu, co oni we mnie widzą. Porozmawiaj z moją mamą o tym. Maryna mrugnęła do przyjaciółki i poszła tańczyć z mężem, który właśnie ją zabrał na parkiet. Tańczyła i odganiała ostatnie wątpliwości. Co z tego, że Igor prostolinijny? Za to silny, złota rączka, przystojny. A że małomówny – może to nawet dobrze. A jakby wybrała Michała, to co? Z samych słów się żyć nie da. Po kilku miesiącach Igor przemienił jej działkę w raj. Wykarczował zbędne drzewa, wyrównał ziemię, założył rabaty, postawił altankę, zadbał o dom. Maryna wiedziała: dobrze wybrała męża. Naprawdę dobrze. Na dodatek Igor zarabiał pieniądze, zawsze starał się sprawiać Marynie radość prezentami. Porównała krótki czas tego małżeństwa z dwudziestu pięciu latami u boku Wadka i szczerze żałowała, że Igora nie spotkała wcześniej. Złoty człowiek! W ciepłe wieczory grillowali na tarasie i jedli w altanie, gdzie Igor postawił piękny drewniany stół i ławki. Maryna, objedzona szaszłykiem, mruczała zadowolona jak kocur. Igor patrzył na nią z uśmiechem. — Czego się tak patrzysz, Igorze? — Po prostu się cieszę. Pierwsza żona Igora była straszną marudą. Już nie wierzył, że spotka kobietę taką jak Maryna. Ich szczęście trwało cztery lata, a potem Igor nagle zaczął czuć się dziwnie… Szybciej się męczył, chudł bez powodu. Po alkoholu, który czasem lubił, czuł się fatalnie. — Igorze, musisz pójść do lekarza! – alarmowała Maryna. – Na co czekasz? Jasno widać, że coś nie gra. — Przestań, Maryśka. Samo przejdzie! — To nie średniowiecze! Jeśli nie przejdzie? Co, boisz się lekarzy, jak większość chłopów? — Nie. Igor nie chciał mówić, czego się boi. Jednego: że jeśli rzeczywiście jest ciężko chory, Maryna go zostawi. Nie będzie chciała żyć z chorym facetem. Nie był głupcem. Rozumiał, że Maryna wyszła za niego raczej praktycznie, nie z wielkiej miłości. Ale on ją kochał ponad wszystko. Zakochał się w tej kobiecie, która w sklepie szukała portfela w torebce i wyglądała na zagubioną. Od razu zapragnął ją chronić do końca życia. Choć mamie Igora wybranka wydawała się dziwna: — Żyj sobie, synku. Ale co ty w niej widzisz? Nie jest piękna, nie ta młodość. Ty jeszcze jesteś świetny! Za tobą niejedna pannica by poszła! A Igor nikogo nie chciał, tylko Marynę. I teraz… jeśli zachoruje, to czy Maryna będzie go potrzebować? Nie dało się go namówić do lekarza. Przyszedł sobotni wieczór, odwiedzili ich Ola z mężem, Borysem. Igor z Borysem pilnowali grilla. Ola w kuchni, siekając sałatkę, powiedziała do Maryny: — Igor coś chory? — Sama nie wiem! – wybuchnęła Maryna. – Błagam go, idź do lekarza. A on swoje! Jesteś lekarką, ty powiedz, on naprawdę jest chory? — Cóż… wygląda gorzej. Jest chudy. I wydaje mi się, że skóra mu pożółkła. — O Boże! Olka, przymuś go do lekarza! Może ciebie posłucha. Proszę cię jak Boga. Ola popatrzyła uważnie na przyjaciółkę. — Maryno… ty go kochasz? Bo pamiętam twoje wahania… Maryna przygryzła wargę i nie odpowiedziała. Ola nie zdążyła przekonać Igora – zasłabł przy stole. Wezwali karetkę. Maryna pojechała z nim. Igor nie odzyskiwał przytomności. Maryna trzymała go za rękę, modląc się. Zoperowali go natychmiast. — Guz wątroby. — Rak?! – przestraszyła się Maryna. — Czekamy na