Poznałam moją „przyjaciółkę” na kursie przygotowującym do rekrutacji w bardzo prestiżowym miejscu pracy. Szczerze mówiąc, miałam trudności z częścią materiału, a ona bardzo mi pomagała. Z czasem skończyłyśmy kurs i utrzymywałyśmy kontakt. Ona nadal była zależna finansowo od rodziców, ja byłam mężatką i nie miałam ich wsparcia. Szukałam pracy i znajomy mnie polecił, ale cały proces się przeciągał. Widywałyśmy się rzadko, bo ona często odwoływała spotkania, tłumacząc się, że „jest już późno”. Byłam zajęta, ale pozostawałyśmy w kontakcie, aż przyszedł czas składania dokumentów i egzaminów. Nie pracowałam już wtedy, a każdą złotówkę odkładałam na leczenie. Jej rodzice opłacali wszystko. Ona dostała się za pierwszym razem, mnie nie przyjęto, choć próbowałam jeszcze dwa razy. Prosiłam ją o pomoc, ale zawsze była zajęta, potem zniknęła na dwa miesiące. Szukałam dalej pracy i znalazłam ją dopiero w połowie lutego – to był ciężki okres. Gdy już pracowałam również w weekendy, pod koniec lutego napisała, że chce się spotkać w marcu. Wahałam się, bo bolała mnie nieudana rekrutacja, ale się zgodziłam – była dla mnie wyjątkową osobą. Na sobotę musiałam brać wolne, przysłałam jej w piątek wiadomość, zero odpowiedzi. W sobotę także cisza. Przez nią miałam kłopoty w pracy, a ona odezwała się dopiero w poniedziałek, twierdząc, że miała „rodzinny problem”. Wściekłam się i przez trzy miesiące nie odpisywałam. Potem przeszłam operację i przez przypadek zadzwoniła. Powiedziałam, że jestem świeżo po zabiegu, ale chwilę rozmawiałyśmy. Obiecała zadzwonić później – nie zadzwoniła. Po dwóch miesiącach napisała, że chce się spotkać, ale tylko w tygodniu. Wtedy znów się uczyłam i nie mogłam opuszczać zajęć, które były kosztowne. Początkowo się wahałam, ale ostatecznie odmówiłam. Potem dzwoniła do mnie, niby pytając, co u mnie, a miałam wrażenie kpin – wypytywała o sprawy rodzinne, dociekała czy moi rodzice się rozwiedli (to jej się przydarzyło, nie mi). Zaczęłam to dostrzegać i coraz bardziej się odsuwałam: odpowiadałam lakonicznie, czasem wręcz nieprawdziwie. Stopniowo usuwałam ją z mediów społecznościowych, a w marcu kolejnego roku zablokowałam ostatnie kanały kontaktu. Napisała, ale ją zignorowałam. Dzień po moich urodzinach zadzwoniła z pretensjami, twierdząc, że zawsze chciała mi pomóc i nie rozumie mojego postępowania. Odpowiedziałam, że nie mam dla siebie czasu, ale na zdjęcia z innymi go znajduję. Powiedziałam jej: — Od dziś bądź wśród innych ludzi. Na koniec stwierdziła, że po prostu chciała mi pomagać i już się więcej nie odezwie. To mnie bardzo zabolało. Czuję, że już nie potrafię łatwo ufać ludziom. Ona chciała, żebym miała się dobrze, ale nie lepiej od niej. Tak naprawdę nigdy o mnie nie dbała, mimo że ja okazywałam jej uwagę i wsparcie. Czasem się zastanawiam, czy nie byłam dla niej też romantycznym obiektem, bo robiła uwagi o moim partnerze i komentowała zdjęcia innych dziewczyn. Byłam wobec niej szczera i otwarta – myślę, że tu popełniłam błąd. Boli mnie świadomość, że jej nie zależało: chciała po prostu trzymać mnie blisko. Myślałam, że to przyjaźń i że mamy dużo wspólnego, ale się myliłam. Teraz już niełatwo mi zaufać. Chciałabym mieć więcej przyjaciół, ale to trudne.

Poznałam swoją przyjaciółkę podczas kursu, na który poszłam, żeby dostać się do pracy w bardzo prestiżowym miejscu w Warszawie. Szczerze mówiąc, nie ogarniałam połowy materiału, a ona była wtedy moją dobrą wróżką od notatek. Minęło trochę czasu, skończyłyśmy kurs i zostałyśmy w kontakcie. Ona nadal finansowo wisiała na rodzicach, podczas gdy ja byłam zamężna i nie miałam już tego luksusu.

