**12 maja 2023**
Ciągle nienawidziłam swojego ciała. Od dziecka byłam pulchna i zazdrościłam chudym koleżankom. Ile próbowałam diet, tyle bezskutecznych walk z wagą.
– Przestań się katować. Jedz normalnie. Kto ma cię pokochać, to pokocha, niezależnie od figury. Liczy się dusza, nie wygląd – pocieszał mnie tata. – Mama nigdy nie była chudzielcem, a i tak ją pokochałem. Kobieta powinna być miękka i przytulna.
– Łatwo ci mówić. Ty jesz tyle pierogów, ile chcesz, i nie tyjesz. Dlaczego nie odziedziczyłam twoich genów? – jęczałam.
– A może zakochałaś się? – zapytała nagle mama.
Spuściłam wzrok.
– W szkole też byłam zakochana. On wolał najładniejszą dziewczynę w klasie. Po maturze przestałam go widywać i ból minął. Spotkaliśmy się po latach. I wiesz co? Byłam wdzięczna losowi, że nic z tego nie wyszło.
– Dlaczego?
– Ożenił się z tą piękną. Wymagała drogich ubrań, a on zarabiał mało. Wpadł w oszustwa, ukradł pieniądze. Trafił do więzienia. Wyszedł zniszczony. Żona go zostawiła, pracę stracił, zaczął pić. A zaczynało się tak pięknie… – westchnęła mama.
– Z tatą też mieliśmy ciężko, zwłaszcza po twoich narodzinach. Ale przetrwaliśmy. Jeśli ktoś cię nie wybierze, to może lepiej. Nie twoje – podsumowała.
– A gdyby cię wybrał? Nie kradłby, nie trafiłby za kraty – rozmyślałam.
– Nie mógł mnie wybrać. Lubił zgrabne dziewczyny. Nawet gdyby to zrobił, prędzej czy później by zdradził. I tak by się rozstaliśmy. Ale wtedy nie spotkałabym taty – uśmiechnęła się. – Wszystko, co się dzieje, jest dla najlepszego.
– I tak chcę schudnąć – uparłam się.
Cały wieczór przeglądałam zdjęcia „przed i po”. Skoro innym się udało, to i mnie się uda.
Rano przeciągnęłam się leniwie. Nagle przypomniałam sobie o postanowieniu. Za oknem zachmurzone niebo. „Może zacząć jutro?”. Nie. Tak nigdy nie ruszyłabym z miejsca. Wciągnęłam dres i wybiegłam z domu.
Ulice były puste. Dobrze, nikt nie widzi. Biegłam, aż w płucach zabrakło tlenu. Kolka, pot, kaszel. Zatrzymałam się, złapałam oddech i wróciłam do domu. Przyzwyczaję się.
Następnego dnia bolało wszystko. Mimo to znów wyszłam. Wracałam wolniej niż ślimak.
– Skąd ty taka mokra? – spytała mama, gdy weszłam.
– Biegałam.
– Zaczynasz sport? Brawo! Ja nigdy nie miałam silnej woli. Idź pod prysznic, śniadanie czeka.
– Tylko kawę, nie będę jeść – oznajmiłam.
– Nie można tak gwałtownie. Przed maratonem trzeba się rozgrzać, inaczej nie dobiegniesz – zganiła mama.
– Szacun – tata poklepał mnie po plecach. – Podziwiam determinację.
– Ty też na diecie? Po co ja piekłam? – mama była rozżalona.
– Nie martw się. Zjem za Olę – mrugnął do mnie, odgryzł kawał pieroga i przeżuwał z rozkoszą.
Przełknęłam ślinę. Jeden nie zaszkodzi… Ale nie uległam. Wypiłam kawę i wyszłam.
– Teraz będzie się głodzić – westchnęła mama.
Z czasem zwiększyłam dystans. Spodnie stały się luźniejsze. W lustrze jednak wciąż widziałam tę samą siebie.
Pewnego dnia wyprzedziły mnie dwie szczupłe dziewczyny, szybkie jak sarny.
– Dlatego ślisko – syknęła jedna. – Tłuszcz z grubaski kapie.
Ich śmiech dźwięczał jak dzwoneczki.
„Nic mi nie wyjdzie”. Może lepiej spróbować tańca? Zapisałam się na kurs.
Głód sprawiał, że kręciło mi się w głowie. W szkole omijałam stołówkę. Na zajęciach usłyszałam, jak nazywają mnie „krową”. Czekałam, aż wyjdą, by się przebrać.
Mama podsuwała mi dodatkowe kotlety. Odmawiałam i biegałam jeszcze zawzięciej.
Do matury schudłam. Nie byłam szczupła, ale już lubiłam swoje odbicie.
Na balu stałam z boku. Gdy zagrała wolna, Jurek podszedł. Pewnie nauczycielka go zmusiła. Wstyd. Wyszłam z nim.
– Ożerow, uważaj! Gdy Gregorczuk nadepnie ci na nogę, zostaniesz kaleką! – rozległ się śmiech najpiękniejszej dziewczyny.
Zaczerwieniłam się. Jurek przerwał taniec.
– Dość. Nie śmieszne. Jesteście złośliwe, bo głodne?
Zamilkły.
– Nie przejmuj się. Zazdroszczą – szepnął, znów wprowadzając mnie w rytm.
Byłam w siódmym niebie. Więcej nie zaprosił. I dobrze. Ten taniec zapamiętam na zawsze.
Po szkole zaczęłam studia medyczne. Biegałam dalej. Z Jurkiem nie widywaliśmy się. Śledziłam go w sieci. Zimą pojawiały się zdjęcia z zawodów narciarskich. Czasem z dziewczynami. Zazdrość gryzła mnie żywcem.
Stworzyłam konto jako „Angelika”. Gratulowałam mu osiągnięć. Odpisał. Pisaliśmy częściej. „Chcesz się spotkać?” – zapytał. Zgodziłam się, ale potem spanikowałam. Wciąż gruba. Nie przyszłam.
„To jutro?” – nalegał.
„Nie mogę, sesja”.
Przestałam odpisywać. Jego profil coraz częściej zdobiło zdjęcie z tą samą dziewczyną. Potem pierścionek. „W końcu znalazłem tę jedyną”. Płakałam całą noc.
Na praktykach w szpitalu zobaczyłam Jurka w śpiączce.
– Motocykl. Czwarta doba bez poprawy – wyjaśnił nauczyciel.
– Jakie rokowania? – spytałam.
– Ciężki uraz czaszki, złamania. Za wcześnie na prognozy.
Błagałam, bym mogła przy nim dyżurować.
Mówiłam mu o wiośnie, pąkach na drzewach. Wierzyłam, że się obudzi.
W końcu otworzył oczy.
– Witaj – podeszłam. – Jak się czujesz?
– A pani kto? – spytał.
– Ola Gregorczuk. Chodziliśmy do jednej klasy.
– Maska – wyszeptał.
Zdjęłam ją.
– Schudłaś. Wyglądasz świetnie – powiedział.
– Poznałeś mnie? Jutro będą cię przenosić. Muszę iść.
– Studiujesz medycynę?
– Tak. Wpadnę jutro.
Przyniosłam gałąź bzu.
– Zakazane, ale niech postoi – uśmiechnęłam się.
Gdy zaczął chodPo wielu miesiącach trudnej rehabilitacji Jurek stanął przed ołtarzem z Olą, która wreszcie uwierzyła, że prawdziwa miłość nie patrzy na kilogramy ani na kalorie, tylko na to, co kryje się pod spodem.



