**Podróż nad morze**
Władysław Marek Kowalski w pięćdziesiątym dziewiątym roku życia został wdowcem. Córka po pogrzebie matki od razu zaproponowała, by ojciec zamieszkał z nią.
— Tato, przyjedź do nas. Jak ty tu sam będziesz? To ciężkie. Choć na pierwszy czas przyjedź. Otrząśniesz się…
— Dziękuję, córeczko, ale nie przyjadę. Nie martw się o mnie. Nie jestem niedołężnym starcem, umiem o siebie zadbać. Co ja tam u was będę robił? Lepiej ty zostań u mnie dłużej — Władysław spojrzał na córkę z nadzieją.
— Tato, tam Jurek z Rafałem są sami. Jurek w trudnym wieku, Rafał w pracy… Muszę jechać — zawstydzona powiedziała Kasia i przytuliła ojca.
— Rozumiem — Władysław poklepał córkę po dłoni.
— Tato, jeśli czegoś będziesz potrzebował, od razu dzwoń. Obiecujesz?
— Czego ja sam będę potrzebował? Jedzenie przygotuję, pralka pierze, podłogę umyję. Jak Hania chorowała, wszystkiego się nauczyłem. Ona tylko podpowiadała. Albo u mnie brudno? — W głosie Władysława zadźwięczała uraza.
— Co ty, tato, bardzo czysto. Nie gniewaj się, po prostu się martwię — Kasia przytuliła się do ramienia ojca.
— Nie zacznę pić z żalu. Za młodu wódką się nie bawiłem, a teraz już za późno zaczynać. Nie martw się, jedź.
Tak się rozstali. Władysław spakował córce paczki z jedzeniem. Kasia uniosła ciężką torbę.
— Tato, po co aż tyle? U nas wszystko jest.
— Spróbuj odmówić matce. Weź, nie zaszkodzi. Pociąg cię zawiezie, a tam Rafał spotka — mruknął łagodnie.
Na dworzec dotarli na kilka minut przed odjazdem pociągu. Konduktorka sprawdziła bilet i poprosiła o wejście do wagonu, bo za chwilę rusza.
Kasia ostatni raz przytuliła ojca, pocałowała w szorstki policzek. Szybko wzięła torbę z jego ręki, ukrywając łzy. Wbiegła do wagonu. Gdy konduktorka zamykała drzwi, machała ojcu i uśmiechała się przez łzy.
Władysław długo patrzył, jak pociąg, nabierając prędkości, zmieniał się w maleńką kropkę, aż zniknął. Serce ściskał smutek i ból. Został sam. Dopóki córka była obok, udawał twardziela, a teraz pozwolił łzom płynąć. Wokół słychać było głosy, śmiech, ludzie się spieszyli, a on szedł do przystanku jak przez pustynię, niczego nie widząc.
“Och, Haniu, jak ja bez ciebie żyć? Może powinienem był jechać z Kasią?” Doszedłszy do przystanku, postanowił wrócić pieszo, odwlekając spotkanie z pustym mieszkaniem.
Powoli szedł przez zakurzoną ulicę, wspominając, jak poznał Hanię…
***
Od szkoły Władek był zakochany w Dorocie, delikatnej dziewczynie z mnóstwem złocistych piegów na twarzy i miedzianymi włosami. Piegi nie znikały nawet zimą, tylko bladły. Władek nazywał ją swoim słoneczkiem.
W maturalnej klasie u jej ojca wykryto gruźlicę płuc. Lekarze radzili przeprowadzkę w cieplejszy klimat, z wilgotnej środkowej Polski. Rodzice Doroty szybko sprzedali mieszkanie i wyjechali na południe, nad Bałtyk. Tam kupili dom.
Z początku często do siebie pisali. Gdy tylko matka wchodziła do pokoju, Władek patrzył w okno albo pisał list. W każdym obiecywał Dorocie, że następnego lata na pewno przyjedzie. Matka krzyczała, że zamiast uczyć się do egzaminów na studia, zajmuje się głupotami. Władek ledwo słyszał, jego myśli były już tam, z Dorotą.
Po pierwszym roku Władek pojechał do pracy przy budowie, by zarobić na podróż, nie prosząc rodziców o pieniądze. Wrócił w połowie sierpnia chudy i opalony, i od progu oznajmił, że jedzie na południe, do Doroty.
Matka przyjęła to z oburzeniem.
— Nie puszczę cię samego. Napisz najpierw, zapytaj, czy rodzice się zgadzają. Spadniesz jak śnieg na głowę. Minął rok, mogło się wiele zmienić.
Telefonów jeszcze nie było, a nawet gdyby były, w prywatnym domu niełatwo było się dodzwonić. Władek musiał znów napisać list, czekać z niecierpliwością na odpowiedź, żałując, że nie wpadł na ten pomysł wcześniej i stracił tyle czasu.
Gdy odpowiedź przyszła, okazało się, że kupno biletu na pociąg jest prawie niemożliwe, nie mówiąc o powrocie. Wszyscy nagle postanowili spędzić resztę lata nad morzem. I tak Władek nie dotarł tamtego lata do Doroty.
Obrażony na rodziców i cały świat, napisał, że następnego lata zawczasu kupi bilety i na pewno przyjedzie, że mają przed sobą całe życie…
Dorota nie odpowiedziała. Władek cierpiał, zrzędził na rodziców, pisał list za listem, ale odpowiedzi nie dostał.
W deszczowy jesienny poranek Władek biegł na przystanek i wpadł na dziewczynę. Zaskoczona upuściła torbę prosto w kałużę. Na zajęcia tego dnia nie dotarł.
On i Hania siedzieli w kawiarni i rozmawiali. Z nią było łatwo, jakby znał ją od zawsze. Ona też się uczyła, w szkole medycznej. Jej torba i podręczniki schnęły na kaloryferze pod oknem.
— Nie przegapiłaś nic ważnego przez mnie? — ocknął się Władek.
— Egzamin z anatomii. Profesor bardzo surowy, i tak bym nie zdała — odparła lekko Hania.
Władka urzekły jej czarne oczy. Patrzył w nie jak w otchłań, bez dna. Na początku jeszcze myślał o Dorocie, ale była daleko, a nowa miłość tuż obok.
Matce Hania od razu się spodobała. Skromna, poważna, i zawód odpowiedni. Nie bała się oddać jedynego syna w jej opiekuńcze dłonie. Ich miłość była spokojna i równa, jak sama Hania. Oboje skończyli studia i od razu się pobrali. Po roku Hania urodziła córkę.
Dorota czasem śniła się Władkowi. Budził się roztrzęsiony, ale szybko się uspokajał. Obok była Hania i Kasia. I Dorota pewnie też dawno miała rodzinę. Nie było czego żałować. Jak się stało, tak się stało.
***
Wróciwszy do domu, Władysław postanowił nie poddawać się smutkowi. Zabrał się za sprzątanie: zdjął czarne zasłony z luster, wrzucił do pralki pościel, na której spała córka, otworzyłWładysław zamknął oczy i uśmiechnął się lekko, czując, jak ciepły wiatr znad morza muska jego twarz, niosąc zapach soli i nadziei na nowy początek.



