Pomiędzy prawdą a marzeniem

Pomiędzy prawdą a marzeniem

Weronika opatuliła się ciepłym kocem, z rozkoszą wsłuchując się w ciszę i spokój własnego mieszkania. Za oknem powoli, jakby od niechcenia, krążyły płatki śniegu, opadając leniwie na parapet i tańcząc w niemym zimowym walcu. Ledwo co wróciła z przymiarki sukni ślubnej wydarzenia, które wywoływało motyle w brzuchu nawet u najbardziej opanowanej panny. Wciąż miała w rękach torbę z akcesoriami: delikatnymi kolczykami, misterną tiarą i inną drobnicą, która miała domknąć jej ślubny look. Myślami była już na weselu widziała siebie w nowej kreacji, błysk złota na uszach, a pożądliwe spojrzenia cioć i kuzynek, które będą prześwietlać ją od stóp do głów bez mrugnięcia okiem.

Ciszę przerwał nagły, dzwoniący jak budzik w poniedziałek, dzwonek do drzwi. Weronika aż podskoczyła, z nerwów ściskając mocniej koc. Spojrzała na zegarek siedem minut do siódmej. Kto mógł jej się tam zwalić o tej porze? W głowie przekliknęły jej się różne opcje może to kurier z zapomnianym zamówieniem, a może sąsiadka, która akurat przypaliła bigos i liczy na ratunek?

Podeszła powoli do drzwi i, niewiele widząc przez wizjer, spróbowała zidentyfikować stojącą postać. Jakiś facet. Wysoki. Twarz ukryta pod czapką. Nuts, pomyślała, i tak czy siak jeszcze nie otworzyła.

Kto tam? zapytała, starając się brzmieć jakby właśnie wstała z wersalki, a nie odgrywa scenę z thrillera.

To ja, Wojtek odpowiedział znajomy, choć jakby przytłumiony kawałkiem drzwi, głos. Musimy pogadać. Pilnie.

Weronika zawahała się. Nie żeby aż tak przepadała za tą rozmową… Ale co, jeśli coś z Izą? Przełknęła ślinę, przekręciła zamek i otworzyła na szparkę. I proszę Wojtek sterczy na wycieraczce, śnieg już topi mu się na ramionach i skrapla długie smutne plamy na płaszczu. Miał bladą twarz i oczy jak rozpalone iskry. Zdecydowanie nie tak się zwykle prezentował. Przez głowę Weroniki przemknęła myśl, czy dobrze zrobiła, że otworzyła.

Wchodź rzuciła, próbując brzmieć rzeczowo, a nie jak przestraszone dziewczę. Co miała zrobić, trzepnąć mu drzwiami przed nosem? Jakie to by było no, mało eleganckie. Jesteś cały przemoczony.

Wojtek wpakował się do środka, nawet nie kłopocząc się zdjęciem butów. Z butów, rzecz jasna, zaczął wylewać się śnieżny szlam prosto na jasną podłogę, ale delikwent jakby nie zauważył (albo bardzo trenował ignorowanie rzeczywistości przez ostatnie tygodnie). Zapatrzony przed siebie, jakby właśnie szykował się do wygłoszenia epitafium, człapał dalej. Weronika patrzyła na niego z wyraźnym niepokojem i czuła, jak ściska ją w dołku. To nie będzie lekka rozmowa, oj, nie…

Weronika nabrał powietrza i ścisnął rękawiczki tak, że aż mu się knykcie pobielały. Ja już nie mogę dłużej! Kocham cię!

Stanęła, jak wryta, myśląc, że chyba coś jej się przesłyszało.

Wojtek, ty zaczęła, ale głos jej się żałośnie załamał i reszta słów po prostu wyparowała.

Facet nie przyjął tego do wiadomości. Zrobił krok naprzód, jakby bał się, że jeśli stanie w miejscu, straci animusz na zawsze.

