Nie wrócił sam
Tamara Walentynowa odłożyła druty na bok i nadstawiła ucha. Ktoś grzebał przy zamku w drzwiach wejściowych. Dźwięk był znajomy, ale o tej porze nie spodziewała się gości. Dziewiąta wieczorem, sąsiedzi już spali, a wnuczka Zosia przyjeżdżała tylko w weekendy.
Zamek zaskoczył, drzwi zaskrzypiały. W przedpokoju rozległy się ciężkie kroki i czyjeś sapanie.
— Kto tam? — krzyknęła Tamara Walentynowa, chwytając się laski.
— Mamo, to ja — odpowiedział znajomy głos.
Serce podskoczyło jej w piersi. Tego głosu nie słyszała od półtora roku. Syn Dominik odszedł z domu po kolejnej pijackiej awanturze i nigdy nie wrócił. Od czasu do czasu przysyłał SMS-y, że żyje, i tyle.
— Dominik? — zawołała niepewnie.
— Tak, mamo, to ja. Nie bój się.
Tamara Walentynowa poderwała się z fotela i, opierając się na lasce, podeszła do przedpokoju. Zapaliła światło. Na progu stał jej syn, zarośnięty, w pomiętej kurtce i brudnych dżinsach. Wyglądał mizernie, ale najważniejsze, że był trzeźwy.
— Dominik! — Objęła go, mimo nieprzyjemnego zapachu. — Synku, jak ja za tobą tęskniłam!
— Ja też, mamo. Wybacz mi — przytulił ją mocno. — Wiem, co narozrabiałem.
Tamara Walentynowa odsunęła się i przyjrzała mu się uważnie. Schudł, oczy mu zapadły, ale wzrok miał wyraźny. Nie pijany.
— Chodź, chodź — zakrzątnęła się. — Siadaj do stołu, zaraz coś podgrzeję.
— Mamo, poczekaj — Dominik złapał ją za rękę. — Nie jestem sam.
— Jak to nie sam?
Odwrócił się do drzwi i cicho zawołał:
— Wejdź, nie bój się.
Zza jego pleców wyłoniła się mała postać. Dziewczynka, może pięć, sześć lat, w brudnej różowej sukience i zdartych sandałkach. Jasne, kręcone włosy, ogromne szare oczy spoglądały przestraszone.
Tamara Walentynowa westchnęła zaskoczona.
— Kto to?
— Mamo, poznaj. To Hania — Dominik położył rękę na ramieniu dziewczynki. — Moja córka.
— Córka? — Tamara Walentynowa opadła na stołek w przedpokoju. — Jaka córka? Skąd?
— Długa historia, mamo. Najpierw nakarmmy i wykąpmy dziewczynkę. Zmęczona jest, daleko szliśmy.
Hania przytulała się do ojca i milczała. Tylko jej wielkie oczy biegały po pokoju, badając nieznane wnętrze.
— Tak, oczywiście — ocknęła się Tamara Walentynowa. — Dziewczynko, głodna jesteś? Chcesz coś zjeść?
Dziecko skinęło głową, ale wciąż nie odchodziło od Dominika.
— Chodźcie do kuchni — Tamara Walentynowa, utykając, ruszyła przodem. — Zaraz coś przygotuję.
Dominik posadził córkę przy stole i usiadł obok. Hania rozglądała się ciekawie. Kuchnia była mała, ale przytulna. Kwiaty na parapecie, firanki z koronki, samowar na półeczce.
— Mamo, masz coś dla dzieci? Mleko, kaszę? — zapytał Dominik.
— Mleko jest, zaraz podgrzeję. Kaszkę szybko ugotuję — zakrzątnęła się Tamara Walentynowa. — Lubisz kaszę jaglaną, dziewczynko?
Hania znów skinęła głową.
Gdy babcia przygotowywała jedzenie, Dominik tłumaczył córce, gdzie są.
— To dom twojej babci — mówił cicho. — Tutaj ja dorastałem. Widzisz te piękne kwiatki? A jak jutro będzie ładnie, pokażę ci podwórko. Są tam huśtawki.
— A mama kiedy przyjedzie? — po raz pierwszy odezwał się cienki głosik.
Dominik zawahał się.
— Haniu, mama nie przyjedzie. Pamiętasz, rozmawialiśmy o tym?
Dziewczynka opuściła wzrok.
— Umarła?
— Tak, kochanie. Umarła.
Tamara Walentynowa, stojąca tyłem do nich przy kuchni, drgnęła. Jaka matka? Co się stało? Ile jeszcze niespodzianek ma dla niej syn?
Postawiła przed Hanią talerz z kaszą i szklankę ciepłego mleka.
— Jedz, skarbie. Potem wykąpiemy się i spać pójdziemy.
Hania ostrożnie spróbowała kaszy. Widocznie smakowała, bo zaczęła jeść z apetytem.
— Smaczne? — zapytała Tamara Walentynowa.
— Mhm — przytaknęła dziewczynka z pełnymi ustami.
— Dobra dziewczynka. Jedz, jedz.
Dominik też coś przełknął, choć widać było, że nie miał apetytu. Cały czas zerkał na córkę, poprawiał serwetkę, przysuwał mleko.
— Dominik — cicho powiedziała Tamara Walentynowa — musimy porozmawiać.
— Wiem, mamo. Tylko najpierw uśpijmy Hanię.
Dziewczynka już z trudem otwierała oczy. Droga musiała być wyczerpująca.
— Chodź, słoneczko — Tamara Walentynowa wzięła Hanię za rękę. — Wykąpiemy cię i do łóżka.
W łazience pomogła dziecku się rozebrać. Sukienka była naprawdę brudna, sandałki zupełnie rozklekotane. Pod ubraniem widać było chuderlawe ciałko w siniakach.
— Haniu, co to? — delikatnie spytała babcia, wskazując na ciemne plamy na rękach i nogach.
— Przewróciłam się — krótko odpowiedziała dziewczynka.
— Często się przewracasz?
Hania wzruszyła ramionami i nie odpowiedziała.
Tamara Walentynowa napuściła ciepłej wody do wanny, posadziła tam wnuczkę. Ta siedziała cicho, bawiła się pianą, tylko czasem zerkając na babcię.
— Jak ci na imię? — spytała nagle.
— Tamara Walentyn”Za oknem zapadał zmierzch, a w ich domu, po raz pierwszy od lat, znów rozbrzmiewał dziecięcy śmiech i szepty pełne nadziei.”



