Pojechałam na działkę, nie mówiąc mężowi, żeby sprawdzić, co tam robi w tajemnicy. Byłam przerażona, gdy otworzyłam drzwi…
Mamy z mężem domek letniskowy pod Warszawą, w małej wiosce koło Łowicza. Często jeździliśmy tam na weekendy sadziliśmy warzywa, zbieraliśmy plony albo po prostu odpoczywaliśmy od miasta.
Ale ostatnio Marek coraz częściej znajdował wymówki, żeby nie jechać. Raz praca, raz zmęczenie, raz pilne sprawy. Nie przejmowałam się tym specjalnie każdy ma gorsze okresy.
Aż pewnego dnia zadzwoniła do mnie nasza sąsiadka, Grażyna, i rzuciła mimochodem:
Wczoraj widziałam twojego męża na działce.
Zamarłam.
Niemożliwe! Miał dyżur w szpitalu.
Nie, nie, na pewno to on upierała się.
Odłożyłam słuchawkę, a w głowie zaczęły mi się kotłować najgorsze myśli. Czyżby miał kochankę? Spotyka się z nią w naszym domku?
W następny weekend Marek znowu powiedział, że nie pojedzie.
To może ja sama się wybiorę? zapytałam.
Nie! odburknął ostro. Będę się martwił, nie chcę, żebyś jeździła sama.
Ta stanowczość tylko wzmogła moje podejrzenia. Gdy wyszedł z domu, postanowiłam go śledzić. I tak jak myślałam pojechał w kierunku Łowicza.
Poczekałam chwilę i też ruszyłam w drogę. Gdy podeszłam do domku, serce waliło mi jak młot. Otworzyłam drzwi… i zamarłam ze zgrozy. Wolałabym zobaczyć tam kochankę niż TO.
Ostrożnie weszłam do środka. Cisza. Ale z drewutni dochodził dziwny zapach ciężki, słodkawo-metaliczny. Podeszłam tam, czując, jak serce chce wyskoczyć z piersi.
W środku, na belkach, wisiały zwierzęce skóry. To już było niepokojące, ale wzrok natychmiast przykuło coś, co sparaliżowało mnie strachem wśró nich wisiało coś, co wyglądało zbyt podobnie do ludzkiej skóry.
Nie chciałam wierzyć własnym oczom.
W tej chwili w drzwiach stanął Marek. Zbladł, gdy zobaczył, że już wiem.
To… to polowanie wybełkotał, robiąc krok w moją stronę. Zacząłem to robić niedawno. Nie chciałem cię martwić…
Patrzyłam na niego, nie ruszając się. W środku wszystko krzyczało, że kłamie. Ale udawałam, że wierzę. Wymusiłam uśmiech i powiedziałam:
Dobrze. Rozumiem. Po prostu się nie spodziewałam…
Odetchnął, opuścił ramiona. Wróciliśmy do domu w ciszy, ale czułam jego wzrok na plecach, jakby próbował zgadnąć, czy naprawdę uwierzyłam.
Tej nocy nie zmrużyłam oka. Rano, ledwo wyszedł, drżącymi rękami wybrałam numer na policję. Wiedziałam: lepiej, żeby sprawdzili, niż potem okazałoby się, że moje najgorsze obawy były prawdą.