Wiem, wychodzisz za mąż. Wiem, kompletny obłęd! Ale nie dam rady dłużej! Przez te wszystkie miesiące próbowałem cię wyrzucić z głowy, żyć normalnie, ale nie umiem. Z Izą… Zacząłem z nią przez ciebie! Chciałem być bliżej, łudziłem się, że może mnie zauważysz. Ale nigdy jej nie kochałem. Nigdy!

Weronika poczuła, jak lód płynie jej po plecach. Co? Facet spotykał się z jej przyjaciółką tylko po to, żeby mieć ją w zasięgu?! I biedna Iza, taka wpatrzona… Tego się nawet w telenowelach nie spodziewali!

Automatycznie zsunęła koc na oparcie krzesła, licząc głęboko, że to ją choć trochę ocuci. Atmosfera zrobiła się gęsta, jak żurek na boczku, a oddychanie zaczynało mieć sens tylko w interwałach.

Wojtek próbowała przemówić spokojnie, sortując myśli. Wiesz, co ty wygadujesz? Mam narzeczonego, którego kocham! Ślub już prawie za dwa tygodnie! Planujemy wspólne życie, nie powrót do koła fortuny… Poza tym Iza…

Facet kiwnął, nie spuszczając z niej wzroku. Mieszanka bólu i determinacji wyciekała mu z oczu tak, że spokojnie można by nalać do szklanki.

Wiem, wszystko wiem, ale milczeć już dłużej nie zdzierżę! Za dwa tygodnie będziesz nieosiągalna… przerwał, łapiąc oddech, jakby szykował się na poważny maraton. Wiem, czas i miejsce to pomyłka stulecia, ale musiałem. Gdyby nie ten wieczór, żałowałbym do końca życia! Iza dla mnie nie istnieje! Nic mnie z nią nie łączy.

Weronika jęknęła wewnętrznie. Głos prawie jej odmówił posłuszeństwa, z ust padło:

Ty wiesz, co właśnie mówisz?! Jak ci nie wstyd!

To szczera prawda! Wojtek nie zamierzał się cofnąć. Chciałem, żebyś zobaczyła, jaki jestem opiekuńczy i wspaniały… Uwierzyła, że mogę być tym wszystkim dla ciebie! A teraz wiem, że bez ciebie wszystko jest bez sensu.

Wykonał teatr na jedno kolano jak rycerz z zapomnianej legendy i z pękającym sercem wyciągnął pierścionek. Mały, ze złotym obrączkowaniem i subtelnym oczkiem, błysnął pod światłem lampy.

Zerwij z nim. Bądź ze mną. Przysięgam, uszczęśliwię cię do końca świata…

Weronika patrzyła na niego w milczeniu. W głowie przelatują slajdy z przeszłości: Wojtek z Izą na imprezie, trzyma ją mocno za rękę, śmieje się, mówi jej coś czułego I wszystko to mydła i pianki. Sztuczka tak tania, że wstyd! Całe puzzle dotychczasowych układanek nagle się rozsypały i bez pudła nie spasuje ani jeden.

Wstań powiedziała cicho, bardziej do siebie, niż do niego. Proszę cię, po prostu wstań…

Wojtek podniósł się powoli, nie odrywając od niej wzroku. Jeszcze tliła mu się iskierka nadziei, ale znikała szybciej niż zimowa promocja na pierogi.

Nie wierzysz mi? w głosie zabrzmiała rozpacz, mocno rześka, choć przetykana tą jego maniacką pewnością.

Wierzę odpowiedziała spokojnie, hardo. Wierzę, że to, co mówisz, jest prawdziwe. Ale to niczego nie zmienia…

Odsunęła się kroczek, jakby próbowała wstrząsnąć niedzielnym obiadem. Musiała być brutalnie szczera, bo tego wymagała sytuacja.

Jesteś moim przyjacielem, Wojtek. Ale kocham innego. Zaręczyłam się, bo jestem pewna, że to z nim chcę spędzić życie. I już.

Wojtek ścisnął pierścionek niczym los na loterii, która już dawno przepadła.

A jeśli powiedziałbym to wcześniej? Przed nim?

