**Dzisiaj znowu o niej myślałem…**
W ostatni dzień świątecznych ferii przyjaciele postanowili wybrać się na lodowisko. Mrozy, które nagle przyszły, nieco zelżały. Niskie, ale ostre słońce raziło w oczy, dając nadzieję na zbliżającą się wiosnę. Dni zaczynały się już nieco wydłużać.
Kacper z Mateuszem nie byli jedynymi, którzy chcieli spalić świąteczne kalorie. Na lodowisku roiło się od ludzi. Słońce świeciło, mroźne powietrze orzeźwiało, a muzyka z głośników poprawiała humory.
Gdy wyszli na lód, Kacper i Mateusz zaczęli nabierać prędkości, wymijając innych. Naostrzone łyżwy pewnie ślizgały się po nierównym lodzie. W tym sezonie byli tu pierwszy raz. Najpierw padał śnieg, a potem przyszła odwilż. Dopiero po Bożym Narodzeniu lód stwardniał na tyle, by dało się po nim jeździć.
Po dwóch okrążeniach dla rozgrzewki zaczęli się wygłupiać. Mateusz zauważył dziewczynę w białej kurtce i takiej samej czapce z pomponem. Niepewnie stała na lodzie, kurczowo trzymając się bandy. Widać było, że to jej pierwsza przygoda z łyżwami.
Sztywne nogi nie słuchały się, rozjeżdżały na boki. Gdyby nie banda, dawno by upadła i pewnie nie dałaby rady wstać. Mateuszowi zrobiło się jej żal, choć jednocześnie trochę to zabawne.
Szukał wzrokiem Kacpra, ale ten akurat rozmawiał z jakimiś dziewczynami. Mateusz podjechał do bandy.
— Chcesz, żebym ci pokazał, jak jeździć? To nie takie trudne. Trzeba tylko znać podstawy.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Jej prawa noga wysunęła się do przodu, a ona prawie wywróciła się do tyłu. Mateusz złapał ją w ostatniej chwili.
— Dziękuję — powiedziała.
Jej głos wydał mu się magiczny, a od dotyku przeszły go ciarki. Serce nagle zaczęło bić mocniej, dziwnie podekscytowane.
— Nie bój się. Puść bandę, inaczej nigdy się nie nauczysz. Chwyć mnie. — Wyciągnął rękę.
— Boję się — szepnęła wystraszona.
— Lód jest śliski, upadki się zdarzają. Ale ja cię nie puszczę. No dalej — nalegał.
Złapała go za rękę, ale drugą dalej trzymała się bandy.
— Dobrze, świetnie — zachęcał. — Teraz odepchnij się jedną nogą i jedź na drugiej. Nie stawiaj stopy na czubek, bo się przewrócisz! Tak, brawo. Złącz nogi. Teraz odepchnij się drugą…
Dziewczyna posłusznie zrobiła kilka ostrożnych ruchów. W końcu puściła bandę. To nie było jeszcze prawdziwe jeżdżenie, ale Mateusz hojnie ją chwalił.
— Świetnie! Rozluźnij nogi, lekko ugnij kolana. Teraz spróbuj płynąć, zamiast stąpać.
Jej oczy błyszczały z radości. Rozśmieszyła się, a ten dźwięk sprawił, że serce Mateusza znów podskoczyło.
Kiedy odepchnęła się mocniej, zapomniała o czubku łyżwy i pewnie by upadła, gdyby znów jej nie złapał.
— Nic się nie stało. Tylko nie rób tak gwałtownie…
Powoli przesuwali się wzdłuż bandy.
— Już nie mogę! Jestem zmęczona. Nogi mi drętwieją — jęknęła.
— Na pierwszy raz wystarczy. Jutro będą cię boleć. Następnym razem będzie łatwiej. Pójdę z tobą do szatni. Jestem Mateusz. — Zerkał na jej profil.
Policzki miała zaróżowione, oczy lśniły, usta rozchylone… W piersi Mateusza rozlało się dziwne, przyjemne ciepło. Nigdy czegoś takiego nie czuł.
— Weronika — przedstawiła się.
Na dźwięk jej imienia, które pachniało latem, aż mu się w głowie zakręciło.
Było widać, że jest wykończona. Całym ciężarem opierała się na jego ramieniu. I chciał, żeby ta chwila trwała jak najdłużej — czuć jej ciężar, słyszeć szybki oddech, widzieć parę unoszącą się znad ust…
W szatni osunęła się na ławkę, wyciągając nogi.
— Daj numer, przyniosę ci rzeczy — powiedział ochrypłym głosem.
— Tam jest torba z butami. — Podała mu numer. — Pomóc zdjąć łyżwy? — spytał, gdy wrócił.
Spojrzała na niego tymi niebieskimi oczami, aż przebiegła po nim fala, jakby ktoś puścił mu prąd przez nerwy.
— Dam radę. — Pochyliła się i zaczęła rozsznurowywać buty.
Mateusz stał jak wryty, nie mogąc oderwać wzroku.
— Tu jesteś! — Rozległ się za nim głos Kacpra. — Gdzieś mi zniknąłeś. Jak tam postępy?
— Na pierwszy raz super — odparł żwawo Mateusz. — To mój przyjaciel Kacper. A to Weronika.
— Ładna — szepnął Kacper do ucha i mrugnął. — Jedziemy dalej?
— Jak chcesz. Tam masz już towarzystwo. A ja odprowadzę Weronikę.
— Nie musisz — powiedziała, już wkładając buty.
— On nie chce się z tobą rozstać — zaśmiał się zdradziecki Kacper.
— Nie chcę — odparł śmiało Mateusz. — Może pójdziemy do kawiarni? Napijemy się gorącej czekolady, żeby nabrać sił? — Patrzył na nią błagalnie.
Bez łyżew wydawała się drobna i krucha. Weronika się uśmiechnęła. Serce podskoczyło mu do gardła.
— Dobra, Kacper, idziemy. Może do nas dołączysz? — Rzucił przyjacielowi przepraszające spojrzenie.
— Chcesz iść w łyżwach? — zaśmiał się Kacper.
Mateusz zarumienił się i pognał po swoje buty.
Weszli do małej kawiarni z miękkim światłem i stroikami z gałązek świerku na stolikach. Gdy siadała, skrzywiła się z bólu.
— Co cię boli? — zapytał od razu.
— Noga. Przewróciłam się na lodzie.
Zrozumiał. Pewnie lądowała na pośladkach, ale tego nie powiedział.
— Trzeba przyłożyć coś zimnego.
— Już chyba przyłożyłam — zaśmiali się razem.
— Przejdzie za parę dni. Żeby utrwalić efekty, trzeba ćwiczyć. Może w weekend znowu wpadniemy na lodowisko? — spytał z nadzieją.
W tym świetle wyglądała jeszcze piękniej.
— Miałyśmy iść z koleżanką, ale zachorowała…
Szybko rozgrzali się od gorącego kakao, od spojNa ślubie Weroniki i Mateusza jej matka, choć może rozpoznała ojca chłopaka, nie okazała po tym ani słowa, a oni oboje wiedzieli, że czasem cisza jest najpiękniejszym zakończeniem dawnych historii.