wyniki. Na szczęście guz był łagodny, choć spory. Lekarze zabronili Igorowi praktycznie wszystkiego, ostrzegli, że rekonwalescencja potrwa długo i nie wiadomo, czy wszystko wróci do normy – wiek już nie ten. Igor zupełnie się załamał. W szpitalu odwiedziła go mama. Maryna była w pracy, mama przyszła rano. Przyniosła to, co wolno Igorowi jeść – lista była krótka. — Synku, nie poznaję cię! – rzekła Teresa. – Czemu taki smutny? Przecież życie uratowali! Nie masz raka. Ciesz się! Na, zjedz parowe kotlety. — Nie chcę jeść. — Trzeba! O co chodzi? Maryna przychodzi? — Przychodzi… na razie. – rzekł Igor. — A co, boisz się, że cię zostawi? Głupia by była! — Przecież już po mnie! Nic nie mogę, nawet pracować. Jestem wrakiem! Komu potrzebny inwalida? — Co tu krzyczycie? – zdziwiła się Maryna, wchodząc. – Dzień dobry, pani Tereso! — Chyba pójdę już. Cześć, Maryno. I trzymajcie się. — Co się stało? Mama Igora machnęła ręką i wyszła. Maryna umyła ręce, podeszła do łóżka zirytowanego męża. — Co się wściekasz, inwalido? Ręce, nogi na miejscu. Z resztą dasz radę. Wiesz, co czytałam o wątrobie? — No co? — Że sama się regeneruje. Jeśli zostanie 51% – odrośnie cała. Ty masz 60% – poczekaj trochę, organizm sobie poradzi. — Ale czy mam na to czas? — Co? — Czas. — Igor, o co chodzi? Coś mi ukrywasz? Lekarze zatajają coś na twoją prośbę? — Nie o to mi chodzi… Wypisali Igora do domu – zaczął dla niego najtrudniejszy czas. Każda praca – nawet mała – wyczerpywała go błyskawicznie. To go najbardziej dołowało. A zbliżały się jego urodziny – i myśl o nich pogłębiała żal. Jeść nic nie wolno, pić nie można. Super urodziny! Maryna zdawała się nic nie widzieć i z entuzjazmem jadła razem z nim dietetyczne posiłki. — Marysiu… – odważył się w końcu. – Co z nami będzie? — Jak to? — No… powoli dochodzę do siebie. Zostawisz mnie, prawda? Powiedz lepiej od razu. — Dlaczego mam cię zostawić, głupku? Jest mi z tobą świetnie. — Bo dopóki wszystko robiłem, było ci dobrze. A teraz co? Nawet mi samemu ze sobą niedobrze. — Nie gadaj głupot! Weź się w garść! — Staram się! Ale dwa razy machnę młotkiem i padam. Maryna objęła go od tyłu, przytuliła się do karku. — Kocham cię. Nigdy cię nie zostawię. A rekonwalescencją się nie przejmuj. Powoli i do przodu. — Naprawdę kochasz? Serio? — Naprawdę-naprawdę. Maryna nie zostawia Igora. Wraca do sił, powoli, ale wraca. Zorganizowała mu urodziny bez alkoholu, żeby nie cierpiał samotnie, że nie może pić. Przyszło paru przyjaciół, siedzieli w altanie, grali w planszówki. — Masz szczęście do żony, Igorze – mówili kumple, wychodząc. — Pewnie teraz się napijecie za moje zdrowie? – ironizował Igor. Pośmiali się, rozeszli. Wieczorem z Maryną siedzieli na ganku i patrzyli w gwiazdy. Byli szczęśliwi. Tego wieczoru Igor pierwszy raz od miesięcy poczuł się lepiej. Uwierzyl, że będzie zdrowiał. I że żona faktycznie go nie zostawi. Przytulił Marynę jeszcze mocniej. — Co jest, Igorze? — Wszystko dobrze! – powiedział. — No w końcu. – śmiała się Maryna i pocałowała go w policzek. Byli szczęśliwi… 💬 Drodzy Czytelnicy, jeśli chcecie jeszcze więcej naszych historii – zostawcie komentarz i nie zapomnijcie o “lajku”. To daje nam siłę pisać kolejne opowieści!