Chwila namysłu, ale odpowiedź była miękka i, niestety dla niego, nie do negocjacji:

I tak nie byłbyś moją opcją. Jesteś dobrym chłopakiem, nie przeczę. Ale nie tym. Sorry, ale nie mam ochoty budzić się przy tobie do końca życia.

Zrobił jeszcze krok naprzód z uporem godnym nutrii atakującej kurnik.

Dlaczego? głos mu drżał, ale zaraz przyszło mu wzmocnienie. Przecież widziałem, jak na mnie patrzysz! Przestań udawać!

Weronika przesunęła się bliżej drzwi. Serio? Staje się nieco strasznie ten wzrok… kalkuluje szybko: kopnie go, to ten poleci na kanapę, wtedy ona sprint na klatkę schodową…

Nie ma między nami niczego, Wojtek mówi najspokojniej, jak umie. To, co ty czujesz, to nie miłość. To obsesja. Stworzyłeś sobie mnie jak pomnik, a całą resztę traktujesz, jak pionki. Proszę, zakończmy to stanowczo, ale cicho.

Wojtek zaciska pięści, nie ze złości raczej z bezradności. Szuka jeszcze jakiegoś argumentu, choć wszystkie już dawno padły w bitwie pod Termopilami.

Zmyliłaś się, mówi gorąco. Nikt nigdy nie był dla mnie tak ważny To nie wymysł, to prawdziwe uczucie! Kocham cię!

Weronika przygryza wargę, starając się nie wybuchnąć śmiechem, bo do płaczu jej bliżej. Krzyczeć nie wypada bo jeszcze narobi sensacji na klatce.

A Iza? pyta, chcąc docisnąć do dna. Ty wiesz, jak bardzo ją zranisz? Wykorzystałeś ją jak rekwizyt! A teraz chcesz, żebym rzuciła wszystko i poleciała do ciebie?

Wiem, że zawiniłem szepce, spuszczając głowę. Ale nawet jeśli można by cofnąć czas, i tak bym zrobił to samo…

Na cudzym nieszczęściu szczęścia nie zbudujesz pokręciła głową i zerknęła dyskretnie na telefon. Dojść do niego to byłoby coś. Sama przyznasz nie kochasz nawet mnie, tylko swoje wyobrażenie o mnie. Nasza znajomość to przecież głównie small talk na weselach! Kochać fantazję, a kogoś prawdziwego to nie to samo.

Chwila milczenia, jakby spodziewała się, że Wojtek ogarnie wreszcie, gdzie leży problem, ale nie.

Powinieneś pogadać z Izą powiedziała wreszcie, powoli i bez emocji. Musisz jej to powiedzieć. Przeprosić, chociażby dla swojego sumienia.

Wojtek zaniemówił. Dłonie mu nieznacznie drżały, więc szybko je schował do kieszeni.

Po co? Już ci mówiłem ta cała Iza to dla mnie nikt. Ale ty…

Zmroziła go wzrokiem, łapiąc się na tym, że przez sekundę zrobiło jej się go żal. Ale zaraz pomyślała, że głupio by mu dawać fałszywe nadzieje…

Nic z tego nie będzie. Tak samo z tobą i nią. Wiesz, że nie zamierzam milczeć.

Wojtek patrzył na nią jeszcze chwilę, aż zrobiło jej się naprawdę nieprzyjemnie. Wreszcie:

Wychodzę. Ale się nie poddaję. Będę czekać, aż się zorientujesz, że jesteśmy sobie przeznaczeni.

Bardzo cię proszę, nie czekaj. Żyj własnym życiem. Kogoś wymarzonego sobie stwórz, tylko nie ze mnie. I teraz wybacz drzwi są tam.

Wojtek ruszył do drzwi, każdy krok stawiając tak, jakby miał worki cementu przytwierdzone do nóg. Na progu przystanął.

Dzięki za szczerość powiedział po prostu i wyszedł, zamykając cicho za sobą drzwi.

