Mniej więcej rok temu, razem z żoną zdecydowaliśmy się na rozłąkę zamieszkaliśmy każdy w swoim pokoju, by nie drażnić się ciągle i nie nudzić sobą nawzajem. Każde z nas ma przecież swoje własne sprawy, którym chce się poświęcać.
Na przykład żona, Agnieszka, uwielbia słuchać muzyki na pełen regulator i nie cierpi zakładać słuchawek. Ja natomiast preferuję ciszę czytam książki albo oglądam stare polskie seriale. Czasem muszę też zabrać pracę do domu i odbywać rozmowy telefoniczne z klientami. W takich chwilach mógłbym jej przeszkadzać. Stąd wspólna decyzja osobne pokoje. W naszym dwupokojowym mieszkaniu każdy miał już swój kąt i meble. Chcę dziś podzielić się, jak to na mnie wpłynęło.
Najlepsze rozwiązanie? Nigdy nie wchodzić bez pukania. To takie przyjemne siedzisz sobie spokojnie w swoim pokoju, robiąc co chcesz, i nikt ci nie przeszkadza, nie prosi o nic. Może się wydawać: ale po co pukać, przecież to tylko żona?
Ale nie… Odkąd pamiętam, miałem własny pokój już jako dziecko, ale drzwi zawsze były otwarte. Rodzice regularnie zaglądali: “Co robisz, Bartosz?” Bez znaczenia, czy czytałem, spałem, oglądałem telewizję, czy grałem. Wieczny nadzór, a ja godzinami musiałem wymyślać wymówki, choć nikt nie miał złych intencji. Po prostu tak było. A ja nigdy nie czułem się z tym dobrze.
Teraz mogę przez zamknięte drzwi powiedzieć Agnieszce, że jestem zajęty. I jeśli nie mam ochoty rozmawiać, nie wpuszczam jej. Ona tego respektuje, nie przeszkadza, nie przerywa mi w pół słowa. Każde z nas ma swoją przestrzeń. To jest cudowne!
Możliwość posiadania własnego kąta to największa przyjemność! Wchodzę do swojego pokoju i robię, co tylko mi się podoba. Nie muszę się nikomu tłumaczyć, nie proszę o zgodę, nie uzgadniam planów. W moim pokoju króluję sam wszystko leży, gdzie chcę, sam sobie ustawiam rzeczy albo zostawiam lekki bałagan, jeśli tak mi wygodniej.
Wywołuje to nawet pewną… intrygę. Granice między “moje” i “twoje” są bardzo wyraźne. To bardzo budujące uczucie szanować czyjąś przestrzeń i samemu także być szanowanym. Teraz nie wchodzę do Agnieszki bez pytania. Jeśli chcę porozmawiać, zastukam i grzecznie zapytam, czy mogę wejść. Jeśli powie “tak”, to naprawdę doceniam ten moment. To jest coś zupełnie innego niż wtedy, gdy można wlazć do czyjegoś życia bez zapowiedzi.
To trochę jak rozmowa z dziewczyną, która jeszcze nie jest twoją. Do ostatniej chwili nie wiesz, czy zgodzi się na bliższą relację, czy nie.
W końcu wielu facetów zauważa, że kiedy zamieszka się z kimś na stałe, znikają pewne napięcia, wszystko się rozmywa. Żona zawsze jest pod ręką, nie ma już tej niepewności, która wcześniej była ekscytująca. Dlatego rozdzielenie pokoi rozwiązuje mnóstwo problemów.
Jakie wnioski wyciągnąłem?
Oczywiście, jeśli mówimy o ludziach bogatych tych, co mają domy za Warszawą z dziesięcioma pokojami i kilkoma łazienkami to dla nich żadna nowość. Zawsze żyli w taki sposób. Ale dla zwykłych osób, takich jak my, to naprawdę zbawienie.
Znam pary, które mają do dyspozycji tylko jeden lub dwa pokoje, a mimo to ciągle mieszkają wspólnie w jednym. Cały czas. Niekiedy dzieci zajmują drugi pokój, a jeśli jest trzeci, służy on głównie jako salon. Tylko po co? Skoro i mąż, i żona potrzebują własnego kawałka przestrzeni. Nawet w zwykłych, typowych blokowych mieszkaniach w Warszawie własny pokój to jest to!