Szukałam pracy i akurat kumpel mnie polecił oczywiście proces rekrutacyjny ciągnął się jak makaron. Widzieliśmy się z przyjaciółką kilka razy, ale często odwoływała spotkania tekstem za późno już, nie dam rady. Ja byłam zajęta, ale starałyśmy się kontakt utrzymać, aż obie dostałyśmy zaproszenie do składania papierów i pisania egzaminów. W tym czasie już nie pracowałam, zbierałam złotówki na drobne medyczne wydatki. Ona? Rodzice opłacali jej absolutnie wszystko.

Na egzaminach przyjęli ją od razu, mnie nie. Jeszcze dwa podejścia i znowu nic. Poprosiłam ją o wspólne powtórki, ale nagle była wiecznie zajęta. W grudniu i styczniu kompletnie przepadła. Ja dalej rozsyłałam CV, ale do połowy lutego tylko Polsat się odezwał, ale raczej w sprawie konkursu niż pracy. Było mi ciężko. Gdy w końcu znalazłam robotę, śmigałam na zmiany nawet w soboty i niedziele.

Pod koniec lutego ona nagle się ożywia, pisze, że może w marcu się spotkamy, co ty na to? No, ja nie byłam już zachwycona powrotem do tych klimatów bolało mnie, że nie dostałam się tam, gdzie ona, ale zgodziłam się. Ustaliłyśmy sobotę, musiałam wybłagać u szefa wolne. Piszę jej w piątek cisza. W sobotę dalej nic. Spotkania nie było, za to mi się dostało w pracy. A przyjaciółka napisała w poniedziałek na WhatsAppie, że rodzinny problem. Prawda, rodzeństwo, pies się rozchorował, albo złamała paznokieć? Wiadomo.

Wkurzyłam się i przez trzy miesiące nie odpisywałam. Potem trafiłam do szpitala na operację i zbiło się tak, że przypadkiem zadzwoniła. Powiedziałam, że jestem świeżo po zabiegu i nie do życia, ale chwilę pogadałyśmy. Ona na to:
Wyśpij się i dam ci znać, jak się czujesz.
No i oczywiście nie zadzwoniła.

Minęły dwa miesiące. Nagle ona znowu spotkajmy się, ale tylko w tygodniu. A ja już miałam popołudniowe zajęcia i każda godzina kosztowała mnie fortunę. Najpierw się wahałam, potem jednak odmówiłam.

Potem zaczęła dzwonić, pytać, jak mi się żyje, a ja słyszałam w głosie kpinę. Ciągle pytała o moich rodziców, czy już są po rozwodzie no bo u niej już temat zamknięty. Serio, jakby to była moja wina. Zaczęłam wyłapywać te uszczypliwości i coraz bardziej się dystansowałam odpisywałam zdawkowo, czasem ściemniałam.

Z czasem coraz mniej jej było w moich mediach społecznościowych, aż w marcu usunęłam ją ostatni raz i to już na dobre. Coś tam napisała, ale ją zignorowałam. Zadzwoniła dzień po moich urodzinach, żeby zrobić mi wykład że zawsze chciała mi pomagać i nie rozumie, czemu ją wycięłam. Odpowiedziałam tylko, że nie mam czasu nawet na siebie, a ona mi wypomina, że wrzucam zdjęcia z innymi ludźmi. Powiedziałam:
Zostaw mnie, spotykaj się z kim chcesz.

Na koniec stwierdziła, że po prostu chciała pomóc i… już nie będzie się ze mną kontaktować. Szczerze? To mnie naprawdę zabolało. Czuję, że mam teraz problem z zaufaniem. Chciała, żebym była ok, ale nie bardziej ok niż ona. Nigdy się tak naprawdę mną nie interesowała, choć ja zawsze starałam się być wobec niej fair.

Czasami myślę, że może podobałam jej się trochę za bardzo, bo komentowała mojego męża, chciała go za wszelką cenę zapraszać albo komentowała zdjęcia innych dziewczyn w przewrotny sposób. A ja? Szczera, prostolinijna, rozkładałam serce na dłoni i to był mój błąd. Boli, bo jej nigdy nie zależało: bardziej chciała mnie trzymać w rezerwie. Naprawdę myślałam, że to taka prawdziwa przyjaźń, że mamy wspólnego więcej niż tylko herbatę z torebki. Jednak nie. Teraz trudno mi się otworzyć. Chciałabym mieć więcej znajomych, ale no cóż nie wychodzi.

