Pokonani wolnością: opowieść o pewnej fiolce

Pokonani wolnością: historia jednego flakonika

Z Jackiem znamy się od lat, lecz prawdziwa przyjaźń narodziła się dopiero przed dwoma laty. Oboje przeżywaliśmy wtedy trudne rozwody — każdy swój drugi. Nie upijaliśmy się, wręcz przeciwnie: sport, rowery, poranne biegi. Mężczyzn łączy nie alkohol — zbliża ich wolność. I strach przed jej ponowną utratą.

Jacek wyszedł z małżeństwa poturbowany, jakby nie sąd, a walec drogowy przejechał się po jego duszy. Jego była urządziła prawdziwą bitwę o majątek, emocje i każdy łyżeczkowany serwis. U mnie poszło łagodniej, ale też bez oklasków. Uwolniliśmy się niemal równocześnie, jakby zrzuciliśmy z pleców worki z cementem.

Dobrze pamiętam ten wieczór, gdy jechaliśmy alejkami parku Łazienkowskiego na rowerach, a on nagle puścił kierownicę, rozłożył ręce i krzyknął na całą okolicę:

— Wol-no-o-ość!

Podwórkowe psy szczekały, babcie żegnały się znakiem krzyża, a my śmialiśmy się jak dwaj uciekinierzy z zakładu psychiatrycznego. Ale to było szczęście. Czyste, głośne, szczere.

Rok żyliśmy jak na wolności: bez zobowiązań, bez marudzenia, bez codziennej szarzyzny. Chudliśmy, młodnieliśmy, wstawaliśmy o świcie. Okazało się, że życie rodzinne nie tylko postarza duszę — ale i ciało. A wolność leczy.

Pewnego wieczoru wpadłem do Jacka — kupił nowy rower, chciał pochwalić się. Majstrowaliśmy w przedpokoju, łańcuch był w smarze, więc poszedłem umyć ręce w łazience. I wtedy ją zobaczyłem. Małe, różowe pudełeczko na półce. Kosmetyk. Damski.

— Ja-a-cku! — krzyknąłem podejrzliwie. — Co to za czary?!
— A! To Karoliny — odparł, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.

— Jakiej Karoliny?

— No, nie mówiłem? Poznałem dziewczynę… Karolina, prawniczka, dużo pracuje. Czasem zostaje na noc. No i zostawiła flakonik. Żeby nie nosić tam i z powrotem.

Zaciąłem usta:

— Zaczęło się…

— Co się zaczęło?

— Inwazja. To pierwszy objaw. Jak w „Obcych”: najpierw kropla, potem śluz, a na końcu — potwór rozrywający ci klatkę piersiową.

Jacek się śmiał. Ja — nie. Bo wiedziałem: kobiety nie szturmują, one otulają. Nie trzeba krzyczeć i łamać — wpełzają do życia mężczyzny jak dym pod drzwi. Najpierw flakonik. Potem szczotka. Potem kapcie. A potem — ona.

Tydzień później zaprosił mnie, żeby ją poznać. Karolina — piękna, spokojna, w eleganckich kolczykach i drogim kaszmirowym swetrze. Poczęstowała nas makaronem i pizzą z ananasem. Gdy myłem ręce, zobaczyłem w łazience już dwie szczoteczki — i jeszcze jeden flakonik. Tylko prychnąłem: „Wirus się rozprzestrzenia.”

A potem nadszedł wieczór, gdy Jacek nie pojechał ze mną na przejażdżkę.
— Dziś nie dam rady — powiedział.
Pojechałem sam, zły, zdeterminowany, chciałem wyrwać go z tej pułapki.

Otworzył mi w szlafroku. Szlafrok! U faceta, który jeszcze miesiąc temu chodził w szortach i adidasach na bosaka!
— Wojtek, mogłeś chociaż zadzwonić…

Z sypialni dobiegło:

— Jacek, kto tam?

— To… Wojtek. Pożyczył pompkę…

Poszedłem umyć ręce. I zrozumiałem: łazienka już nie była jego. Piana do golenia i pasta zepchnięte w kąt. A dookoła — różowy świat w flakonikach. I kolczyki na półce. Zwycięstwo było totalne.

Później przyjechałem pomóc z meblami. Montowanie, wkręty, półki, szafa. Karolina chodziła z komenderującym tonem:
— To — na balkon. To — do wyrzucenia. I to też zabierzcie.
Jacek próbował się sprzeciwiać. Na próżno. W pewnym momencie odwróciła się do mnie i rzuciła:
— A tobie nie przydałby się rower? U nas tylko miejsce zajmuje.

I tak to się kończy. Wolność nie poddaje się krzykiem. Umiera cicho — pod szelest sukienki i zapach balsamu. Kobieta przychodzi — i odbija centymetr po centymetrze: półeczkę, wieszak, parapet, szafę. A na końcu — duszę.

Minął rok. Z Jackiem pisaliśmy sporadycznie. Rower pokrył się kurzem. Odpowiadał coraz rzadziej. Jeździłem sam. Smutno. Ale wolno.

A potem i do mnie przyszła Ona. I po miesiącu — nieśmiałe pytanie:
— Mogę zostawić u siebie krem?

I nie powiedziałem „nie”. Uśmiechnąłem się. Jak idiota. Bo już się zakochałem.

Teraz już koniec. Flakonik stoi na półce. Schemat inwazji ten sam.

Jestem stracony. To już koniec.
Żegnaj, wolności.

Rate article
Fajna Tajna
Pokonani wolnością: opowieść o pewnej fiolce