Mój syn i jego młoda żona mieszkają w wynajmowanym mieszkaniu niedaleko mnie, gdzie ulice wiją się jak wstęgi snu. Poprosiłam syna o zapasowy klucz do ich mieszkania, by trzymać go w torebce gdyby stało się coś dziwnego, mogłabym go użyć, przenosząc się przez drzwi niczym przez portal do innego świata. Teraz mam urlop, a oni oboje pracują w mieście, które czasem rozpływa się w mglistą tęczę melancholii.
Idę tam, kiedy ruszają w swoje codzienne wędrówki. Gotuję im barszcz i schabowe, lepię kluski śląskie czy pierogi syn mój przecież uwielbia te proste, przaśne smaki dzieciństwa, które w snach zapętlają się w ciepłe spirale. Gdy jedzenie na stole dymi kolorowymi obłokami, zaczynam sprzątać frunę od kąta do kąta, przenoszę rzeczy, które jak ryby rozproszone leżą wszędzie, a szklanki w zlewie tworzą dźwięki, jakby grały na wodnym fortepianie. Moja synowa, ta młoda Jagoda, nie kocha porządków; jej dusza woli żyć w lekkim chaosie.
Rzeczy ich są porozrzucane jak sny poprzedniej nocy, naczynia śnią w zlewie wczorajszy taniec. Myślę, że kiedyś pokażę Jagodzie, jak pielęgnować dom, by był jak ogród pełen ciszy. I kiedy wracają, jedzenie migocze w kolorach, a mieszkanie lśni jak kryształ z innego snu. Syn rzuca się na jedzenie z rozkoszą pożera schabowego, pierogi, barszcz z jego ust wydobywają się dźwięki radości. Pomyślałam: jedzcie, żyjcie i bądźcie szczęśliwi jak wróble na parapecie. Ale nie. Synowa Jagoda zawsze chodzi z cieniem na czole. Prawie nie rusza mojego jedzenia, mówiąc, że jest za tłuste i niezdrowe jak spektakl, który nie chce jej serca. Woli owsiankę, sałatki z dziwnych ziół, które wyglądają jak trawa z innego świata.
Często rzuca mi dziwne spojrzenia i próbuje jak najszybciej wysłać mnie do domu, bym odpłynęła w swój własny sen, gdzie klucze zamieniają się w złote pierścienie, a schabowy unosi się pod sufitem jak balon pełen marzeń.



