Stanisław długo błąkał się po obcym, dużym mieście, aż w końcu dotarł na dworzec. Nogi bolały go ze zmęczenia, a nastrój miał do niczego. Z taką radością tu przyjechał, a teraz musi wracać w takich okolicznościach. Niczego nie zawinił, a ucieka jak kot, który nabroił.
Zauważył wolne miejsce w poczekalni i usiadł, żeby odpocząć. „Odetchnę chwilę, potem pójdę sprawdzić bilety. Te pięć minut nic nie zmieni. Dobrze, że nie kupiłem wcześniej powrotnego. Myślałem, że zostanę na tydzień… No cóż.”
Gdy poczuł, że nogi trochę odpoczęły, zarzucił na plecy sportową torbę, która nagle wydała mu się nie do uniesienia, i ruszył do kasy. Czekając w kolejce, obserwował dworcowy ruch i zastanawiał się, co zrobi, jeśli nie będzie biletów. Ale kasjerka wręczyła mu jeden. Tylko że pociąg odjeżdżał dopiero za trzy godziny. Trudno. Najważniejsze, że ma bilet i wraca do domu.
Stanisław schował bilet i dowód osobisty do kieszeni płaszcza, rozejrzał się. Jego miejsce już ktoś zajął. Wyszedł na peron. Przy ścianie dworca też stały ławki. Na jednym z peronów gotowy do odjazdu był ekspres. Tablica elektroniczna przy peronie szóstym pokazywała czas odjazdu i cel podróży. Wszyscy pasażerowie już wsiedli, bo ławki stały puste.
Uporczywy zapach karboliny i kurzu mieszał się z dymem papierosowym, odorem alkoholu i potem nieumytych ciał. Nawet świeże powietrze nie pomagało. Przez dworzec przewijały się codziennie tysiące ludzi, w tym bezdomni i pijani.
Stanisław usiadł na ławce, skąd dobrze było widać wszystkie tablice i perony, przygotował się na czekanie. W myślach odtwarzał rozmowę z wnukiem Haliny, za późno przychodziły mu do głowy właściwe słowa i argumenty — wtedy się zagubił…
— Wolne? — usłyszał obok męski głos.
Podniósł wzrok i zobaczył przed sobą młodego mężczyznę w eleganckim garniturze, z małą walizką na kółkach.
— Wolne, proszę siadać — odparł, odsuwając się nieco, choć miejsca było dość. Zauważył, że na pozostałych ławkach też siedzieli ludzie.
Mężczyzna usiadł na drugim końcu ławki, poluzował krawat, po czym ustawił walizkę obok siebie.
— W delegację pan jedzie? — zapytał Stanisław, któremu chciało się porozmawiać, usłyszeć ludzki głos.
— Nie, wracam do domu — odpowiedział niechętnie, spoglądając na niego.
— Ja też wracam — westchnął Stanisław.
— Też z delegacji? — spytał z lekkim niedowierzaniem.
— Nie. W odwiedziny przyjechałem. Myślałem, że zostanę na tydzień, ale nie wyszło. — Stanisław opuścił głowę.
— Wyrzucili pana? — zapytał ze współczuciem.
— Coś w tym rodzaju. Siedzę tu, czekam na pociąg do Gdańska. A pan?
— Nie ułożyło się nam. Też muszę wracać wcześniej. Musiałem zmienić bilet.
— Jaki wagon? — zaciekawił się Stanisław.
— Jedenasty.
— To pojedziemy razem. A przedział nie piąty przypadkiem?
— Piąty — powiedział z niedowierzaniem i sięgnął po bilet. Spojrzał, skinął głową, schował go z powrotem. Poklepał się po kolanach.
— Ale zbieg okoliczności. Dopiero co pan kupił bilet? — Przyjrzał się Stanisławowi uważniej. Przecież mieli jechać razem całą drogę.
— Tak.
— Ja miałem wracać za dwa dni, ale żona zadzwoniła, córka zachorowała. Powiedziała, że nawet boi się głośno wymówić diagnozy, płacze. Musiałem przerwać delegację.
— Samolotem byłoby szybciej — zauważył Stanisław.
— Boję się latać, szczerze mówiąc. Pociągiem spokojniej.
W tej chwili w kieszeni marynarki mężczyzny zadzwonił telefon. Wyjął go i odebrał. Stanisław odwrócił się, dając do zrozumienia, że nie podsłuchuje.
— Cześć. Tak, na dworcu, już mam bilet… Też miałem nadzieję… Też tęsknięStanisław wziął Galię za rękę i już wiedział, że nigdy więcej nie pozwoli, by strach lub czyjeś słowa odebrały im to, na co czekali całe życie.



