Małgorzata Stanisławówna stała przy kuchennym oknie, obserwując, jak na podwórko wjeżdża zielony polonez. Z samochodu wysiadł wysoki chłopak w pomiętej koszulce i dżinsach, wyciągnął z bagażnika dwa duże plecaki i torbę sportową.
— No i przyjechał — mruknęła pod nosem, wytarła ręce w ścierkę i poszła powitać siostrzeńca.
Marek wyrósł. Ostatni raz widziała go, gdy miał czternaście lat — chudy nastolatek z odstającymi uszami. Teraz przed drzwiami stał dorosły mężczyzna, choć lekko zdezorientowany.
— Ciągotka Małgosiu? — zapytał niepewnie, gdy otworzyła drzwi.
— No jasne, że ja! Wchodź, wchodź, Marku! Boże, jaki ty duży jesteś! — objęła siostrzeńca, czując zapach podróży i taniej wody kolońskiej. — Rozgość się w pokoju. Zmęczony pewnie?
— Nie, spoko. Dzięki, że mnie przyjęłaś. Na prawdę nie na długo, tylko dopóki pracy nie znajdę i czegoś nie wynajmę — przestępował z nogi na nogę, rozglądając się po przedpokoju.
Małgorzata Stanisławówna skinęła głową, choć w głowie już zaczynały się wątpliwości. Mówić to jedno, a robić — drugie. Tak samo jej siostra, matka Marka, zawsze obiecywała gruszki na wierzbie, a potem znikała na miesiące.
— Chodź tutaj — pokazała w stronę pokoju, który jeszcze wczoraj był jej gabinetem. Biurko, półki z książkami, ulubiony fotel przy oknie — wszystko musiała przenieść do sypialni, żeby zrobić miejsce dla siostrzeńca.
Marek zatrzymał się w progu.
— Słuchaj, może lepiej się rozłożę na kanapie w salonie? Nie chcę cię krępować.
— Ależ co ty! Młody człowiek potrzebuje własnej przestrzeni — odparła, choć w środku wszystko się w niej ścisnęło. Dwadzieścia lat urządzała ten pokój, każda rzecz miała swoje miejsce, swoją historię.
Marek postawił plecaki na podłodze, rozglądając się.
— A ty gdzie teraz będziesz pracować? Widziałem, że tu stało biurko.
— Przeniosłam do sypialni. Nic się nie stało — odpowiedziała, starając się, by głos jej nie zadrżał.
Siostrzeniec najwyraźniej tego nie zauważył, już rozpiął suwak na jednym z plecaków.
— Mogę się trochę rozpakować? Wszystko pogniecione po drodze.
— Oczywiście! Ja w międzyczasie zrobię obiad. Co lubisz?
— Wszystko jem, nie jestem wybredny — uśmiechnął się, a w tym uśmiechu Małgorzata Stanisławówna rozpoznała rysy zmarłego brata. — Tylko, ciągotka, nie gotuj za dużo. Dziś padnę, a jutro od rana szukam roboty.
Skinęła głową i poszła do kuchni, a za plecami już słychać było odgłosy przestawiania. Marek najwyraźniej nie zamierzał zadowolić się pozostawionym przez nią układem mebli.
Przyrządzając kotlety, Małgorzata Stanisławówna przypomniała sobie dzisiejszą rozmowę z sąsiadką, Wandą Kazimierą.
— A ty na pewno dobrze robisz? — pytała ta, zerkaPo tygodniu Marek zadzwonił, przeprosił i obiecał, że więcej nie zawiedzie, ale Małgorzata Stanisławówna już wiedziała, że niektóre lekcje trzeba odrabiać samemu.



