Halina! Halina, gdzieś ty się podziała? – rozlegał się głos Mieczysława z pokoju. – Pospiesz się!
– Idę, idę! – odpowiedziała Halina, wycierając ręce w fartuch. – Co się stało? Pożar?
– Ależ nie! Lepiej! O wiele lepiej! – Mąż podbiegł, gdy weszła, chwycił ją za łokcie. – Słuchaj, pamiętasz Nowakowskiego, mojego starego szefa? Tego, co w zeszłym roku odszedł na emeryturę?
– Oczywiście. Co z nim? – Halina zaniepokoiła się. Gdy Mieczysław tak się emocjonował, zazwyczaj oznaczało kłopoty.
– Właśnie dzwonił! Wyobraź sobie, sprzedaje mieszkanie w centrum, trzypokojowe! A nam proponuje kupno! Prawie za darmo, Halinko! Mówi, odda za pół ceny, bo mu kiedyś w jednej sprawie pomogłem. Pamiętasz, załatwiłem wtedy pracę jego siostrzeńcowi?
Halina powoli osunęła się na krzesło. Myśli zakręciły się w głowie jak płatki w zamieci.
– Mieciu, jakie mieszkanie? O czym ty mówisz? Przecież nie mamy takich pieniędzy!
– A to właśnie jest sedno! – Mieczysław przysiadł na podłokietniku, mówił szybziej, podniecony. – Nowakowski mówi, że może być na raty! Małymi kwotami, on się nie śpieszy. Sam przecież do córki na wieś wyjeżdża, miejskie mieszkanie niepotrzebne. Halinko, rozumiesz? Ciaśniemy się całe życie w tej kawalerce, a tu taka szansa!
– Mieciu, poczekaj… – Halina potarła skronie. – A po co nam trzypokojowe? Dzieci dorosły, mieszkają osobno. Nam i tego w zupełności wystarcza.
– Jak to po co?! – Mieczysław zerwał się, zaczął chodzić po pokoju. – Halinko, ty przecież rozsądna jesteś! Przyjadą wnuki, gdzie będą mieszkać? A gdy się zestarzejemy, może dzieci do nas się wprowadzą, żeby się nami zaopiekować. Albo pielęgniarkę zatrudnimy, ona też pokój potrzebuje!
Halina patrzyła w milczeniu na męża. Trzydzieści lat razem, a on wciąż ten sam marzyciel. Zawsze mu się wydaje, że wielkie szczęście jest tuż-tuż, byle rękę wyciągnąć.
– A ile to kosztuje? – zapytała ostrożnie.
– Cóż, pierwsza wpłota niewielka, sto pięćdziesiąt tysięcy. Potem co miesiąc dwadzieścia pięć.
– Sto pięćdziesiąt tysięcy?! – Halina aż podskoczyła. – Mieciu, oszalałeś? Skąd weźmiemy tyle pieniędzy?!
– A właśnie, Halinko, wszystko obmyśliłem – Mieczysław usiadł koło żony, wziął ją za ręce. – Pamiętasz, mama zostawiła mi pierścionek po babce? Ten z diamentem? Wyceniałem w lombardzie, wart może czterysta tysięcy. Sprzedamy – i starczy!
Halina gwałtownie wyrwała dłonie.
– Pierścionek?! Mieczysławie, jak możesz?! To pamiątka po twojej matce! Kiedy umierała, włożyła ci go na palec!
– No i co? – Mieczysław wzruszył ramionami. – Mama chciała, żebyśmy żyli godnie. Otóż będziemy! W dużym mieszkaniu, w samym centrum!
– A jeśli nie podołamy ratom? Jeśli coś się stanie? Zachorujemy, stracisz pracę?
– Nic się nie stanie! – Machnął ręką. – Halinko, to szansa! Rozumiesz? Takie okazje zdarzają się raz w życiu!
Halina wstała, podeszła do okna. Na zewnątrz padał deszcz, po szybie spływały mętne strużki. Zupełnie jak jej myśli teraz – wszystko pomieszane, nic nie jasne.
– Mieciu, a rozmawiałeś z dziećmi? Co powiedzą?
– A co mają powiedzieć? Ucieszą się! Wyobraź sobie minę Małgorzaty? A jak Szymon będzie dumny – rodzice w centrum!
Małgorzata, starsza córka, uczyła w szkole. Wiecznie zajęta, wiecznie zmęczona. Szymon, młodszy, po wojsku wyjechał do Krakowa, rzadko dzwonił. Czy ucieszą się z nowego mieszkania rodziców? Halina wątpiła.
– Posłuchaj – powiedziała, nie odwracając się – może nie spieszmy się? Pomyślimy, poradźmy się…
– Z kim się poradzić?! – Mieczysław rozłożył ręce. – Halinko, Nowakowski jutro wyjeżdża do córki! Trzeba decydować dziś! Bo inaczej ktoś inny kupi to mieszkanie!
– A czemu akurat nam je proponuje? – spytała nagle Halina. – Czyżby nie miał innych znajomych?
– No… Mówi, że jesteśmy ludźmi godnymi zaufania. Sprawdzonymi.
Coś w głosie męża skłoniło Halinę do odwrócenia się. Mieczysław unikał jej wzroku, obracał brzeg obrusa.
– Mieciu, mówisz mi całą prawdę?
– Jasne! A co mógłbym ukrywać?
– Nie wiem. Ale mam wrażenie, że coś przemilczasz.
Mieczysław zamilkł
Pozostali więc uwięzieni wśród wysokich sufitów swego marzenia, dławiąc się pustką, która rozrosła się tam, gdzie niegdyś tliło się ciepło ich dawnego, skromnego życia – obcy nawet sami sobie w tych szerokich murach.