Weronika odetchnęła i przez kilka sekund gapiła się na drzwi jak zahipnotyzowana. Dopiero po chwili przeszła do okna. Za szybą śnieg przykrył ulicę na biało, a Wojtek szedł przygarbiony, jakby nosił na plecach nie plecak, a cały zestaw nieudanych życiowych wyborów. Kiedy znikł za rogiem, Weronika zebrała się w sobie i sięgnęła po telefon. Nie można tego tak zostawić kto wie, co nawymyśla Izabeli? Wybrała jej numer.

Iza, hej. Musimy pogadać. To ważne

Po drugiej stronie wyraźny szelest papierów. Czuć niepokój w głosie Izabeli:

Co się dzieje? Brzmisz dziwnie. Stało się coś?

Krótki wdech, sortowanie myśli na przyzwoite.

Przed chwilą był u mnie Wojtek. Powiedział mi, że zaczął się z tobą spotykać tylko po to, żeby być bliżej mnie. Że cię nie kochał, że byłaś… no, narzędziem.

Szkoda gadać, jaka cisza! Weronika wręcz słyszała, jak przyjaciółka ściska komórkę do granic wytrzymałości.

Czy to znaczy… Naprawdę… Ale jak tak można…

Słuchaj, nie chcę cię ranić, ale nie pozwolę też cię wkręcać w bajki. Jesteśmy przyjaciółkami! mówi szybko, zaplątawszy się trochę w własne zdanie. On twierdzi, że kocha tylko mnie. Że mam rzucić narzeczonego i być z nim. Izka, on ma czegoś z głową! Mnie było trochę straszno z nim sam na sam…

Druga pauza, głębokie westchnięcie.

Jasne w końcu syknęła Iza. No i co teraz?

Sama nie wiem Weronika szczerze przyznaje, że jest w kropce. Zaraz do ciebie pewnie przyjdzie i… coś powie. Jesteś sama? Martwi mnie, co wykombinuje.

Kilka sekund ciszy.

Nie przejmuj się odparła Izabela, trochę już spokojniejsza. Dzięki, że mówisz wprost.

Przepraszam, że dowiadujesz się tego ode mnie szepnęła Weronika. Naprawdę mi przykro.

Lepsza gorzka prawda niż naiwność odpowiedziała Iza, i słychać było w tym siłę, której wcześniej nie słyszało się w jej głosie.

Rozłączyły się. Weronika stała chwilę przy oknie, gapiąc się na wirujący śnieg i myśląc: co za akcja! Głowa jej puchła od domysłów, co zaraz będzie działo się u Izy. Ale wiedziała jedno lepiej żenujący wieczór niż dalsza maskarada. Prawda boli, ale fałsz bardziej.

***

Tymczasem Izabela siedziała nieruchomo w kuchni, kawałek ciasteczka w ręce, a słowa Weroniki wciąż tłukły jej się po głowie jak refren z lichego przeboju. Wspominała te pierwsze schadzki, spóźnione randki, świeżo upieczony placek, jego niby-troskliwość… i wszystko, co wydawało się takie prawdziwe. Teraz czuła się, jakby świat przewrócono do góry nogami, a ona spadła z krzesła niby nie boli od razu, ale potem długo coś uwiera.

Chciała zadzwonić do Weroniki, może wyciągnąć ją z domu, ale chwilowo nie była w stanie nic postanowić.

W końcu dzwonek do drzwi. Szukając nastroju bojowego, podeszła, zobaczyła przez wizjer Wojtek. Zdrowo przysypany śniegiem, rozmazany makijaż życia na twarzy. Wyglądał jak wyalienowany pingwin z połamańcami w środku.

Iza zaczął bez zaproszenia. Muszę ci powiedzieć prawdę. Ja… Nigdy…

Już wszystko wiem weszła mu w słowo chłodno. Lepiej raz usłyszeć od przyjaciółki niż od niego, choć przykro. I nie wydaje mi się, żebyś miał mi do przekazania cokolwiek nowego.

Stanął jak wryty. Ręce w kieszeniach, wzrok wbity w podłogę.

