Wrócił nie sam
Halina Stanisława odłożyła na bok swoje druty i nadsłuchiwała. Ktoś kręcił się przy zamku w drzwiach wejściowych. Dźwięk był znajomy, ale o tej porze nie spodziewała się nikogo. Było już po dziewiątej wieczorem, sąsiedzi dawno poszli spać, a wnuczka Ola przyjeżdżała tylko w weekendy.
Zamek zaskoczył, drzwi zaskrzypiały. W przedpokoju rozległy się ciężkie kroki i czyjeś sapanie.
— Kto tam? — zawołała Halina Stanisława, chwytając swoją laskę.
— Mamo, to ja — odpowiedział znany głos.
Serce zamarło jej w piersi. Tego głosu nie słyszała od półtora roku. Syn Wojciech wyszedł z domu po kolejnej pijackiej awanturze i nie pokazał się więcej. Od czasu do czasu przysyłał tylko SMS-y, że żyje i ma się dobrze.
— Wojtek? — zawahała się.
— Tak, mamo, to ja. Nie bój się.
Halina Stanisława podniosła się z fotela i, opierając się na lasce, podeszła do przedpokoju. Zapaliła światło. Na progu stał jej syn, zarośnięty, w pogniecionej kurtce i brudnych dżinsach. Wyglądał mizernie, ale najważniejsze — był trzeźwy.
— Wojciechu! — objęła go, choć śmierdział. — Synu, jakże ja za tobą tęskniłam!
— Ja też, mamo. Wybacz mi — przytulił ją mocno. — Wiem, co narozrabiałem.
Halina Stanisława odsunęła się i spojrzała na syna uważnie. Schudł, oczy miał zapadnięte, ale wzrok był jasny. Nie pijany.
— Chodź, chodź — zaszemrała. — Siadaj do stołu, coś ci rozgrzeję.
— Mamo, zaczekaj — Wojciech zatrzymał ją za rękę. — Nie wróciłem sam.
— Jak to nie sam?
Odwrócił się do drzwi i cicho zawołał:
— Wejdź, nie bój się.
Zza jego pleców wyłoniła się drobna postać. Dziewczynka, może pięcio-, sześcioletnia, w brudnej różowej sukience i zdartych sandałkach. Jasne, kręcone włosy, duże szare oczy patrzyły nieśmiało.
Halina Stanisława westchnęła.
— Kto to?
— Mamo, poznaj. To Kasia — Wojciech położył dłoń na ramieniu dziewczynki. — Moja córka.
— Córka? — Halina Stanisława opadła na stojącą w przedpokoju ławkę. — Jaka córka? Skąd?
— Długa historia, mamo. Najpierw nakarmmy i wykąpiemy dziewczynkę. Jest zmęczona, długo jechaliśmy.
Kasia przytuliła się do ojca i milczała. Tylko jej wielkie oczy biegały po pokoju, badając nieznane otoczenie.
— Tak, oczywiście — ocknęła się Halina Stanisława. — Kochanie, jesteś głodna? Chcesz coś zjeść?
Dziewczynka skinęła głową, ale wciąż nie odchodziła od Wojciecha.
— Chodźcie do kuchni — Halina Stanisława, utykając, poszła przodem. — Zaraz coś przygotuję.
Wojciech posadził córkę przy stole i usiadł obok. Kasia rozglądała się ciekawie. Kuchnia była mała, ale przytulna. Kwiaty na parapecie, firanki, samowar na półce.
— Mamo, masz coś dla dzieci? Mleko, kaszę? — spytał Wojciech.
— Mleko jest, zaraz podgrzeję. A kaszę ugotuję szybko — zakrzątnęła się Halina Stanisława. — Lubisz kaszę gryczaną, dziewczynko?
Kasia znów skinęła głową.
Gdy babcia przygotowywała posiłek, Wojciech opowiadał córce, gdzie są.
— To dom twojej babci — mówił cicho. — Tutaj ja dorastałem. Widzisz te piękne kwiaty? A jutro rano, jeśli będzie pogoda, pokażę ci podwórko. Są huśtawki.
— A mama kiedy przyjedzie? — pierwszy raz odezwała się Kasia cienkim głosikiem.
Wojciech zawahał się.
— Kasieńko, mama nie przyjedzie. Pamiętasz, rozmawialiśmy o tym?
Dziewczynka spuściła wzrok.
— Umarła?
— Tak, kochanie. Umarła.
Halina Stanisława, stojąca tyłem przy kuchni, drgnęła. Jaka matka? Co się stało? Ile jeszcze tajemnic skrywa jej syn?
Postawiła przed Kasią talerz z kaszą i kubek ciepłego mleka.
— Jedz, skarbie. Potem się wykąpiemy i pójdziemy spać.
Kasia ostrożnie spróbowała kaszy. Widocznie smakowała, bo zaczęła jeść z apetytem.
— Smaczne? — spytała Halina Stanisława.
— Mhm — przytaknęła Kasia z pełnymi ustami.
— Zuch dziewczyna. Jedz, jedz.
Wojciech też coś zjadł, choć wyraźnie nie miał apetytu. Wciąż zerkał na córkę, poprawiał jej serwetkę, przysuwał kubek z mlekiem.
— Wojtku — szepnęła Halina Stanisława — musimy porozmawiać.
— Wiem, mamo. Tylko najpierw ułożymy Kasię.
Dziewczynka ledwo już otwierała oczy. Podróż musiała być wyczerpująca.
— Chodź, słoneczko — Halina Stanisława wzięła Kasię za rękę. — Wykąpiemy cię i do łóżka.
W łazience pomogła dziewczynce się rozebrać. Sukienka była rzeczywiście brudna, sandałki zupełnie rozklejone. Pod ubraniem widać było chude ciałko w siniakach.
— Kasiu, co to jest? — ostrożnie spytała babcia, wskazując na ciemne plamy na rękach i nogach.
— Przewróciłam się — krótko odpowiedziała dziewczynka.
— Często się przewracasz?
Kasia wzruszyła ramionami i nie odpowiedziała.
Halina Stanisława nalała ciepłej wody do wanny, posadziła w niej wnuczkę. Kasia siedziała cicho, bawiła się pianą, tylko czasem zerkała na babcię.
— Jak ci na imię? — spytała nagle.
— Halina Stanisława. Ale możesz mówić po prostu babcia.
— Babciu — powtórzyła Kasia, jakby smakując nowe słowo.
— Właśnie tak. A ile masz lat?
— Pięć. Za niedługo sześć.
— To już duża dziewczynka. Niedługo pójdziesz do szkoły.
Kasia skinęła głową.
— Mama mówiła, że jestem mądra. Już umiem czytać.
— No proszę! Jutro mi poczytasz, dobrze?
Dziewczynka uśmiechnęła się pierwszy raz tego wieczoru.
Po kąpieli Halina Stanisława owinęła wnuczkę dużym ręcznikiem i zaniosła do swojej sypialni. Łóżeczka dla dziecka nie było, musiała ułożyćI tej nocy, gdy Halina Stanisława objęła śpiącą Kasię, poczuła, że jej dom znów stał się pełen życia i nadziei.



