Stary sklep spożywczy na obrzeżach Łodzi cieszył się uznaniem miejscowych – pyszne dania gotowe, hojne porcje, życzliwe ekspedientki. Wiesława Nowak pracowała tam już piętnaście lat – najpierw przy wadze, potem jako kierowniczka działu. Wiedziała wszystko, pamiętała każdego – komu dać więcej faszerowanej papryki, komu nie zapomnieć o kaszy gryczanej, a komu nalać „od serca”.
Tego dnia wracała z zaplecza z tacą zimnych nóżek. Ledwie ustawiła je w witrynie, gdy wzrok przykuła znajoma postać – wysoki mężczyzna w wytartym płaszczu, ze smutkiem w oczach, stał przy ladzie i jakby kogoś szukał.
Wiesława podeszła szybko:
– Jeśli szuka pan Krysi, to zachorowała. Wróci za tydzień. Dla pana jak zwykle – kotlety i żeberka?
Mężczyzna zdziwił się:
– Pamięta pani, co zwykle biorę?
– Oczy, że pan nasz stały klient – Wiesława się zaróżowiła.
Zawstydził się, ale nagle dodał cicho:
– Zawsze chciałem trafić akurat na panią, Wiesiu, a ciągle na Krysia. Szkoda.
– Skąd pan wie, jak mam na imię?
– Na identyfikatorze stoi.
Z tyłu rozległ się zirytowany głos Zofii:
– Proszę pana! Nie blokować kolejki! Za panem dziesięć osób czeka!
Drgnął:
– Przepraszam. Te domowe kotleciki, proszę…
I już ciszej, patrząc prosto w oczy:
– Może kiedyś dobra kobieta zrobi mi prawdziwe domowe kotlety. Wybacz, Wiesiu, nie masz pierścionka… jeśli nie jesteś mężatką – mogę cię odprowadzić po pracy? Mieszkam tu, zaraz za rogiem, sam.
Wiesława ledwo kiwnęła głową i podała mu torebkę. W piersi łomotało serce – jak za młodych lat.
– No to wieczorem – uśmiechnął się. – A ja, nawiasem mówiąc, jestem Irek.
Cały dzień Wiesława chodziła jak w oblachach. Nawet Zofia zauważyła:
– Wiesiu, nie rozchorowałaś się? Policzki czerwone, jak u dziewczyny przed randką!
– Wszystko w porządku, Zosiu, po prostu humor dopisuje.
Pod koniec zmiany Wiesia poprawiła szminkę, narzuciła szalik i wyszła ze sklepu. Ireneusz już czekał.
– Pójdziemy się przejść? Może do kina?
Pogoda była paskudna, mokry śnieg kleił się do rzęs. Szli alejką parku, ciszej rozmawiając, jakby znali się od zawsze. W pewnym momencie zaproponował:
– Wiesiu, wpadnij do mnie? Herbatę zaparzę, rozgrzejemy się. Mieszkam tuż obok.
– No nie wiem… znamy się ledwie…
– Jak to ledwie? Już rok ci się przyglądam. Podziwiam, jak pracujesz. Jesteś dobra, uczciwa. Dla starszych łagodna, dla dzieci miła. Czuję, jakbym cię znał od dawna. A ty mnie – naprawdę nie poznajesz?
Uśmiechnęła się:
– Dobrze już, Irek. Chodź, bo rzeczywiście – przemokłam do nitki.
W jego mieszkaniu było skromnie, ale przytulnie. Zdjął z niej płaszcz, postawił buty przy kaloryferze, zaparzył herbatę z cytryną, wyciągnął ciastka.
Gdy na dworze rozpętała się prawdziwa zamieć, nagle powiedział:
– Zostań. Ja się położę w kuchni. Gdzie teraz pójdziesz?
Wiesia rozejrzała się – ciepło, spokojnie, a serce podpowiadało: nie uciekaj.
– Dobrze, zostanę…
Położyła się na kanapie, on w kuchni. Ale obudzili się już razem – osobno jakoś nie wyszło.
Gdy Krysia wróciła po chorobie, od razu zobaczyła, jak Irek odprowadza Wiesię z pracy.
– Patrzcie, nie zaspała! Ja tylko do szpitala, a ty już faceta podkupiłaś! – śmiała się.
Właściwie Krysia się cieszyła. Bo szczęśliwa Wiesia była jak słońce – jej blask ogrzewał wszystkich wokół. A szczęście, gdy prawdziwe, widać z daleka. Nawet żeberka i kotlety w tym tygodniu sprzedawały się jakoś szybciej…