A więc zadzwoniła do ciebie mruknął. Myślałem, że zdążę pierwszy. Że wyjaśnię osobiście…

Izabela skrzyżowała ręce. Nie miała siły na łzy, w głosie zostały już tylko nuty rozczarowania.

Po co tu przyszedłeś? Żeby go powtórzyć? Żebym poczuła się jak śmieć?

Nie… zbliżył się, ale ona zrobiła krok w tył. Przyszedłem przeprosić. Za kłamstwa. Za to, że wykorzystywałem cię…

Pauza. Szukał słów.

Wiem, to nic nie naprawi. Wiem, że zraniłem cię. Nie oczekuję przebaczenia Ale nie mogłem odejść bez słowa. Żal mi.

Iza patrzyła na niego twardo.

Mogłeś być uczciwy od razu mówi. Ale wybrałeś dramaty z kwiatami i pierścionkami… Teraz mówisz, że ci przykro?

Wojtek wyciągnął tę przeklętą szkatułkę z pierścionkiem. Ręce mu lekko drżały, gdy otwierał wieczko.

Proszę, weź go. Przepraszam.

Izabela zerknęła na biżuterię. Zwykłą, klasyczną, idealną tylko po co? Miała przypominać jej, kim była w jego planach?

Zostaw sobie. Nie chcę od ciebie niczego jej głos był już spokojny, choć bez krzty czułości.

Wojtek ukrył pierścionek, a w jego oczach leżała żałosna pustka.

Iza, błagam… Wiem, że zawiniłem… Chciałbym zacząć od nowa, bez kłamstw i gierek.

Kiwnęła głową, nie dając się złamać.

Od nowa? Można tylko z kimś, komu się ufa. A ja już nie wierzę w ani jedno twoje słowo. Nie tylko mnie oszukałeś, ale i Weronikę. Nawet jak żałujesz, to niczego nie zmieni.

Głęboki wydech, potem:

Potrzebuję czasu. I dystansu. Nie chcę cię widzieć, nie chcę wiedzieć, co u ciebie. Nie próbuj reperować, czego już nie naprawisz.

Wojtek skapitulował. Spuścił głowę, a pierścionek ścisnął w garści.

Rozumiem. Przepraszam za wszystko.

Zrobił krok do drzwi, ale w tej chwili rozbrzmiał dzwonek. Naprawdę? Jeszcze ktoś?

Izabela podeszła i surprise! na wycieraczce stał Szymon, narzeczony Weroniki. Wysoki, konkretny, z miną urzędnika, który przyszedł upomnieć się o podatek. Ani śladu żartu w spojrzeniu.

Mogę wejść? wtrącił, nie zwracając uwagi na Wojtka.

Izabela tylko kiwnęła głową. W momencie Wojtek zrobił się jeszcze bardziej szary, bo Szymon wyglądał na gościa, który nie przyjechał tu pogadać o pogodzie.

Wiem wszystko zwrócił się do niego tonem chłodnym jak sople na parapecie. I chcę wyrazić się jednoznacznie: więcej takich numerów nie zniosę.

Wojtek zdążył wyprodukować zaledwie Ale ja szybko mu przerwano.

Skończ już z tym żałosnym tłumaczeniem! Weronika wszystko mi powiedziała. Myślisz, że puszczę ci to płazem? Nie ten adres.

Podszedł krok bliżej, Wojtek zrobił automatyczny unik w kierunku ściany, a Izabela tylko westchnęła. To już nie jej sprawa.

Szymek, odpuść spróbowała, choć wiedziała, że nic z tego.

Ale Szymon nie zamierzał się rozczulać.

Teraz naprawdę poczuje, co znaczy konsekwencja!

Bez zbędnych słów, szybkim ruchem, wymierzył Wojtkowi cios, po którym ten padł na dywan jak worek kartofli. Przykry efekt, ale spektakularny. Jeszcze raz zobaczę cię w pobliżu którejkolwiek z nich, będzie gorzej. Zrozumiano?

