Pracowałam przez siedem lat w tej samej firmie, w samym centrum Warszawy, gdzie biurowce wyglądają jak klocki z cegieł z dzieciństwa.
Zaczynałam jako młodsza asystentka, potem brnąc przez gęsty sen pnącego się parkietu, awansowałam na koordynatorkę działu administracyjnego.
Dwa lata później udało mi się ściągnąć do pracy moją najlepszą przyjaciółkę, Zofię była cicha jak liszka, którą czasem śniłam pod swoim łóżkiem.
Nauczyłam ją wszystkiego: pokazywałam tajemnicze ścieżki systemu, dzieliłam się kontaktami, a nawet zamiatałam jej błędy pod dywan, żeby nikt ich nie zauważył i żeby jej nie wyrzucili.
Każdy lunch to był nasz wspólny rytuał.
Wieczorami, w piątki, włóczyłyśmy się pod neonami Nowego Światu, śmiejąc się jak dzieci sypiące piaskiem w oczy cieniom.
Zosi ufałam bardziej niż własnym snom.
Pół roku temu, gdy schody na piętro wydawały mi się bardziej strome niż zwykle, ogłoszono otwarcie pozycji menedżerskiej.
Mój szef pan Rutkowski, którego marynarka zawsze pachniała mokrą gazetą powiedział, że jestem jedną z mocnych kandydatek.
Wtedy zaczęłam przychodzić wcześniej, wychodzić ostatnia, brać na siebie zupełnie niepotrzebne obowiązki, jakby biegała za mną wierna kura i znosiła złote jajka.
Zosia ciągle powtarzała mi przy windzie: To twoje stanowisko, należy ci się!
Dasz radę. Opowiadałam jej o wszystkim, nawet o moich strategiach na rozmowę kwalifikacyjną, jakbym przekazywała magiczne zaklęcia.
W dzień rozmowy zobaczyłam ją nagle, jak pojawia się przy gabinecie prezesa, z aktówką pod pachą jak z bajki o Smoku Wawelskim.
Nie powiedziała mi o tym ani słowa wcześniej.
Spojrzała tylko na mnie bladymi oczami i szepnęła: Postanowiłam spróbować. W duchu szukałam logicznego sensu, ale świat wirował jak karuzela na Bielanach.
Tydzień później ogłoszono wynik to Zosia została menedżerką.
Siedziałam przy biurku, ekran komputera stawał się rozmytą taflą wody nie byłam w stanie się ruszyć ani odezwać.
Potem zaczęły dziać się rzeczy nierealne: Zosia, już jako moja szefowa, przewracała do góry nogami procesy, które wcześniej stworzyłam niczym układankę puzzle.
Odrzucała mnie od ważnych zadań, wymagała absurdalnych raportów.
Koleżanka z działu, Agata, powiedziała mi po cichu, że Zosia na zebraniach mówi, że nie mam predyspozycji przywódczych.
Dodała, że wiele pomysłów moje własne Zosia przedstawiała jako swoje.
Czułam się, jakby z moich myśli utkane zostały jej nowe sukienki.
Pewnego popołudnia przy kawie, gdy za oknem przechodził tłum bez twarzy, zapytałam ją wprost: Dlaczego to powiedziałaś o mnie? Spojrzała na mnie chłodno, jakby śniła o kimś innym, i odpowiedziała: To praca, nie przyjaźń.
Musiałam zabezpieczyć swoją pozycję. Przypomniałam jej wszystko, co dla niej zrobiłam.
Wzruszyła ramionami: Na to się zdecydowałaś.
Nikt cię do tego nie zmuszał.
Od tego momentu powietrze w biurze było ciężkie jak krupnik babci duszące, nie do przełknięcia.
Zosia rozmawiała ze mną chłodno, wytykała mi błędy na oczach innych, przydzielała absurdalne zadania jak rzodkiewki do obiadu.
Wracałam do domu na Żoliborz, z oczami pełnymi łez, szukając pocieszenia w kubku herbaty z cytryną.
W środku dusiła mnie myśl, żeby rzucić tę pracę, a zarazem żal, że odejdę bez słowa i wszystko puszczę płynąć nurtem Wisły.
Teraz stoję na rozstaju, niczym w surrealistycznym labiryncie zostać w tej szarości, byle tylko nie szukać nowej pracy i nie walczyć znów od zera?
A może rzucić wszystko i pozwolić sobie zacząć od początku, jak we śnie, w którym można być kimś zupełnie innym?
Ciekawe, czy ty też byś został, czy odszedł bez słowa?