Rate article
Fajna Tajna
Poznałam moją „przyjaciółkę” na kursie przygotowującym do rekrutacji w bardzo prestiżowym miejscu pracy. Szczerze mówiąc, miałam trudności z częścią materiału, a ona bardzo mi pomagała. Z czasem skończyłyśmy kurs i utrzymywałyśmy kontakt. Ona nadal była zależna finansowo od rodziców, ja byłam mężatką i nie miałam ich wsparcia. Szukałam pracy i znajomy mnie polecił, ale cały proces się przeciągał. Widywałyśmy się rzadko, bo ona często odwoływała spotkania, tłumacząc się, że „jest już późno”. Byłam zajęta, ale pozostawałyśmy w kontakcie, aż przyszedł czas składania dokumentów i egzaminów. Nie pracowałam już wtedy, a każdą złotówkę odkładałam na leczenie. Jej rodzice opłacali wszystko. Ona dostała się za pierwszym razem, mnie nie przyjęto, choć próbowałam jeszcze dwa razy. Prosiłam ją o pomoc, ale zawsze była zajęta, potem zniknęła na dwa miesiące. Szukałam dalej pracy i znalazłam ją dopiero w połowie lutego – to był ciężki okres. Gdy już pracowałam również w weekendy, pod koniec lutego napisała, że chce się spotkać w marcu. Wahałam się, bo bolała mnie nieudana rekrutacja, ale się zgodziłam – była dla mnie wyjątkową osobą. Na sobotę musiałam brać wolne, przysłałam jej w piątek wiadomość, zero odpowiedzi. W sobotę także cisza. Przez nią miałam kłopoty w pracy, a ona odezwała się dopiero w poniedziałek, twierdząc, że miała „rodzinny problem”. Wściekłam się i przez trzy miesiące nie odpisywałam. Potem przeszłam operację i przez przypadek zadzwoniła. Powiedziałam, że jestem świeżo po zabiegu, ale chwilę rozmawiałyśmy. Obiecała zadzwonić później – nie zadzwoniła. Po dwóch miesiącach napisała, że chce się spotkać, ale tylko w tygodniu. Wtedy znów się uczyłam i nie mogłam opuszczać zajęć, które były kosztowne. Początkowo się wahałam, ale ostatecznie odmówiłam. Potem dzwoniła do mnie, niby pytając, co u mnie, a miałam wrażenie kpin – wypytywała o sprawy rodzinne, dociekała czy moi rodzice się rozwiedli (to jej się przydarzyło, nie mi). Zaczęłam to dostrzegać i coraz bardziej się odsuwałam: odpowiadałam lakonicznie, czasem wręcz nieprawdziwie. Stopniowo usuwałam ją z mediów społecznościowych, a w marcu kolejnego roku zablokowałam ostatnie kanały kontaktu. Napisała, ale ją zignorowałam. Dzień po moich urodzinach zadzwoniła z pretensjami, twierdząc, że zawsze chciała mi pomóc i nie rozumie mojego postępowania. Odpowiedziałam, że nie mam dla siebie czasu, ale na zdjęcia z innymi go znajduję. Powiedziałam jej: — Od dziś bądź wśród innych ludzi. Na koniec stwierdziła, że po prostu chciała mi pomagać i już się więcej nie odezwie. To mnie bardzo zabolało. Czuję, że już nie potrafię łatwo ufać ludziom. Ona chciała, żebym miała się dobrze, ale nie lepiej od niej. Tak naprawdę nigdy o mnie nie dbała, mimo że ja okazywałam jej uwagę i wsparcie. Czasem się zastanawiam, czy nie byłam dla niej też romantycznym obiektem, bo robiła uwagi o moim partnerze i komentowała zdjęcia innych dziewczyn. Byłam wobec niej szczera i otwarta – myślę, że tu popełniłam błąd. Boli mnie świadomość, że jej nie zależało: chciała po prostu trzymać mnie blisko. Myślałam, że to przyjaźń i że mamy dużo wspólnego, ale się myliłam. Teraz już niełatwo mi zaufać. Chciałabym mieć więcej przyjaciół, ale to trudne.