Porozmawiajmy, synu

**”Porozmawiajmy, synu”**

W ostatni dzień świątecznych ferii przyjaciele postanowili wybrać się na lodowisko. Niespodziewane mrozy nieco zelżały, a niskie, ale jasne słońce oślepiało, dając nadzieję na rychłe nadejście ciepła. Dzień powoli się wydłużał.

Kamil i Robert nie byli jedynymi, którzy postanowili spalić kalorie zebrane podczas świątecznych uczt. Na lodowisku roiło się od ludzi. Słońce świeciło, mroźne powietrze orzeźwiało, a muzyka z głośników poprawiała humory.

Gdy wyszli na lód, Kamil i Robert zaczęli nabierać prędkości, wymijając innych łyżwiarzy. Naostrzone łyżwy ślizgały się po nierównym lodzie. W tym roku byli tu pierwszy raz – wcześniej śnieg zasypywał taflę, potem przyszła odwilż, a lód stał się miękki i tonął w kałużach. Dopiero po Bożym Narodzeniu wreszcie się udało.

Po dwóch okrążeniach dla rozgrzewki zaczęli się wygłupiać. Robert zauważył dziewczynę w białej kurtce i równie śnieżnobiałej czapce z pomponem. Niepewnie trzymała się bandy, wyraźnie pierwszy raz na łyżwach. Jej nogi sztywno się rozjeżdżały, kostki wykręcały na boki. Gdyby nie kurczowy chwyt, już dawno leżałaby na lodzie. Robertowi zrobiło się jednocześnie śmieszno i żal.

Szukał wzrokiem Kamila, ale ten akurat flirtował z jakimiś dziewczynami. Robert podjechał do bandy.

— Chcesz, żebym cię nauczył? To nie takie trudne. Trzeba tylko znać podstawy.

Dziewczyna nie zdążyła odpowiedzieć. Jej prawa noga wysunęła się do przodu, a ona omal nie przewróciła się do tyłu. Robert złapał ją w ostatniej chwili.

— Dzięki — szepnęła.

Jej głos wydał mu się magiczny, a dotyk sprawił, że przeszły go ciarki. Serce zabiło mocniej, dziwnie radośnie.

— Nie bój się. Puść bandę, inaczej nigdy się nie nauczysz. Chwyć mnie. — Wyciągnął dłoń.

— Boję się — pisnęła przestraszona.

— Lód jest śliski, upadki się zdarzają. Ale ja cię złapię. No dalej — nalegał Robert.

Dziewczyna złapała go za rękę, ale drugą wciąż trzymała się bandy.

— Tak, dobrze — zachęcał. — Teraz odbij się jednym łyżwą i ślizgaj na drugiej. Nie stawaj na palcach, bo się przewrócisz! Tak, brawo. Teraz razem… — instruował, mocno trzymając jej dłoń.

Dziewczyna posłusznie zrobiła kilka ostrożnych ruchów. W końcu puściła bandę. To nie było jeszcze łyżwiarstwo, ale Robert hojnie ją chwalił.

— Świetnie! Rozluźnij nogi, ugnij lekko kolana. Teraz to samo, ale ślizgaj się, nie stąpaj.

W jej oczach błyszczała radość. Rozśmieszyła się, a od tego dźwięku serce Roberta skoczyło do gardła, a skórę ponownie pokryły ciarki.

Dziewczyna odważyła się na dłuższy ślizg, zapomniała o ząbku i pewnie by upadła, gdyby Robert znów jej nie podtrzymał.

— Spokojnie, wszystko w porządku. Nie tak gwałtownie…

Powoli posuwali się wzdłuż bandy.

— Już nie mogę! Jestem zmęczona. Nogi mam jak z drewna i trzęsą się — jęknęła.

— Na pierwszy raz wystarczy. Jutro będą cię boleć. Następnym razem będzie łatwiej. Jesteś dzielna. Odprowadzę cię do szatni. Mam na imię Robert. — Zerkał na jej profil.

Jej policzki były zaróżowione, oczy, otoczone gęstymi rzęsami, błyszczały, usta lekko rozchylone… Robert poczuł w piersi ciepło, którego nigdy wcześniej nie znał.

— Kinga — powiedziała.

Od brzmienia jej głosu, od tego imienia pachnącego latem, zakręciło mu się w głowie.

Widać było, że jest wykończona. Ciężko opierała się na jego ramieniu. I chciał, żeby ta chwila trwała wiecznie — czuć jej ciężar, słyszeć przerywany oddech, widzieć kłębki pary unoszące się z jej ust…

Dotarli do szatni, a Kinga opadła na ławkę, wyciągając nogi.

— Daj numer, przyniosę ci ubranie — ochrypłym głosem poprosił Robert.

— Tam jest torba z butami. — Kinga podała mu numer. — Pomóc zdjąć łyżwy? — spytał, gdy wrócił.

Spojrzała na niego tak, że poczuł, jakby przepłynął przez niego prąd.

— Dam radę. — Pochyliła się, by rozsznurować buty.

Robert stał jak wryty, nie mogąc oderwać od niej wzroku.

— A tu jesteś! — Za plecami Roberta rozległ się głos Kamila. — Szukałem cię. Jak postępy?

— Jak na pierwszy raz rewelacyjnie — odparł Robert. — To mój przyjaciel Kamil. A to Kinga.

— Ładna — szepnął Kamil do ucha Robertowi i mrugnął. — Jedziemy dalej?

— Jedź, jeśli chcesz. Masz tam towarzystwo. Ja odprowadzę Kingę.

— Nie musisz mnie odprowadzać. — Kinga już zmieniła obuwie.

— On po prostu nie chce się z tobą rozstać — zaśmiał się zdradziecki Kamil.

— Nie chcę — przyznał Robert. — Może pójdziemy do kawiarni? Gorąca czekolada na rozgrzewkę? — Spojrzał na Kingę błagalnie.

Bez łyżew wydawała się malutka i krucha. Kinga uśmiechnęła się, a jego serce znów podskoczyło.

— Dobrze, Kamil, idziemy. Może dołączysz? — Robert spojrzał na przyjaciela z wyrzutem.

— To na łyżwach pójdziesz? — zaśmiał się Kamil.

Robert zawstydził się i pognał po swoje buty.

Nieśli torbę z łyżwami Kingi i jego. Wyszli z parku, przeszli kilka domów i weszli do przytulnej kawiarni z przyciemnionym światłem i gałązkami świerku w wazonach. Gdy Kinga siadła, skrzywiła się.

— Coś boli? — spytał troskliwie Robert.

— Noga. Upadłam na lodzie.

Robert skinął głową. Pewnie lądowała na pośladkach, ale nie powiedział tego głośno.

— Trzeba przyłożyć coś zimnego — zauważył.

— Chyba już przyłożyłam — odparła, i oboje się roześmiali.

— Minie za trzy dni. Żeby utrwalić efekt, trzeba praktykować. Może w weekend znów na lodowisko? — spytał z nadzieją.

W przygaszonym świetle Kinga wydawała się jeszcze piękRobert przytulił Kingę mocniej, wiedząc, że mimo wszystkich przeszłych burz, ich przyszłość zaczyna się teraz, czysta i pełna nadziei.

Rate article
Fajna Tajna
Porozmawiajmy, synu