Podczas mojej praktyki pedagogicznej zdarzył się niezwykły przypadek – do mojej grupy chodził chłopiec, Kacper, który urodził się z wieloma schorzeniami: opóźnieniem rozwoju, problemami z serduszkiem oraz rozszczepem wargi i podniebienia.

Opowiem Ci pewną historię z mojej nauczycielskiej praktyki, która do dziś chwyta mnie za serce. Miałam w grupie przedszkolnej chłopca o imieniu Kacper Malinowski. Kacperek urodził się z wieloma problemami zdrowotnymi miał opóźnienia rozwoju, serduszko niezbyt zdrowe i na dodatek rozszczep wargi i podniebienia. Przez pierwsze cztery lata nikt oprócz jego mamy nie rozumiał, co Kacper mówi. Dopiero po wielu terapiach i ćwiczeniach z logopedą, w wieku sześciu lat, jego mowa jakoś się unormowała. Mówił jeszcze przez nos i trochę gardłowo, ale już można było zrozumieć, co chce przekazać.

No i przyszło ósme marca, Dzień Kobiet, ostatni rok przedszkola uroczyste pożegnanie. Postanowiliśmy wtedy, żeby Kacper wyrecytował jeden z wierszyków. Trochę po to, by pokonał swoją nieśmiałość i wstyd, bo wciąż czuł się inny z tymi bliznami i dziwną wymową. Wiedzieliśmy oczywiście, jak trudne to dla niego i ile go to będzie kosztować, ale wiesz, nikt nie wychowa się w cieplarnianych warunkach. Potrzebował tej próby, żeby uwierzyć w siebie i zobaczyć, że nie jest gorszy od innych.

On sam, gdy inne dzieci uczyły się wierszyków, powtarzał je w kącie pod nosem, ruszając wargami. Widziałam, że mu naprawdę zależy. Dostał do nauczenia fragment wiersza o mamach. Jego mama, pani Jolanta, była przeszczęśliwa, nie wierzyła, że jej synowi przypadnie taka rola. Kacper zresztą sam chyba się tego nie spodziewał. Ćwiczyli codziennie, czasem nawet kilka razy, przed lustrem, razem, osobno cicho, głośno, przy rodzinie, na wyścigi.

I nadszedł dzień występu. Przyszła kolej Kacpra. Był wystraszony, ale uparcie powtarzał, że to specjalnie dla mamy, tylko dla niej nauczył się tego wierszyka. Wyszedł ubrany elegancko, w koszuli i muszce, stanął na środku i zaczął recytować. Na początku szło świetnie. Ale później jakby się zdenerwował czy zmęczył zaczął się jąkać. Doszedł do fragmentu:

Z ławki odpowiedział Wojtek: Mama pilot? No i co? Na przykład mama Kacpra jest (stanął, próbując sobie przypomnieć trudne słowo)… jest kon-di-cjo-ner!

Na sali rozległy się chichoty. Kacper poczerwieniał, spuścił głowę, schował ręce do kieszeni, naburmuszył się, ale recytował dalej:

A u Tomka i u Weroniki Mamy są…

Ktoś z końca sali krzyknął psotnie: Kondycjonery! I wtedy już wszyscy zaczęli się głośno śmiać.

Kacper odwrócił się i wybiegł za kulisy. Znalazłam go przy schodach, stał wtulony w ścianę i ocierał łzy rękawem. Kucnęłam przy jego rozpalonym uszku i powiedziałam, że ktoś po prostu głupio zażartował, ale to nie jego wina. Spytałam, czy nie chciałby spróbować jeszcze raz tylko dla mamy i dla mnie. I obiecałam, że jeśli zapomni, to podpowiem. Miałam na myśli już inne słowo policjant.

Najpierw pokręcił głową, sapał złością, potem jednak wydukał, że chce ale nadal boi się. Obiecałam, że będę obok niego, wezmę go za rękę i będę cicho podpowiadać.

Kacper się zgodził. Oddałam go do opiekunki, ta przetarła mu mokrą od łez buzię, a ja wróciłam na salę. Poprosiłam o kilka minut przerwy. Nogi miałam jak z waty, ale musiałam coś powiedzieć.

Pamiętam każde słowo, choć od tamtej pory minęło już ładnych parę lat.

Kacper ma sześć lat powiedziałam. Większość swojego dzieciństwa spędził w szpitalach i sanatoriach. Miał więcej operacji niż urodzin. Bardzo długo nie potrafił mówić, a dziś po raz pierwszy zebrał w sobie odwagę, żeby wystąpić przed państwem i przeczytać wiersz specjalnie dla swojej mamy. Bardzo się starał i tylko o to proszę posłuchajcie go, dajcie mu tę szansę!

Salenia zrobiła się zupełnie cicho.

Wyprowadziłam Kacpra spod kurtyny szedł niepewnie, gapiąc się w podłogę. Maluch, przysadzisty, z wystającą dolną wargą, zapłakany ale uparty stanął i milczał.

Kacper, dasz radę! krzyknęła jego mama.

No dalej, Kacper! powtórzył ten sam wesołek z końca sali.

Kucnęłam obok niego, złapałam za łapkę i szepnęłam: Tylko dla mamy.

Kacper wziął głęboki oddech i zaczął od początku. Doszedł do tych nieszczęsnych słów: Z ławki odpowiedział Wojtek: Mama pilot? No i co? A mama Kacpra to po-li-cjan-tka! A mamy Tomka i Weroniki są en-dżi-nie-ra-mi!

Popatrzył wyzywająco w stronę widowni.

Takiej owacji nasza sala jeszcze nie widziała bili brawo wszyscy: dzieci, rodzice, opiekunowie, panie z kuchni! Część nawet na stojąco. Dalej recytować już się nie dało przy takim hałasie.

Ale już nie trzeba było, bo Kacper właśnie wygrał najważniejszą bitwę.

Po uroczystości podeszła do mnie nasza pani od rytmiki i powiedziała z półuśmiechem:
Naprawdę, czasem mam ochotę Cię udusić! Mało brakowało, żeby przez Ciebie cały występ się zawalił Ale cóż, zwycięzców się nie sądzi. A Kacper i Ty jesteście zwycięzcami. Obetrzyj nos i chodź do dzieci.

Minęło trzynaście lat. Wiesz, czemu przypomniałam sobie o tamtym dniu? Ostatnio na ulicy spotkałam mamę Kacpra od razu mnie poznała i zaczęła opowiadać, jak jej syn w tym roku zdał maturę i dostał się na filologię. Na studia dzienne, na państwowy uniwersytet, bez żadnych poprawek! I wiesz, co jeszcze mi przekazała od Kacpra? Proszę powiedzieć pani Magdzie, że gdyby nie tamta sytuacja, to nigdy nie uwierzyłbym w siebie.

I wiesz, co z tego wszystkiego jest najważniejsze? Upór i charakter i to, że nawet osoba z niepełnosprawnością może stać się pełnowartościowym człowiekiem. Wystarczy wsparcie i trochę serca od ludzi wokół. Może warto po prostu być bardziej cierpliwym i dobrym dla innych…

Rate article
Fajna Tajna
Podczas mojej praktyki pedagogicznej zdarzył się niezwykły przypadek – do mojej grupy chodził chłopiec, Kacper, który urodził się z wieloma schorzeniami: opóźnieniem rozwoju, problemami z serduszkiem oraz rozszczepem wargi i podniebienia.