Wojtek podniósł się powoli, ścierając krew z ust. Żadnych słów tylko upokorzona rezygnacja. Spojrzał na Izabelę ostatni raz, do jej oczu nie wróciło już współczucie.

Wyszedł, drzwi cicho kliknęły.

Przepraszam za tę scenę zwrócił się do Izabeli Szymon, już spokojniejszym tonem. Wiem, że przemoc to nie metoda, ale czasem nie ma wyjścia.

Izabela popatrzyła na niego ze zrozumieniem. Może to nie był jej wymarzony finał, ale przynajmniej rzecz była jasna.

Dzięki W sumie, za wszystko uśmiechnęła się, czując, że przyjaciele są na wagę złota.

Weronika martwi się o ciebie dodał Szymon. Bardzo. Wpadniesz do nas, to pogadacie na spokojnie.

Na pewno. Bo przyjaciółka to rzadkość…

Pomilczeli chwilę. To była dość dziwna noc, nawet jak na polskie standardy zabrakło tylko bigosu i grzanego wina.

Po wyjściu Szymona Izabela usiadła na kanapie. To koniec pomyślała. Trochę bolało, ale wiedziała, że to nie jest finał jej świata, tylko zamknięcie złego rozdziału.

***

Tymczasem Wojtek, zbity jak pies po burzy, szedł przez zasypane śniegiem ulice Krakowa. Twarz bolała, zęby szczękały, ale przyznałby w myślach gorzej bolało poczucie pustki. Stracił obie i od teraz został już tylko z żalem i pustką do rozdrapywania na chłodne wieczory.

Następnego dnia przyszedł do pracy z podbitym okiem i spuchniętą wargą. Koledzy coś szeptali, ale w robocie jak w disco nikt się nie pyta o szczegóły, póki robota idzie do przodu.

Tydzień później złożył wniosek o przeniesienie do Poznania. Szef tylko spojrzał na niego jednym okiem, podpisał i nawet nie pytał o motywy. Wojtek też już nie miał zamiaru się tłumaczyć.

Przed wyjazdem oddał pierścionek do jubilera i ekspedientka, widząc faceta z miną straceńca, nie próbowała nawet pocieszać. Przelał pieniądze na konto Izabeli, wpisując: Przepraszam. Należysz ci się.

W dzień wyjazdu stał przed blokiem, spoglądając ostatni raz na swój dawny świat zwyczajne mury, zero sentymentu, zero złudzeń. Gdy nadjechało taksówka, wsiadł i powiedział tylko: Dworzec Główny. Za oknem śnieg dalej padał, jakby chciał zagrzebać po nim ostatni ślad.

***

Tymczasem Izabela siedziała już w kawiarni, popijając gorącą czekoladę z Weroniką i Szymonem. Teraz rozmowa kręciła się wokół ślubu planów, zakupów, konfetti w kolorze brzoskwiniowym i tego, jak uniknąć ciotek z niefortunnymi życzeniami.

Siedzieli w cieple, codzienność spokojnie się wlewała do głów. Nawet jeśli w sercu jeszcze ćmiło, to teraz było już lepiej. Weronika żartowała z weselnych zwyczajów, Szymon dowcipkował z powagą obrączek, a Izabela czuła w sobie nową siłę.

Wiecie co? Ja już nie mam do niego żalu powiedziała, patrząc przez okno, gdzie śnieg kręcił swój taniec. Jest mi go po prostu szkoda… choć nie do końca.

Nie masz czego żałować uśmiechnęła się Weronika i lekko objęła ją ramieniem. Jeszcze wszystko, co dobre, przed tobą.

Izabela pokiwała głową i tym razem naprawdę to poczuła.

Zgadza się. Teraz będzie tylko lepiej.

Za oknem świat przykrywała biała kołdra, po starej historii nie został nawet cień. W środku było ciepło, spokojnie i… cudownie po polsku z nutą ironii i świadomością, że najgorsze już za nimi.

Rate article
Fajna Tajna
Pomiędzy prawdą a marzeniem