Poznałam moją „przyjaciółkę” na kursie przygotowawczym do rekrutacji na prestiżowe stanowisko — miałam trudności z materiałem, ona mi pomagała, a potem utrzymywałyśmy kontakt, mimo że finansowo byłam zdana na siebie (jako mężatka bez wsparcia rodziny), a ona wciąż żyła na koszt rodziców; gdy przyszło do egzaminów, ona dostała się od razu, mnie odrzucano mimo wielokrotnych prób i jej braku pomocy, a gdy wreszcie znalazłam pracę po ciężkich miesiącach, nie dotrzymała umówionego spotkania, na co reagowałam dystansem — z czasem kontakt się rozluźniał, a jej docinki i pytania o rodzinę coraz bardziej mnie raniły, aż w końcu usunęłam ją ze wszystkich mediów społecznościowych i po nieprzyjemnej telefonicznej rozmowie straciłam zaufanie do ludzi, bo jej „przyjaźń” okazała się zawistna, interesowna, a być może nawet podszyta ukrytym romantycznym uczuciem — do dziś trudno mi znowu komuś zaufać i tworzyć prawdziwe przyjaźnie.

Poznałem moją przyjaciółkę podczas kursu, który odbywałem, żeby móc aplikować do bardzo prestiżowej instytucji w Warszawie. Szczerze mówiąc, nie ze wszystkim sobie tam radziłem i ona mi wtedy sporo pomagała z materiałem. Z czasem ukończyliśmy kurs i zostaliśmy w kontakcie. Ona wciąż była na utrzymaniu rodziców, a ja byłem żonaty i nie miałem tej wygody rodzice mieszkali daleko i sam musiałem się utrzymać.

Szukając pracy, miałem szczęście, bo kolega załatwił mi rekomendację, ale proces rekrutacyjny ciągnął się bardzo długo. Widzieliśmy się kilka razy, choć często spotkania odwoływała, tłumacząc się, że już za późno. Ja byłem też mocno zajęty, ale mimo wszystko utrzymywaliśmy kontakt, aż nadszedł moment składania dokumentów i egzaminów. Wtedy byłem już bezrobotny i oszczędzałem pieniądze na niezbędne zabiegi medyczne. U niej rodzice pokrywali wszystkie koszty.

Podczas egzaminów ona została przyjęta od razu, mnie się nie udało. Próbowalem jeszcze dwa razy, ale bez powodzenia. Poprosiłem ją o pomoc przy nauce, ale mówiła, że jest zbyt zajęta. Potem całkiem zniknęła w grudniu i styczniu. Ja dalej szukałem pracy i nic się nie trafiło aż do połowy lutego. To był bardzo ciężki czas. Kiedy w końcu dostałem pracę, pracowałem zarówno w tygodniu, jak i w weekendy.

Pod koniec lutego odezwała się do mnie, mówiąc, że chce się spotkać w marcu, umówić się na kawę. Wahałem się, bo już nie miałem ochoty widywać ludzi z tej branży bolało mnie, że nie zostałem przyjęty ale się zgodziłem, bo była dla mnie wyjątkową osobą. Spotkanie miało być w sobotę, musiałem więc poprosić w pracy o wolne. Napisałem do niej w piątek wieczorem, ale nie odpisała. Nie odpisała też w sobotę. Spotkanie się nie odbyło. Przez to miałem później nieprzyjemności w pracy, a przyjaciółka odezwała się dopiero w poniedziałek przez WhatsAppa, że miała rodzinny problem.

Wkurzyłem się i przez trzy miesiące w ogóle jej nie odpisywałem. Później przeszedłem operację i przez przypadek się do mnie dodzwoniła. Powiedziałem jej, że dochodzę do siebie i jestem bardzo rozbity emocjonalnie, ale mimo to porozmawiałem z nią chwilę. Powiedziała:
Jeśli chcesz, utnij sobie drzemkę, odezwę się później i zapytam, jak się czujesz.
Oczywiście, nie zadzwoniła.

Minęły kolejne dwa miesiące. Odezwała się znów, że chce się spotkać, ale może tylko w tygodniu. Wtedy studiowałem popołudniami i nie mogłem sobie pozwolić na opuszczanie zajęć, które słono kosztowały nie dla niej. Początkowo niepewnie wyraziłem zgodę, ale w końcu odmówiłem.

Potem zaczęła czasem dzwonić, pytać co u mnie, ale miałem wrażenie, że jest w tym jakaś złośliwość, że traktuje mnie z góry. Dopytywała o moją rodzinę, ciągle mimochodem rzucała uwagi, czy moi rodzice już wzięli rozwód. A to przecież nie moja wina to jej rodziców się dawno rozeszli. Z czasem dostrzegłem te zaczepliwe komentarze i stopniowo ograniczałem kontakt, skracając odpowiedzi albo nawet wymyślając preteksty.

Zacząłem ją usuwać z moich mediów społecznościowych; w marcu następnego roku zniknęła z ostatniego. Napisała jeszcze raz nie odpisałem jej. Dzień po moich urodzinach zadzwoniła z pretensjami. Stwierdziła, że zawsze starała się mi pomóc i nie rozumie, czemu ją odtrąciłem. Odpowiedziałem, że nie mam czasu nawet dla siebie, ale widocznie mam czas, żeby wrzucać zdjęcia z innymi. Powiedziałem jej jeszcze:
Spędzaj czas z innymi.
Na koniec oznajmiła, że chciała tylko mojego dobra i nie będzie już się więcej odzywać. Przyznam bardzo mnie to zabolało. Dziś czuję, że trudno mi komuś zaufać. Chciała, żebym sobie radził, byle nie lepiej niż ona. Nigdy naprawdę na mnie jej nie zależało, mimo moich starań i otwartego serca.

Czasami myślę, że byłem dla niej kimś więcej niż kolegą, bo żartowała z mojego żony, chciała, żebym ją ze sobą zabierał, komentowała zdjęcia innych dziewczyn. Ja zawsze byłem szczery i prawdziwy i chyba właśnie to był mój błąd. To boli, bo dla niej byłem raczej opcją, niż przyjacielem. Wierzyłem w prawdziwą przyjaźń, wydawało mi się, że mamy wiele wspólnego, ale okazało się, że się myliłem. Teraz naprawdę niełatwo mi nawiązywać nowe znajomości, chociaż chciałbym mieć więcej przyjaciół. To jest trudne.

Rate article
Fajna Tajna
Poznałam moją „przyjaciółkę” na kursie przygotowawczym do rekrutacji na prestiżowe stanowisko — miałam trudności z materiałem, ona mi pomagała, a potem utrzymywałyśmy kontakt, mimo że finansowo byłam zdana na siebie (jako mężatka bez wsparcia rodziny), a ona wciąż żyła na koszt rodziców; gdy przyszło do egzaminów, ona dostała się od razu, mnie odrzucano mimo wielokrotnych prób i jej braku pomocy, a gdy wreszcie znalazłam pracę po ciężkich miesiącach, nie dotrzymała umówionego spotkania, na co reagowałam dystansem — z czasem kontakt się rozluźniał, a jej docinki i pytania o rodzinę coraz bardziej mnie raniły, aż w końcu usunęłam ją ze wszystkich mediów społecznościowych i po nieprzyjemnej telefonicznej rozmowie straciłam zaufanie do ludzi, bo jej „przyjaźń” okazała się zawistna, interesowna, a być może nawet podszyta ukrytym romantycznym uczuciem — do dziś trudno mi znowu komuś zaufać i tworzyć prawdziwe przyjaźnie.