Piękna Marysia Kowalska postanowiła wyjść za mąż. Na uczelni wszyscy zakładali, że to właśnie ona, najładniejsza z grupy, pierwsza założy rodzinę. Tylko że jej wybrankiem okazał się ich profesor doktor nauk filologicznych, od dawna żonaty. Ale kto się tym przejmuje?
– Naoglądałaś się głupot w internecie! wrzeszczała babcia Marysi. On jest starszy od twojego ojca!
– No i co? upierała się wnuczka, której pochlebiała uwaga starszego profesora. Teraz to modne!
– Modne?! To może sobie jeszcze tatuaż na czole zrób, żeby wszyscy widzieli, jaka jesteś… no wiesz!
– Zrobię! śmiała się Marysia. Akurat na ślub!
Boże, jakie to pokolenie! myślała z goryczą Halina, patrząc, jak wnuczka wierci się przed lustrem. Nic już dla nich świętego.
– Byłaś u niego w domu! Piłaś z nim herbatę! próbowała przemówić jej do rozumu. Poznałaś jego żonę! Nie wstyd?
– Dlaczego miałoby mi być wstyd? To moja wina, że się we mnie zakochał? A chodziłam, bo tak się robi pomaga studentom z pracą dyplomową!
– Pomagać? Pomógł i idź z Bogiem! A ty wskoczyłaś do ich… no, wiesz!
– Jesteś taka staroświecka, babciu! stwierdziła Marysia. Teraz czasy się zmieniły!
– Spanie z żonatym to niby nowość? Halina podniosła głos. I nie mów, że go kochasz, bo nie uwierzę!
Marysia prychnęła i wyszła. Nazajutrz profesor zabrał ją na jubileusz kolegi z pracy. To był ich pierwszy wspólny występ w jego świecie.
Mieszkali już razem w wynajętym mieszkaniu profesor niedawno opuścił żonę i rozpoczął rozwód. Tego dnia Marysia przyjechała po sukienkę na uroczystość.
Gdy następnego dnia w kawiarni profesorowie i ich małżonki zobaczyli Marysię u boku łysiejącego Arkadiusza, lekko oniemieli. Zwłaszcza żony wszystkie znały i przyjaźniły się z jego dawną żoną, Ludmiłą.
Wytworne panie wymieniały spojrzenia: *No proszę, nasz Arkuś! Może to jego córka?*
Ale zachowanie Marysi nie pozostawiało wątpliwości uśmiechała się dwuznacznie i kładła rękę na udzie profesora. Córka by tak nie robiła.
A on? Był w siódmym niebie. Zakochany po uszy, niczego nie widział.
Gdy zaczęły się tańce, kręcił się tylko z Marysią. Było pięknie półmrok, muzyka z dawnych lat i ta młoda, beztroska istota u boku.
Aż w końcu Marysię do wolniejszego tańca zaprosił syn jubilata. Gdy tańczyli zbyt blisko, jeden z kolegów podszedł do Arkadiusza i spytał wprost:
– I co zamierzasz z nią robić? Uczy się od życia i szanuje tradycję?
– O co ci chodzi? zdziwił się profesor, spodziewając się tylko pochwał.
– Wprost. Ona jest… no, wiesz. A ty dla niej zostawiłeś Ludkę?
*Zazdrości* pomyślał Arkadiusz. *Przecież ich żony to już nie te same dziewczyny co dawniej. A ja mam słodką brzoskwin



